środa, 23 marca 2016

WĘDRÓWKA W GŁĄB CISZY - POWRÓT DO KORZENI cz. 2



Zadziwia ludzka pamięć byłych wychowanków i ich refleksje, przemyślenia, wspomnienia. Ostatnio poprzez maila jeden z nich zadał mi kilka pytań. Postanowiłem odpowiedzieć na forum publicznym zgodnie z Pana prośbą.

Szanowny Panie!

Ponieważ miałem przyjemność być nauczanym przez Pana i Pańską małżonkę na przełomie drugiej połowy lat 50 i pierwszej połowy lat 60 w Nowej Wsi i bolesławieckiej "czwórki", zwracam się z prośbą o podanie w następnej edycji "Szkoły sercem malowanej.." nazwiska panieńskiego szanownej Pana małżonki, bo niestety nie mogę sobie przypomnieć. Ponadto proszę też napisać o wycieczkach dla uczniów w lasach nowowiejsko-zebrzydowieckich i więcej o pobycie Pana w ciekawej wsi jaką była w tamtych czasach Zebrzydowa.

Pozdrawiamy
Henryk Pingot







Szanowny Panie !

Przepraszam za ogromne opóźnienie w mojej odpowiedzi, ale - wbrew pozorom - cierpię na niedostatek wolnego czasu, bo jestem w wieku matuzalemowym, a zatem mniej sprawnym i mniej operatywnym..Panta rhei … Wszystko płynie, upłynęło też wiele lat od epoki dynamicznej młodości, w której każdy dzień miał inną barwę, a nawet więcej barw - jak w kalejdoskopie.

Ze wzruszeniem wspominam szczęśliwy czas początku kariery pedagogicznej właśnie na wsi, w przyjaznym środowisku życzliwych ludzi, najczęściej boleśnie doświadczonych przez los makabrycznymi doświadczeniami okrutnej wojny. Sam należę do pokolenia “dzieci wojny” : zaliczyłem ponad 3 lata robót przymusowych w Prusach Wschodnich wraz z rodzicami. Młodszy o rok brat nie przeżył nieludzkiej, niewolniczej katorgi, nie wrócił spod Berlina ojciec. Matka była uosobieniem literackiej Siłaczki i prawdziwej bohaterki. Związała swój los z Zebrzydową, dokąd i ja przywędrowałem po 9 miesiącach pobytu na leczeniu sanatoryjnym w Połczynie Zdroju. Tyle czasu i codziennych zabiegów leczniczych wymagał mój powrót do życia. Taka była cena martyrologii wojennej /jako dziecko-niewolnik pracowałem u bezdusznego niemieckiego bauera/. O szczegółach nie będę się rozpisywał. Są zbyt bolesne.

Pyta Pan o nazwisko panieńskie mojej Ś. P. żony. Poznałem ją właśnie w Nowej Wsi jako kierownik tutejszej 7-klasowej szkoły podstawowej. Była najmłodszą chyba nauczycielką po ukończeniu Liceum Pedagogicznego w Przemyślu na Rzeszowszczyźnie /naukę w szkole rozpoczęła o rok wcześniej - jako 6-latka/. Też należała do pokolenia “dzieci wojny”, została osierocona w wyniku mordu dokonanego przez ukraińskich bandytów na rodzicach. Miała zaledwie parę miesięcy życia, kiedy straciła ojca i matkę, dobrane i kochające się małżeństwo młodych ludzi na wsi. Pochodziła z historycznej rodziny Sieradzkich, co sugeruje nazwisko ojca, ale szczegółów życia i pełni faktów składających się na rodową sagę nie znała. Wychował ją dziadek i jego liczna rodzina okazująca osieroconemu dziecka dużo serca.


Była piękną, mądrą i dobrą kobietą z wiecznym uśmiechem na twarzy i sercem na dłoni. To była nasza pierwsza i jedyna miłość na długie 44 lata życia. Zachwycała i onieśmielała swoją urodą : błękitne oczy, czarne włosy, kobieca sylwetka. Jako 18-latka wyszła za mąż, zostaliśmy przeniesieni do Bolesławca /mój awans na stanowisko Podinspektora Szkolnego/, tutaj otrzymaliśmy przydział na mieszkanie. Żona trafiła na Dolny Śląsk z tzw. nakazu pracy, mieszkaliśmy w tzw. Domu Nauczycielskim tuż przy obiektach szkolnych. Pamiętam ciasnotę w nietypowych izbach lekcyjnych i dymiące kaflowe piece, poczciwego woźnego p. Walęgę i cały personel : mojego poprzednika Józefa Rysia, Mieczysława Swachę, Janinę Świątek i Danutę Sieradzką. Warunki pracy nie należały do łatwych, ale do szkoły wnieśliśmy z przyszłą żoną dużo życzliwości, sympatii, szacunku dla pracy nauczycielskiej i miłości do uczniowskiej codzienności. Dzieci odpłacały się sercem za serce.


Z biegiem czasu żona stała się wybitną nauczycielką, cieszyła się ogromnym autorytetem, wyróżniała się kulturą osobistą i taktem, była cenionym fachowcem w swoim nauczycielskim środowisku. Ukończyła studia polonistyczne na Uniwersytecie Wrocławskim. Była magistrem filologii polskiej, nic więc dziwnego, że aktywnie i skutecznie uczyła wychowanków miłości i szacunku dla ojczystego języka. Kochała życie i ludzi, dzieci - zwłaszcza te młodsze - nie kryły dla niej swoich ciepłych uczuć i przywiązania, zresztą wszyscy uczniowie zaakceptowali nowe porządki, a było to pokolenie umownie nazywane pionierami, nierzadko okrutnie doświadczone w swoich rodzinach barbarzyńską wojną. Do każdej lekcji trzeba było przygotowywać pisemny konspekt. Atmosfera szkoły wyzwalała nietuzinkowe inicjatywy, istniało tu harcerstwo, mnożyły się wycieczki, kwitła turystyka w przepięknym krajobrazie Borów Dolnośląskich, obchodziliśmy jesienne święto grzybobrania, wiosenne topienie w pobliskie Kwisie Marzanny, zimowe kuligi na sankach, letnie wyprawy na jagody. Słowem pełnia życia według koncepcji wybitnego pedagoga i lekarza Janusza Korczaka, który był moim idolem, doskonałym wzorcem do naśladowania, imponującym wiedzą i życiową mądrością mistrzem i nauczycielem. Byliśmy z żoną bardzo młodymi ludźmi, rozpierała nas energia, zatem teoretyczną wiedzę przekształcaliśmy w nowoczesną innowację pedagogiczną bliską uczniom poprzez dobór odpowiednich form pracy i życzliwych kontaktów interpersonalnych.


Nie będzie wielkiej przesady w twierdzeniu, że z pracą w Nowej Wsi kojarzy się i wyzwala bukiet dobrych, przyjaznych wspomnień, pięknych i ważnych jako krótki rozdział w naszych życiorysach. W tej szkole najważniejsze były dzieci i ich prawo do radości, uśmiechu, zabawy. Za korczakowskie podejście do pracy wychowawczej w szkole - wśród dzieci i dla dzieci - w kilkanaście lat później otrzymałem nagrodę Karkonoskiego Towarzystwa Naukowego jako jedyny nauczyciel w dawnym województwie jeleniogórskim. Podobne osiągnięcia - jeszcze późniejsze - przyniosły mi nagrodę wrocławskiej “Gazety Robotniczej” z dedykacją i uzasadnieniem, które cytuję : 

Nagroda “GR” w dziedzinie wychowania młodego pokolenia.

“Paweł Śliwko, od 35 lat nauczyciel i pedagog, obecnie dyrektor Szkoły Podstawowej nr 8 w Bolesławcu. Ten znany i popularny w swoim środowisku wychowawca jest m.in. autorem wielu interesujących koncepcji i przedsięwzięć wzbogacających życie szkoły. Wiele z zaproponowanych i zrealizowanych programów dotyczyło regionu bolesławieckiego, wiele - np. upowszechnienie wiedzy marynistycznej - całego kraju.”

To był rok 1988.


Po licznych wizytacjach ministerialnego szczebla i moim udziale w Kolegium Ministerstwa Edukacji Narodowej został ogłoszony Rok Morski w Szkolnictwie, a Bolesławiec stał się swoistą Mekką młodych z racji setek wycieczek zwiedzających “morską” szkołę Nr 8. To namacalny, konkretny dowód rangi i wartości lokalnych innowacji powielanych na forum ogólnopolskim. O szczegółach nie będę pisał, znaczna ich część mieści się w internetowym blogu.

Natchnieniem dla mnie były bliskie mojemu sercu dzieci i wielopłaszczyznowy świat ich potrzeb i oczekiwań, a ich nagrodą symboliczne i bezcenne wyróżnienia /odznaczenia ?/ “Order Uśmiechu” i “Szkarłatna Róża”/. Dużo sukcesów pedagogicznych ma swój prapoczątek w szkole w Nowej Wsi, która nosi dziś dumne imię Józefa Piłsudskiego. Może nie były to oszałamiające dokonania, ale dzięki kochanym sztubakom - ufnym, szczerym, otwartym, empatycznym rodziły się trafne koncepcje pedagogiczne, ciekawe pomysły oraz odważne i rozważne próby przekształcania obiektywnie istniejącej szkolnej rzeczywistości. Serdeczność i pracowitość ambitnego i kompetentnego grona nauczycielskiego pozwoliła licznym absolwentom zdobyć wiele znaczących laurów w życiu zawodowym i osobistym. Wielu wyfrunęło z rodzinnego gniazda w szeroki świat. Szczerze podziwiam ich konsekwencję, pracowitość i zapał.


Od Dyrektora Szkoły p. mgr Krzysztofa Kaczmarka i Nauczycieli Zespołu Szkół im.Józefa Piłsudskiego otrzymałem propozycję spisania własnych wspomnień z okresu mojego kierowania tą placówką oświatową. Łączy się to z obchodami kolejnego jubileuszu zasłużonej szkoły. Fala ciepłych i zapomnianych w znacznej części wydarzeń na krótko pozwoliła mi przenieść się do czaru epoki i krainy młodości, bo dziś mam za sobą ponad 80 lat trudnego, ciekawego, pięknego a nawet szczęśliwego i spełnionego życia. Z Nową Wsią łączy się okres artystycznej twórczości malarskiej, pogłębionej później studiami. plenerami i przyjaźnią z wielkim węgierskim mistrzem pędzla i palety prof. Tiborem Csorbą. Owocem troski o rozwój poprawnej ortografii w “mojej” szkole były malowane na brystolu tablice ortograficzne z wyeksponowaniem trudniejszych skojarzeń literowych. Tutaj też zaczynałem swoją karierę dziennikarską na długie 30 lat. Do dziś pamiętam swój pierwszy artykuł w “Głosie Nauczycielskim”, a później lawinę notatek, esejów czy reportaży reporterskich,np. o narodzinach “Surminu” czy producentach ceramiki w głębi okolicznych lasów. To tylko kilka z kilkuset czy więcej publikacji z dominantą problematyki pedagogicznej.

To była i jest zapewne do dzisiaj - dobra szkoła, wzorzec nowoczesności i twórczej pracy dydaktyczno - wychowawczej. Po wielu latach niespodziewanie otrzymałem wzruszający list od byłego ucznia mojej dawnej szkoły w Nowej Wsi, emerytowanego Prezydenta miasta Tczew - Ferdynanda Motasa. Cytuję w całości.


Tczew 14. 01. 2013 r.

Szanowny Panie !!!

Pozwoliłem sobie na napisanie tych kilku zdań po znalezieniu w Internecie informacji o Panu, m.in. o tym, że jest Pan radnym w Bolesławcu i jest to sposób na dotarcie do Pana.

Był Pan moim nauczycielem w roku szk. 1955/56 w Nowej Wsi. Ciepło wspominam ten okres, kiedy pojawił się Pan wnosząc jakby świeży powiew, jakby otwierając szerzej okno na świat. Do dziś pamiętam Pańskie ilustrowane lekcje z historii, np. wojna francusko - pruska czy historia wozu Drzymały. Szczególnie imponował mi Pański talent plastyczny i zaangażowanie, kiedy to np. na lekcji rysunku całą lekcję malowałem, przy Pańskim cierpliwym prowadzeniu, akwarelą latarnię morską w Rozewiu w księżycowej poświacie. Pamiętam też jak na 100 - lecie śmierci A. Mickiewicza narysował Pan ołówkowy portret młodego Adasia. A z jakim zainteresowaniem oglądaliśmy francuski rower czy maszynę do pisania, na której napisał mi Pan podanie do szkoły.

Przyczynił się Pan w znacznym stopniu do tego, że nie zostałem na wsi u przysłowiowego kowala. Tak się złożyło, że nosiło mnie po kraju i w końcu wylądowałem na Wybrzeżu z dala od rodziny, co zwłaszcza w starszym wieku jest odczuwalne. I jak to w tym wieku coraz częściej wspomina się dzieciństwo, a szczególnie kiedy jest się daleko od miejsc, w których się kiedyś przebywało.

Podziwiam Pana życiowy wigor, że jeszcze działa Pan w Radzie Miejskiej, organizuje wystawy, a przede wszystkim tworzy obrazy na te ekspozycje.

Byłoby mi bardzo miło gdyby zechciał Pan odezwać się, dla uproszczenia np. e-mailem, a tymczasem kończąc przesyłam pozdrowienia i, że to jeszcze pierwsze dni roku, życzenia aby był on pomyślny, a szczególnie by dopisywało zdrowie.

Z poważaniem
Ferdynand Motas

PS. Wymieniliśmy ze sobą kilka listów. Niestety - siostra zawiadomiła telefonicznie o jego śmierci. Serdecznie współczuję. To był mądry i dobry Człowiek. Wychowanek mojej szkoły. 

Tekst ilustrowany fotografiami z pobytu mojej żony Danuty Śliwko z domu Sieradzkiej w Indiach.


środa, 2 marca 2016

WĘDRÓWKI W GŁĄB CISZY cz. 1



W dyskusji z przyjaciółmi nad modrym Dunajem / dawne, dawne dobre czasy .../ ktoś wypowiedział mądre zdanie :

-Smak życia zależy od nas samych.

Potem wiedliśmy długi i przyjazny spór o prawdziwość tego twierdzenia nad szklankami boskiego, pysznego tokaju, ale każdy pozostał przy swoim zdaniu. Szybciej doszliśmy do zgody na temat pojmowania piękna, bo i słoneczny dzień zniewalał nas swoją urodą, dlatego też wspomnienia z tamtych kradzionych szczęściu lat powracają z uporem na strony bloga.


Na początek piękno bez komentarza, utrwalone i przeniesione na kartkach pocztowych przez synów i wnuków z najbardziej odległych zakątków świata. Cudowny polski Bałtyk, w którym była zakochana młodzież mojej szkoły - dumna z przyjaźni z królem oceanów, Neptunem. Bajkowa Grecja, kolebka Europejczyków od czasów starożytnych, oaza mądrości w poszukiwaniu prawdy, kraina mędrców i nauczycieli. Wreszcie Dominikana tonąca w słońcu i ciepłym oceanie, raj dla świata krezusów. Ale szlaki wędrówek moich najbliższych wiodły do dalekiej Wenezueli, Chin, Indonezji, Wietnamu, Turcji, Tunezji, Afryki Środkowej, Tajlandii, nie licząc kilkorazowych wypoczynkowych podróży do Egiptu. Wnuczka - pani psycholog - wybrała się na kilkutygodniowy rekonesans do Japonii, bez żadnej asysty, samotnie, uzbrojona w znajomość języka angielskiego i dużo ryzykownej odwagi. Wróciła zauroczona nietypową kulturą, szalonym postępem technicznym i urodą wyspiarskiego państwa. Wnuk - niebawem doktor nauk informatycznych po egzaminach na angielskiej uczelni w Londynie, gdzie pracuje z wybitnymi wynikami w swoim zawodzie od kilkunastu lat, zawędrował m.in. do Australii, gdzie zaliczył kilkunastomiesięczny staż pracy w renomowanych firmach, ale powrócił jednak do swojej starej Europy. Tu ma swoje nowe gniazdo z własnym małym ogródkiem i domem na przedmieściu brytyjskiej stolicy i raczej nie wróci do ojczystego kraju. Dlaczego? Tylko on o tym wie najlepiej. Jest patriotą, ale dusi go polskie piekło - lubi pełną wolność i apolityczną niezależność związane z szerokimi horyzontami myślowymi, z innym stylem życia z rozmachem perspektywy. Jeszcze korzysta z uroków samotności singla i odnajduje na co dzień wiele niepowtarzalnych barw i uroków życia.


Ale tym razem przytoczę wątek polonijny integralnie związany z dziejami szkoły, cytując w całości mój artykuł z wrocławskiej “Gazety Robotniczej. Egzotyczny z racji długiego pobytu naszej rodaczki, nawiasem mówiąc mieszkanki Bolesławca, na gorącym kontynencie Indii.

Opowiada Elżbieta Shankar

INDIE MOJA MIŁOŚĆ

Rozmawiam z mieszkanką Bombaju, wielomilionowego miasta portowego na subkontynencie Indii, p. Elżbietą Shankar, Dolnoślązaczką z pochodzenia, a Hinduską z wyboru.

-Pierwsze spotkanie z Indiami?

-Rok 1966, pamiętna data 17 marca, kiedy samolot Czechosłowackich Linii Lotniczych wylądował na lotnisku w Bombaju. Wyleciałam z kraju chłodnym przedwiośniem, w wełnianym kostiumie i pończochach, przez Pragę d o Aten i Kairu. Potem już wielki skok przez ocean i nocne lądowanie w straszliwym upale. Z góry widać prawdziwe morze morze świateł, a potem bucha gwałtowny żar, jak z rozpalonego pieca. To straszliwe gorąco zapamiętałam dokładnie, także chęć ucieczki do jakiegoś chłodnego kąta. To był szok.

Na lotnisku czekał mąż z olbrzymim bukietem różnobarwnych kwiatów, w stylu europejskim. Taki tu zwyczaj : gości obdarza się wiązanką złożoną z dziesiątków gatunków kwitnących roślin, a wszystko tu kwitnie bez przerwy - okrągły rok. Hindusi obdarzają się girlandami kwiatów zawieszanymi na szyi, ja stanowiłam wyjątek … Nad radością przeważyło jednak zmęczenie, trochę niepokoju. To jednak zupełnie inny świat.

-Jak doszło do poznania przyszłego męża - Hindusa?

-Pracowałam wówczas w Zakładzie Aparatury Próżniowej we Wrocławiu. Przystojny Hindus w 1962 r. przyjechał jako przedstawiciel firmy “Eskord-Limited” w Delhi i ekspert - elektronik po zakup polskich przyrządów pomiarowych. Byliśmy młodzi, spotykaliśmy się w biurze. Można mówić o wybuchu miłości Hindusa do Polki, skoro już po tygodniu były oświadczyny … We Wrocławiu przebywał tylko 10 dni, potem wyjechał do Warszawy. Z oferty ślubu nie wycofał się. Miałam obawy : obcokrajowiec, daleko do Indii. Postawiłam warunek : jeśli po półrocznej rozłące napisze z Indii, że nadal kocha - wyrażę zgodę na ślub. Otrzymałam ten list, wypadało dotrzymać słowa.


-To był rok 1962 lub 1963. Skąd zatem zwłoka w wyjeździe na subkontynent?

-Decydującym czynnikiem była odległość. Dopiero w dwa lata później przyszły małżonek przebywał służbowo 3 miesiące w Rzymie i z Wiecznego Miasta otrzymałam list o przyjeździe na ślub do Polski i 2-tygodniowy pobyt. Przyjechał, teraz wszystko działo się w nieprawdopodobnym tempie : zezwolenie na przyśpieszenie zawarcie związku małżeńskiego otrzymaliśmy 21 lipca po południu, a USC wyraził zgodę na formalności już za dwa dni o godzinie 9 rano. Nie było czasu na zawiadomienie rodziny, matkę w Bolesławcu poinformowałam za pośrednictwem tamtejszej Komendy Powiatowej MO, by w porę dotarła do Wrocławia. Na szczęście zdążyła.


-Ceremoniał, oczywiście, normalny …

-I tak, i nie. Sympatyczny urzędnik USC prosił o tłumaczenie cudzoziemcowi formuły ślubu. Dwie panie znające język niemiecki robiły to z trudem, wreszcie mistrz ceremonii poprosił jedynie o wypowiedzenie po polsku formuły “tak”, co małżonek czynił parokrotnie - w najmniej odpowiednich momentach. Za to w decydującym momencie zamilkł i dopiero trzeba było wyegzekwować bardzo spóźnione “tak”, co oczywiście wywołało sporo śmiechu wśród zebranych świadków. Także rozbawiona do łez panna młoda spóźniła się z sakramentalnym wyrażeniem zgody na małżeństwo.

Ale na tym nie koniec perypetii : mąż powrócił do Indii i dopiero z Bombaju wysłał ślubnej małżonce zaproszenie, co umożliwiło uzyskanie paszportu i wyjazd do Indii. Niełatwo więc wyjść za mąż za cudzoziemca.


-Egzotyka wielkiego kraju stała się wreszcie czymś namacalnym, faktem dokonanym. Jakie to uczucie?

-Chciałam złapać walizkę i szybko wracać do domu. Dopiero na miejscu zorientowałam się, jak mało czytałam i wiem o tym wielkim i egzotycznym ciągle kraju. Trafiłam na największe upały. Ale prawdziwym szokiem były kontrasty ulicy : tłumy żebraków, biedne dzieci, spokój i brak pośpiechu wielu przechodniów. Inaczej to sobie wszystko wyobrażałam, czego innego spodziewałam się. Adaptacja nie należała do łatwych, zauroczenie przyszło znacznie później. To inny świat, inna mentalność ludzi.


Kiedy spotkałam hinduskich kapłanów, urzekła mnie ich filozofia i rozumowanie. Jeden z nich dał mi taką radę :

-Każdy kraj ma swoje plusy i minusy, wszędzie można się wiele nauczyć, przyswoić na swój użytek wiele prawd. Na ludzi trzeba patrzeć u nas z filozoficznego punktu widzenia. Mamy mądrą i dobrą filozofię, przydatną wielu ludziom i całym nacjom i potrzebną również wam, Europejczykom. Dokąd wy ciągle pędzicie, skąd ten wieczny pośpiech Europy i gwałty? W Indiach nikt się nie śpieszy, nikt nie kłóci, żyjemy spokojniej, szczęśliwiej …


To taki odrębny i oryginalny punkt widzenia spraw życia i świata, u nas nie do przyjęcia, w Indiach powszechny. Czy słuszny? To kwestia do dyskusji. Hindusom z tym jest po prostu dobrze.

-Podobno spotkała się pani z zamordowaną niedawno Indirą Gandhi? Jak do tego doszło?

-Pierwszy raz ujrzałam ją jadącą otwartym samochodem wśród tłumów wiwatujących ludzi na ulicy obok Sophia College i miałam okazję wręczyć kwiaty. Przechodnie reagowali spontanicznie i sympatycznie, ta kobieta była niezwykle popularna, przystępna, dawała się lubić. Potem na oficjalnym przyjęciu w Delhi, na które trafiłam jako synowa admirała, dzięki sympatii pani premier dla Polaków - pozwoliła się sfotografować w bajecznie kwiecistym ogrodzie. Mord wstrząsnął mną do głębi : zabito wielkiego męża stanu, mądrego polityka, sympatycznego człowieka. To straszny cios dla Indii i całego cywilizowanego świata.

- Może coś z egzotyki tego wielkiego kraju …

- Całe Indie to dla nas zupełna egzotyka. Pogoda ducha ludzi, ich powolne i życzliwe reakcje, bujna przyroda i rośliny obsypane kwiatami cały rok. Takie też pielęgnuję na swoim balkonie w Bombaju. Łagodny klimat, jeśli nie liczyć upałów i burz, do których można się w końcu przyzwyczaić. Inne obyczaje, choćby obchody holi - święta wiosny : obsypywanie się suchymi farbami, malowanie nimi twarzy, ale nawet samochodów w którymś z dni marca, zwiastującego nadejście upałów. Europejczycy wtedy do południa nie wychodzą z domów z uwagi na krotochwilne zachowanie dzieci i dorosłych. Czerwonymi farbami smaruje się czoło i składa najlepsze wiosenne życzenia. Taki odrębny od polskiego “śmigus-dyngus” bez wody.


Kobry i zaklinacze węży, święte krowy na ulicach, które są brudne i zaśmiecone przez osiem miesięcy w roku, dopóki nie spłucze ich monsun. Wrony i krowy to także oczyszczacze ulic z odpadków, do nich dołącza później deszcz. Napisałam prawie książkę o Indiach, ale wystarczy poczytać świetne “Kamienne tablice” Wojciecha Żukrowskiego, żeby rozpalić wyobraźnię i poznać sporo autentycznych faktów. Albo sięgnąć do reportaży Lucyny Winnickiej, którą poznałam w Bombaju, dokąd przyjeżdża dość często, by później “zaginąć”zupełnie na 2-3 dni w ucieczce przed cywilizacją i ludźmi.

- I jeszcze może kilka słów o kontaktach Polonią.

- Nie ma tu zbyt licznej oazy Polonusów, a rolę koordynatora związków polonijnych spełnia konsul Edmund Kaczmarek. W konsulacie wyświetla się filmy, organizuje wystawy i spotkania z różnych okazji, propaguje nasz kraj bardzo aktywnie. Hindusi sporo wiedzą o Polsce, lubią Polaków choćby ze względu na pewne analogie w
narodowych losach. Kontakty utrzymywałam też z dyrektorem PLO w Bombaju Bazylim Wysockim, dyrektorem PLL “LOT” na Indie i Azję Andrzejem Głowackim. Niejako w czynie społecznym zorganizowałam tu bibliotekę - spisując książki, oprawiając zniszczone pozycje, udostępniając księgozbiór polskim czytelnikom.

- Ile prawdy mieści się w twierdzeniu, że uroda Indii wciąga jak narkotyk, że człowiek zawsze tam wraca, jeśli choćby raz zobaczył ten egzotyczny kraj?

- Indie to moja wielka miłość, nie może być inaczej po tylu latach. W ojczystym kraju byłam 4-krotnie, zawsze dosyć długo, np. dwa lata spędziłam tu ostatnio w okresie 1978-1979. Dużo podróżowałam po egzotycznym subkontynencie, odwiedziłam np. Pendżab i słynną “złotą świątynię” Sikhów, Kaszmir, środkowe Indie z Agrą, południe, Utikamant - górzystą okolicę koło Madrasu, przebywałam wśród najstarszego szczepu Indii Tode, widziałam głośny park z drzewami i roślinami całego świata. Ale to nawet nie stanowi jednej czwartej części wielkiego kraju, który wciąż jawi się tajemniczym, zaskakującym kontrastami, baśniowym, niepowtarzalnym. Znów tam wracam na dłużej. Ale jednak nie przestałam być Polką - nie tylko z racji paszportu. Zew krwi wzywa mnie zawsze do siebie, na Dolny Śląsk i już dziś przymierzam się do powrotu do Polski na stałe.

Rozmawiał Paweł Śliwko 



ĆWIERĆ WIEKU W BOMBAJU

Trudno znaleźć na Dolnym Śląsku większego znawcę problematyki hinduskiej od Elżbiety Shankar, dziś mieszkanki Bolesławca. Ćwierć wieku mieszkała w Bombaju, skrzętnie gromadząc wiedzę o egzotycznym subkontynencie i odbywając liczne podróże własnym samochodem do najbardziej niedostępnych zakątków tego olbrzymiego kraju. Jako niezależna materialnie i niepracująca żona inżyniera-elektronika przeżyła w tropiku prawdziwą przygodę życia trwającą ponad dwa dziesiątki lat.

Teraz przychodzi kolej na uporządkowanie spostrzeżeń i bogatych doświadczeń, a także odręcznych notatek i obfitego materiału fotograficznego. Pani Elżbieta przymierza się do napisania prawdziwej sagi hinduskiej - z kroniką gwałtownych wydarzeń historycznych, z opisem unikatowych obyczajów i kontrastów w życiu ludzi, z refleksjami Europejczyków, którzy licznie przebywali w portowym Bombaju i przebywali w apartamentach naszej bohaterki. Znajdą się w niej też uwagi o życiu malutkiej lokalnej Polonii, która ciągle utrzymuje się w tym wielkim kraju, wnosząc swój wkład do rozwoju biznesu i kultury.

Trudno dziś przesądzić, czy w opowieści przeważy wątek fabularno - pamiętnikarski, czy analiza tego wszystkiego, co fascynuje odrębnością w hinduskiej filozofii, wierzeniach, obyczajach, związku człowieka z naturą, a czego nie spotyka się w innych zakątkach świata. Jak zapewnia pani Elżbieta - będzie to w całości rzecz do czytania, a więc przystępna i zapewne ciekawa.

/PS/ “Gazeta Robotnicza”



Elżbieta Shankar należy do elitarnego klubu donatorów, bezinteresownych mecenasów i miłośników szkoły nr “8”, a jej przyjazna opieka i patronat nad sławną przez długie lata placówką oświatową można uznać za wzorcowy, modelowy. Ciekawe, że ten swoisty układ miał też znaczący wpływ na stabilizację i rozwój w Bombaju wzajemnych więzi i kontaktów lokalnej Polonii, pozwolił nawiązać dialog i kontakty z marynarzami polskich statków, którzy trafiali tu bardzo często. “Dobrym duchem” i ambasadorem przyjaźni stał się tutaj wszędobylski II oficer PLO Teofil Grydyk, który dla swoich statkowych podróży wybrał linie azjatyckie z myślą o profitach dla “swojej” szkoły, co dało się niebawem zauważyć w liczbie przywożonych oryginalnych eksponatów. Naszą wielką i hojną przyjaciółkę uhonorowaliśmy marmurowa tablicą pamiątkową przy wejściu do izby lekcyjnej przekształconej w oryginalne muzeum. Anonimowe pomieszczenie zyskało nazwę SALI HINDUSKIEJ IM. ELŻBIETY SHANKAR.



Z biegiem czasu korespondencyjna znajomość przerodziła się w szczerą przyjaźń. Gościliśmy Elżbietę z mężem w naszym mieszkaniu, w rewanżu zaprosiła moją żonę Danusię na 3-miesięczny urlop do Indii /małżonka była już na emeryturze/.


Ważne, że materialnym wyrazem sympatii i przyjaźni był przebogaty zbiór ciekawych, niepowtarzalnych, oryginalnych eksponatów w swoistym muzeum hinduskim, które zadziwiały każdego zwiedzającego szkołę przybysza z zewnątrz. To był wielki sukces i namacalny wyraz nietuzinkowych poczynań z myślą o dzieciach.

Sam - niestety nie trafiłem do Indii - nie mogłem opuścić szkoły i wychowanków. Wraz z moim odejściem w kilka lat później umarła legenda efektywnego wychowania morskiego na dalekim śródlądziu. Szkoda, bo to strata niepowetowana, nie do odrobienia i nie do powtórzenia. Dlaczego? To epoka już innych szkół i innych nauczycieli.

Dziś światem rządzi wszechwładny i wszechmocny pieniądz. Ja nie dorobiłem się fortuny, chociaż znalazłem w życiu swoje szczęście. I to mnie wystarczy.



Na fotografiach moja żona Danusia w czasie swojej “podróży życia” do Indii. 



środa, 24 lutego 2016


WSZYSTKIE BARWY MORZA I TĘCZY …


Kaszubskie uroki odkrywane w podróży przez Polskę, radość, którą dzielą się przyjaciele. To przykład dobrej pamięci, odruchu serca, przypomnienia wspólnie spędzonego czasu przy ognisku, gawędzie, zauroczeniu potęgą oceanu czy leśnego strumienia leniwie toczącego swoje wody wśród łanów dojrzewającego zboża. A to Polska właśnie, urodziwa, niepowtarzalna, jedyna, najdroższa. Pocztówka dziś właściwie anonimowa, z podpisem : Dwaj Panowie A. Ileż treści mieści w sobie to jedno rozbudowane zdanie :
“Pozdrowienia z letniej nieplanowanej włóczęgi po zachodnich i północnych rubieżach”. Przyjaciele znad morza nie zapominają o moich morskich pasjach i to jest dla mnie wartość bezcenna. Spóźniony romantyzm ? Precyzyjne zdefiniowanie istoty zjawiska czy procesu ma wtórne znaczenie. Mędrca szkiełko i oko przegrywa z autentyzmem uczuć i doznań. To jeszcze jeden akord w bogatej melodii życia.



WYRÓŻNIENIE SZKOŁY. 
MEDAL Z HELU DLA BOLESŁAWIECKIEJ “8”.

Uchwałą MRN w Helu bolesławiecka Szkoła Podstawowa nr 8 została wyróżniona medalem “600-lecia miasta Hel” za zasługi dla rozwoju tego morskiego grodu. Cenne trofeum zostało przekazane szkole w rocznicę Zwycięstwa - 9 maja. To już 25 kolejne odznaczenie bolesławieckiej placówki oświatowej.

Gdzie Hel, gdzie Bolesławiec, skąd zatem niecodzienne wyróżnienie? Przed gmachem Tysiąclatki wznosi się symboliczny obelisk ku czci bohaterskich żołnierzy Września 1939 r., którzy przez 32 dni bronili ostatniej morskiej reduty Rzeczypospolitej. Na wniosek szkoły jedna z ulic i największy park miejski otrzymały imię Obrońców Helu. W Izbie Pamięci Narodowej spoczywają liczne pamiątki z Wybrzeża, w tym również urna z ziemią pobraną z mogiły poległych na półwyspie bohaterów. Utrzymywane też są żywe kontakty z helskim garnizonem Marynarki Wojennej, niebawem jedna z sal lekcyjnych przekształci się w muzeum poświęcone dziejom walk Polaków na morzach i oceanach świata w czasie ostatniej wojny. To uzasadnia otrzymanie przez szkołę zaszczytnego wyróżnienia.

Przed kilkoma dniami - w ramach obchodów 40-lecia PRL i jubileuszowego roku 20-lecia szkoły - kolejna sala otrzymała imię Kazimierza Burży, uczestnika walk Samodzielnej Grupy Operacyjnej “Polesie” gen. Franciszka Kleeberga, który postać patrioty i ostatniego żołnierza regularnej armii polskiej w tragicznym wrześniu 1939 r. zbliżył bolesławieckiej młodzieży. W ten sposób uhonorowano zasługi wielkiego mecenasa i przyjaciela szkoły, który przybył na wzruszającą patriotyczną uroczystość z Warszawy, z udziałem miejscowych kombatantów. /PS/







OBJĘLI PATRONAT NAD M/S”BOLESŁAWIEC”


Ostatnio patronat nad statkiem przejęło Towarzystwo Miłośników Bolesławca, które powołało odrębną sekcję morską jako filię Ligi Morskiej. Przygotowało już kolejny dar dla załogi : zestaw książek beletrystycznych, regionalnej grafiki i ceramiki. Obok zdobiącego wnętrze jednostki handlowej gobelinu z motywem bolesławieckiego ratusza, będą to dalsze akcenty regionalne.

Delegacja TMB oczekuje na zaproszenie z PŻM, żeby przekazać upominki i zapoznać się z życiem załogi na pokładzie m/s “Bolesławiec”. /PS/

PS. Niestety - sprawy morskie w nikłym stopniu zainteresowały na dłużej działaczy regionalnych, wierna “wilkom morskim” pozostała jedynie młodzież szkolna rywalizujących ze sobą dwóch “morskich” szkół nr 4 i nr 8, które sam stworzyłem i “wyspecjalizowałem” w sferze wychowawczej, koncentrując działania wokół atrakcyjnej dla młodzieży problematyki morskiej. Ta przygoda trwała ponad 30 lat i przyniosła wiele laurów i satysfakcji uczniom, nauczycielom i mnie osobiście. Rozsławiłem także tą drogą imię miasta, a o naszych dokonaniach pedagogicznych wiedziała cała Polska. Echa tych wydarzeń trwają do dzisiaj, zwłaszcza na Wybrzeżu pozbawionym stoczni i potężnego przemysłu stoczniowego. 









KAPITAN Ż. W. TADEUSZ KALICKI MA GŁOS
Gdańsk dnia. 7.o6. 1978



Kochani !

W Gdańsku wylądowaliśmy bez większych przygód, przed godziną dziewiątą. Nie wiemy, jak wyrazić swoją wdzięczność za tak wspaniałą wizytę u Was w pięknym Bolesławcu. Byliśmy podejmowani po królewsku, nie zapomnieliście o żadnym nawet szczególe, aby uprzyjemnić nam te chwile. Jesteśmy ciągle pod wrażeniem spotkania z Wami i bardzo cieszymy się, że mogliśmy się poznać bliżej. Pamiętajcie, że macie w nas oddanych przyjaciół i zawsze będzie nam bardzo miło gościć Was w Gdańsku.

Paweł ! - Twoja szkoła to jest coś ! Wiele człowiek widział już w życiu i ma porównanie. Przy Tobie można nabawić się kompleksów - Twoja żywotność, pomysłowość, talent i smak we wszystkim co robisz, Twoja pracowitość i energia - są godne podziwu. Szczerze gratulujemy Ci tych sukcesów i życzymy wytrwania na dalszej wytyczonej drodze! Danusi życzymy szybkiego i pomyślnego zakończenia studiów.

Serdecznie Was ściskamy i pozdrawiamy, jeszcze raz dziękując !

Marta i Tadeusz


Przyjaźń z Tadeuszem - to jak czarowna baśń z arabskiego zbioru klechd i barwnych opowieści ludów Wschodu i Południa. Pedant o wysokiej kulturze osobistej, mądry człowiek, ekspert w swoim zawodzie, życzliwy ludziom przełożony na statku, ogromny autorytet, życzliwy doradca, człowiek otwarty, pracowity, szczery, z sercem na dłoni. 


POWRÓT DO “PIERWSZEJ MIŁOŚCI …”
W bolesławieckiej “czwórce”
OGROMNE ŻÓŁWIE, KRABY, MUSZLE I PAPUASKI KATAMARAN


Chlubą Szkoły Podstawowej Nr 4 w Bolesławcu /którą sam organizowałem w 1958 r. i kierowałem nią przez 14 lat otwierając miasto na morze - przypisek PS/ jest bogate w eksponaty muzeum morskie - efekt współpracy z załogą statku PLO m/s “Jan Matejko”, a później m/s “A. Grottger”. Statków już nie ma, ale pozostało blisko 3 tysiące bezcennych eksponatów, z których wiele ma wartość historyczną i unikatową.

Zaczęło się wszystko na początku lat sześćdziesiątych, kiedy na morze trafiły pierwsze listy dzieci z Bolesławca, adresowane do marynarzy. Potem z dalekiej Chalny /dawny Pakistan Wschodni/ przywędrował telegram z zaproszeniem na statek. Na spotkanie trzeba było poczekać kilka tygodni, gdyż dziesięciotysięcznik / m/s “Jan Matejko” / miał do pokonania jeszcze kilka tysięcy mil morskich, nim trafił do Gdyni.

Gościna ludzi morza nie miała sobie równych, a spanie w marynarskich kojach stanowiło nie lada atrakcję. Takie spotkania odbywały się później po każdym rejsie, czasem udawało się spędzić na pokładzie statku /stojącym w macierzystym porcie - PS/ kilka tygodni wakacji. Z każdego rejsu wędrowały do szkoły cenne eksponaty z krajów Dalekiego Wschodu, Australii, Japonii, Indonezji, Indii, z Egiptu i basenu Morza Śródziemnego. Najpierw muzeum morskie mieściło się w jednej salce, potem zajęło trzy dalsze sale ekspozycyjne, z trudem mieszczące okazy fauny i flory morskiej - olbrzymie żółwie, wypchane ryby, szczęki z uzębieniem ryb-pił, rozgwiazdy, kraby i imponujące rozmiarami oceaniczne muszle.

Kolekcji rzeźb ludów nadmorskich Azji i Oceanii może pozazdrościć niejedno muzeum profesjonalne, podobnie jak licznych modeli statków i okrętów, a wśród nich oryginalnej łodzi typu katamaran współczesnych Papuasów z Nowej Gwinei. Wydrążono ją w jednym pniu drzewa, a na statek trafiła prosto z oceanu. Nieobecnośc na niej rybaka do dziś pozostaje tajemnicą - być może rozegrała się na niej tragedia w walce z wodnym żywiołem, tak częsta w tamtej strefie geograficznej?

W muzeum są szczątki barku “Otago”, którym dowodził polsko-angielski pisarz i żeglarz Józef Conrad Korzeniowski, a także cenna kolekcja pereł / wśród nich najcenniejsza czarna perła /, azjatyckie ludowe instrumenty muzyczne, oryginalne ubiory tubylców Azji, interesujące naczynia, fragmenty mebli z Egiptu / w tym komplet 4 dekoracyjnych puf i stolik z miedziowym blatem ozdobiony ornamentem z motywami typowymi dla wizerunku faraonów i hieroglificznymi napisami /, kolekcja metalowych, drewnianych i wykonanych w lace posążków faraonów, władców egipskich. Muzeum morskie chlubi się posiadaniem zapewne jedynym w kraju zbiorem znaczków pocztowych i pamiątek ze statków “Djak-Bier” /kto dziś pamięta, że dwa polskie statki - m/s “Djakarta” i m/s “Bolesław Bierut” zostały uwięzione w Kanale Sueskim podczas wojny izraelsko - egipskiej i trwały tam wiele miesięcy połączone burtami i wspólnym losem marynarzy?/.

Każdy eksponat ma pasjonującą historię i pachnie morzem, stąd unikatowość muzeum i jego niecodzienna ekspozycja w głębi kraju, daleko - kilkaset kilometrów od morza. 

I jeszcze ciekawostka. Kiedyś załoga przywiozła dzieciom z Indii żywą małpkę, małego rezusa. Dzieci natychmiast nazwały go Koko i omal nie zagłaskały na śmierć. Niestety, dzikie zwierzątko nie umiało dostosować się do nowych warunków życia i chłodnego klimatu, zaczęło chorować i trzeba było je oddać do zoo w Oliwie. Odtąd żywych prezentów marynarze już nie przywozili. Natomiast za własne oszczędności kupowali dzieła sztuki ludowej, które można w “4” podziwiać do dzisiaj.

/PS/

PS. Jeden z pierwszych dowódców m/s “Jan Matejko” Kapitan Ż. W. Jan Wiśniakowski na wniosek szkoły otrzymał godność Honorowego Obywatela Bolesławca. 

Interesująca jest prekursorska droga ku morzu młodzieży szkolnej z lądowego grodu nad Bobrem. Pasjonaci ukończyli wyższe morskie uczelnie, pomogłem kilku w znalezieniu miejsca w WSM w Gdańsku i Szczecinie. O wszystkim decydowała fama o fenomenie morskiej edukacji i legenda o królestwie Neptuna nad Bobrem. 

Dziesiątki ludzi morza otrzymało z naszej inicjatywy wiele symbolicznych odznaczeń i wyróżnień. Cytowany wyżej Kapitan Tadeusz Kalicki został Kawalerem “Orderem Uśmiechu,” podobnie wielu innych przyjaciół dzieci i szkoły. Wszystkich sympatycznych faktów, wydarzeń i osiągnięć - po wielu latach milczenia - nie da się odtworzyć. A szkoda.

III Szanty nad Odrą
NAJLEPIEJ ŚPIEWAJĄ BOLESŁAWIANIE


Niedawne III spotkanie z piosenką żeglarską “Szanty nad Odrą”, którego gospodarzem była wrocławska szkoła nr 3 im. Generała Mariusza Zaruskiego przyniosła sukces młodzieży Bolesławca.

Wśród blisko 20 zespołów wokalnych i solistów pierwszą lokatę wywalczył zespół “Ra - III” ze szkoły nr 8 w Bolesławcu, który przygotowała opiekunka koła Ligi Morskiej mgr inż. Aldona Świtalska. 8 dziewcząt przy akompaniamencie gitary zaprezentowało rodzime szanty i starą pieśń eskimoską, wyśpiewując cenne nagrody ufundowane przez Kuratorium i Okręgowy Związek Żeglarski : worki żeglarskie, śpiewniki, organki ustne i dyplomy. Prawdziwą gwiazdą piosenki żeglarskiej została Celestyna Górczyńska, która zajęła II miejsce jako solistka, zdobywając jednocześnie trzy nagrody. Wśród młodzieży szkół średnich I lokatę wywalczyła reprezentacja Liceum Ogólnokształcącego z Bolesławca.

Dwa zwycięskie zespoły z grodu nad Bobrem wyjadą latem na Mazury. Poznają uroki żeglowania i wezmą udział w II etapie turnieju piosenek żeglarskich.
/PS/
PS. Z perspektywy czasu, w ćwierć wieku od rozstania się z “Ósemką” wyraźniej widać zasługi i dorobek grona nauczycielskiego. Gratuluję autorce sukcesu, szkolnej koleżance, która nie lubiła wychodzić przed szereg, ale identyfikowała się z pracą i nauczycielskim powołaniem bez reszty, o czym najpełniej i najlepiej świadczą konkretne, ściśle wymierne, wielkie osiągnięcia. Dziękuję i przepraszam, jeśli zbyt skąpo mówiłem o efektywności efektownej i pięknej pracy w krzewieniu wiedzy o morzu i marynistyce pojmowanej najszerzej.

środa, 17 lutego 2016

DZIEJE SZKOŁY W PRASIE



KURT WALDHEIM ODPOWIEDZIAŁ NA LIST UCZNIÓW Z BOLESŁAWCA

Doniosłość polskiej “Deklaracji o wychowaniu społeczeństwa w duchu pokoju”, o której przewodniczący XXXIII Sesji Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych Indalecio Lievano powiedział, że jest “kamieniem milowym w historii naszej organizacji” znajduje potwierdzenie w różnych formach.

Ostatnio wśród licznych dowodów uznania i satysfakcji szerokich kręgów polskiego społeczeństwa z powodu przyjęcia przez Zgromadzenie Ogólne tej deklaracji znalazł się list uczniów i grona nauczycielskiego Szkoły Podstawowej nr 8 im. Bojowników o Wolność i Demokrację w Bolesławcu do Sekretarza Generalnego ONZ, Kurta Waldheima.

Wraz z listem przekazany został K. Waldheimowi specjalny dyplom medalu “Primi Inter Pares”, który bolesławiecka szkoła przyznaje za wybitne zasługi dla sprawy dzieci i wychowania.

Chociaż sekretarz generalny ONZ odpowiada osobiście na nieliczne tylko z setek listów skierowanych do niego z różnych stron świata, miłe posłanie z Bolesławca potraktował w sposób szczególny. W liście do dyrekcji szkoły wyraża m.in. głębokie zadowolenie, że gest jej uczniów i pedagogów wobec jego osoby zbiegł się “z inauguracją Międzynarodowego Roku Dziecka”.

K. Waldheim przekazał również szkole w Bolesławcu swój portret ze specjalną dedykacją.

Zaprzyjaźniona z naszą redakcją Szkoła nr 8 w Bolesławcu jest kierowana przez p. Pawła Śliwko, laureata Orderu Uśmiechu, jest też ona inicjatorem klubu kawalerów tego odznaczenia w Bolesławcu.







“Dolny Śląsk wrasta w morze”

MIŁA UROCZYSTOŚĆ W BOLESŁAWIECKIEJ “8”

DALSZE PATRONATY NAD STATKAMI PLO

Uczniowie znanej na Dolnym Śląsku z morskiego wychowania Szkoły Podstawowej nr 8 w Bolesławcu przeżyli kolejną, a pierwszą w tym roku “morską przygodę”. W poniedziałek odwiedził ich szkołę przedstawiciel Polskich Linii Oceanicznych, naczelnik Wydziału Ogólnego Dyrekcji PLO w Gdyni, związany z polską flotą od kilkudziesięciu lat, Henryk Sikorski. Nie była to wizyta przypadkowa.

Wysłannik najstarszego polskiego armatora przybył, aby porozmawiać z bolesławiecką młodzieżą o statkach, marynarzach i naszej rozbudowującej się flocie oraz zapoznać się z morskim wychowaniem i działalnością w tej szkole. Przywiózł także upominki - eksponaty PLO do szkolnego muzeum morskiego : fotografie z biografiami statków, które przestały już pływać, kompas szalupowy, lampę okrętową, paterę i morskie kalendarze. A od dyrektora naczelnego PLO Tadeusza Grembowicza - osobiste pismo do dyrektora bolesławieckiej “8” Pawła Śliwki, w którym powiadamia go, że “doceniając Wasze inicjatywy na rzecz umiłowania morza wśród dzieci, młodzieży i społeczeństwa Waszego regionu” wyraża zgodę na objęcie przez tę szkołę patronatu nad budującym się 17-tysięcznikiem, który będzie się nazywał “Gen. F. Kleeberg”.

Jest to duże wyróżnienie dla uczniów i grona nauczycielskiego tej szkoły. Obecnie sprawują patronat nad statkiem “Pekin” i “Gen. F. Kleeberg” byłby ich drugim statkiem patronackim. Żadna szkoła w kraju nie dostąpiła dotąd tego zaszczytu, jedynie miasto Tarnów ma pod opieką dwa statki PLO. a w ogóle będzie to czwarty statek “bolesławiecki”, bo - przypomnijmy - szkoła miejscowa nr 4 ma patronat nad statkiem “Matejko”, a miasto nad “Bolesławcem” / i jeden i drugi statek patronacki to moja zasługa /przypisek PS, 11 lutego 2016 r. O szczegółach napisze w oddzielnych notatkach/. Uroczystość przejęcia patronatu nad “Gen. F. Kleebergiem” odbędzie się niebawem w Stoczni im. A. Warskiego w Szczecinie, gdzie statek jest budowany i będzie wodowany. Podniesienie bandery na nim ma się odbyć w 45 rocznicę zakończenia II wojny światowej. Statek będzie pływać na liniach dalekowschodnich.

Podczas poniedziałkowego spotkania z przedstawicielem PLO Henrykiem Sikorskim w Bolesławcu otrzymał on od władz miejskich odznakę “Za zasługi dla Bolesławca”, którą wręczyła zastępca naczelnika Krystyna Wawrzynowicz oraz honorową odznakę “Przyjaciel Dziecka” przyznaną przez Zarząd Główny TPD. Za przybliżanie dzieciom i młodzieży spraw polskiego morza, rozwijanie akcji patronackich i kontaktów z ludźmi morza. Ta akcja będzie rozszerzona w najbliższym czasie na wieś, w tym także dolnośląską.

Jak dowiedzieliśmy się, zakłady “Bielbaw” w Bielawie otrzymają także patronat nad nowym statkiem z serii “malarzy” - nad 16-tysięcznikiem “Chełmońskim” lub “Grottgerem”. Ostatnio delegacja zakładu pożegnała na Wybrzeżu swój dotychczasowy statek patronacki “Bielawa”, który przeszedł “na emeryturę”. U. Z. 



PRZYWRACANIE DZIECIŃSTWA

Dzieci skrzywdzone przez los, dzieci specjalnej troski. Miasto ofiarowało im stylowy pałacyk przy ul. Świerczewskiego /dziś ul. Zgorzeleckiej - PS/ wkomponowany w zieleń pobliskiego parku. Mieści aż trzy szkoły : 8-klasową podstawową Szkołę Specjalną, zawodową “wielobranżówkę” i tzw. szkołę życia dla najciężej upośledzonych.

148 uczniów z miasta i okolicy, 27 nauczycieli z sercem na dłoni, którymi kieruje mgr Stanisława Szlenzak, pedagog z powołania i z wyboru.

…Pierwszy raz przychodzą tu bez uśmiechu, nierzadko zew łzami i lękiem w oczach, z niepokojem i strachem. Dzieci odrzucone, niekochane, nieszczęśliwe. Tutaj są potrzebne, znajdują wspólny język w dialogu z wychowawcami, odnajdują własną tożsamość, zaufanie, atmosferę dla rozwoju psychicznego. Po latach wyfruwają jak ptaki z opiekuńczego gniazda w samodzielne życie. Czy sobie poradzą bez ciepła swojej szkoły, która z biegiem lat staje się drugim domem rodzinnym? Tutaj najpełniej i najpiękniej realizuje się znane hasło : “wszystkie dzieci są nasze”, które nie ma w sobie nic ze sloganu. Rejestru przyjaciół szkoły nie dałoby się spisać na wołowej skórze, ale też bez nich byłoby trudno przywrócić uśmiech dzieciństwa, tę normalność, za którą tęsknimy jak Polska długa i szeroka. Przytoczę tylko niektóre fakty.

Prezydent i Rada Miasta przekazały “Siódemce” 30 milionów złotych na wymianę naświetli obszernego gmachu. Miejmy nadzieję, że nie poskąpią dalszych złotówek na kompleksowe rozwiązanie tej kwestii. Zakłady Tkanin Technicznych “Bonitex” przekazały 5 milionów złotych. Tyle samo ofiarowała Bolesławiecka Fabryka Fiolek i Ampułek “Polfa”. Serdecznych mecenasów ma placówka oświatowa w osobach dyrektorów Tadeusza Nakoniecznego i Stanisława Kozłowskiego, wyjątkowo wrażliwych na świat potrzeb psychicznych i materialnych najmłodszych. Ludzi dobrej woli na szczęście jest więcej w grodzie nad Bobrem : Tadeusz Reguła, prezes Spółdzielni Inwalidów “Bolmet” ofiarował wrotki dziecięce i spodnie dresowe, ZCh “Wizów” proszki doczyszczenia i prania, Cech Rzemiosł Różnych zabezpieczył praktyczną naukę zawodu starszej młodzieży, nie odmawiając także wsparcia finansowego. Brygada Artylerii WP przeprowadza drobne naprawy wewnątrz budynku, tradycyjnie też organizuje grochówkę wojskową dla uczestników Wojewódzkich Igrzysk Sportowych Szkół Specjalnych w Bolesławcu, bezpłatnie przewozi uczniów na zawody sportowe. Żadna ważniejsza uroczystość nie obejdzie się bez udziału kadry oficerskiej : płk Tadeusza Żochowskiego, ppłk Kazimierza Mańkowskiego i majora Zenona Dudzińskiego.

Dyrektor PKO mgr Julian Jamroź, człowiek o wyjątkowej wrażliwości, pośredniczy w jednaniu dobrych ludzi, sponsorów i mecenasów, przekazując równocześnie 10 mln złotych na pomoce naukowe do rewalidacji i na zakup opału. Ostatnio przybywa indywidualnych donatorów : właścicielka zakładu fryzjerskiego p. Maria Dolik wyraziła zgodę na bezpłatne strzyżenie i układanie fryzur uczniom, a członkowie Rady Szkoły p.p. Elżbieta Tor i Maciej Żytniak skutecznie organizują pomoc dla dzieci najbiedniejszych. “Ceramika Artystyczna zgodziła się na praktyczną naukę zawodu, przekazała też szkole kamionkowe naczynia i wazony. Dyrektor BOK dr Danuta Mślicka promuje szkołę w lokalnej telewizji kablowej, skutecznie pomagając w poszukiwaniu ludzi życzliwych, bezinteresownych mecenasów i sponsorów. To cieszy i satysfakcjonuje, stanowi optymistyczny akcent w szarej i trudnej codzienności.

Ciepła, przyjazna dzieciom szkoła ma swoje osiągnięcia artystyczne w szerszej niż lokalnej skali. Międzynarodowe sukcesy przyniosły konkursy plastyczne w Argentynie, Indiach, RFN i Szwecji, skąd napłynęły wyróżnienia dla uczniów z Bolesławca. Sztuka stanowi język uniwersalny i dzieci są w niej rozkochane pod kierunkiem nauczycielki plastyki p. Grażyny Kryś. Ostatnio dzieci zdobyły np. 7 wyróżnień w konkursie pożarniczym /malarskim/. Przepadają poza tym za zajęciami z muzyki i rytmiki, które po mistrzowsku prowadzi p. Janina Kunecka. Już po raz ósmy gród nad Bobrem będzie gospodarzem sportowych igrzysk wojewódzkich szkół specjalnych, które wzorcowo organizują nauczyciele kultury fizycznej Weronika Słotwińska i Wojciech Respondek 

Metoda ośrodków pracy w nauczaniu początkowym p. Teresy Rudzińskiej wzbudziła uznanie fachowców z Kuratorium, a rewalidacja w wykonaniu p. Mirosławy Czajkowskiej stanowi doskonały przykład profesjonalizmu i skuteczności. Tacy pedagodzy tworzą nie tylko postęp na niwie oświaty i wychowania. Oni z benedyktyńską cierpliwością rekonstruują zagubione dzieciństwo, budują ludzkie losy, przywracają społeczeństwu normalnych obywateli. Piękna i szlachetna to misja, twórcza praca i wyjątkowy trud, za który należy się nauczycielom “Siódemki” autentyczny szacunek i szczere uznanie. Tutaj najpełniej realizuje się mądre zawołanie Janusza Korczaka :

“Dziecko - to pełny człowiek, tylko bardziej bezbronny”.

Skrzyknijmy się ponad podziałami i pomóżmy.Wszystkie dzieci są nasze, a te potrzebują szczególnie dużo serca i życzliwości.

Paweł Śliwko, “Głos Bolesławca”


Prawdziwe dzieciństwo musi mieć warunki do emocjonalnego rozwoju i kontaktu z bliskimi sobie osobami. Przyroda stanowi wyjątkową okazję do okazywania sympatii, przywiązania, miłości i wyrażania siebie samego. Najtrafniej tę myśl ujął Janusz Korczak: "dziecko to pełny człowiek, tylko bardziej bezbronny."

W kręgu rodzinnym z żoną, synową i wnuczką

środa, 10 lutego 2016

BARWY ŻYCIA - WYDARZENIA


AMERYKAŃSKI MUNDUR W SZKOLNEJ KOLEKCJI

Tuż po zakończeniu działań wojennych na froncie irackim /wojna o Kuwejt/ do bogatych zbiorów muzeum bolesławieckiej tysiąclatki /ściślej - do kolekcji unikatów Izby Pamięci Narodowej/ trafił oryginalny mundur amerykańskiego żołnierza biorącego udział w akcji “Pustynna Tarcza” wraz z banderkami USA zdjętymi z opancerzonego pojazdu i certyfikatem potwierdzającym autentyczność pamiątek. W szkole wykonano specjalną gablotę i z eksponatami przeniesiono ją do nowej kawiarenki, gdzie znajduje się także list otrzymany od prezydenta USA, Ronalda Reagana.

Te pamiątki w bolesławieckiej szkole są zasługą znanego w kręgach marynarskich sponsora, II oficera na statkach PLO, Teofila Grydyka. Ofiarował on już tej placówce oświatowej kilkanaście tysięcy oceanicznych muszli i setki bezcennych eksponatów związanych z morzem. Ufundował nadto książeczkę mieszkaniową sierocie, dziewczynce z czwartej klasy. Pośredniczył w nawiązaniu kontaktów młodzieży z Marynarką Wojenną, był prawdziwym przyjacielem dzieci przez kilkanaście lat.

Nie doczekał się jednak Orderu Uśmiechu, mimo wielokrotnie składanych przez dzieci wniosków w warszawskiej Kapitule. Inicjatywę ponowił emerytowany dyrektor tej szkoły. Może tym razem wniosek skończy się sukcesem, bo na to słoneczne odznaczenie pan Teofil zasłużył jak mało kto z przyjaciół i mecenasów dzieci …

PS - dopisek z dnia 9 lutego 2016 r. Niestety, wyjątkowo zasłużony, legendarny altruista, człowiek czynu o wielkim, wrażliwym sercu - nie doczekał tej chwili. Zmarł niespodziewanie w “swojej” ukochanej Gdyni i już nie odwiedzi “swojej” morskiej ambasady w Bolesławcu. Dla tysiąclatki był prawdziwym darem niebios, o czym zaświadczają już tylko nieliczne pamiątki, głównie okrętowe kotwice. Jak się okazuje po latach - nie do zniszczenia. Artykuł z “Gazety Robotniczej”./PS/



ZYGMUNT WYDRYCH, LAUREAT “ORDERU UŚMIECHU”
“NADAL CHCIAŁBYM TWORZYĆ DLA DZIECI”

Bolesławiec ma szczęście do ludzi niekonwencjonalnych, niezwykłych. Należy do nich bez wątpienia Zygmunt Wydrych, emerytowany górnik i wielki przyjaciel dzieci, które obdarowały go “Orderem Uśmiechu”. Dodajmy, że tym międzynarodowym dziś odznaczeniem wyróżniono w Polsce niewiele ponad setkę osób.

- Miałem w życiu dwie wielkie pasje - mówi pan Zygmunt. - Pracę w górnictwie i malarstwo. Oddałem też serce dzieciom. Jako rencista po wypadku górniczym zacząłem malować, na co wcześniej nie miałem czasu. Spodobało się to dzieciom, więc poproszono mnie, abym ozdobił wnętrze “Tysiąclatki” i tak powstał wystrój szkoły, a wdzięcznośc uczniów wyraziła się we wniosku o słoneczne odznaczenie.

Dziś ze zdrowiem jest gorzej. Dopóki mogłem, malowałem wielkie kompozycje ścienne w klasach i na korytarzach. Współtworzyłem Izbę Pamięci Narodowej, salę “Białych Orłów”, jedyne w mieście muzeum górnicze, nadałem wystrój salom - Dalekiego Wschodu, indyjskiej, ludowej, leśnej, kaszubskiej, muzeum morskiemu i klubowi Neptuna, szkolnej herbaciarni i auli, którą ozdobiłem kolekcją dwunastu historycznych orłów - od czasów piastowskich po współczesność. Teraz już nie stać mnie na taki wysiłek. Ale dzieci o mnie nie zapomniały i bywają u mnie częstymi gośćmi. Piszę im wiersze i maluję miniaturowe obrazki w pamiętnikach. Dla nich to radość, dla mnie chwile satysfakcji …

Artykuł z “Gazety Robotniczej” /PS/



ANTARKTYDA W … BOLESŁAWCU

Aż trudno uwierzyć, że jedyne w kraju muzeum Antarktydy znajduje się w bolesławieckiej tysiąclatce. Zaświadcza o tym marmurowa tablica pamiątkowa z wyrytym imieniem pary wybitnych polskich pisarzy - podróżników i polarników, ALICJI i CZESŁAWA CENTKIEWICZÓW. Co prawda, sędziwi pisarze nigdy tu nie trafili, nie mogli też z uwagi na stan zdrowia uczestniczyć w uroczystości otwarcia muzeum, ale godnie ich reprezentował Kapitan Żeglugi Wielkiej TADEUSZ KALICKI, ówczesny dowódca statku PLO m/s “Antoni Garnuszewski”. Woził on za koło podbiegunowe polskich polarników z PAN, a do szkoły - liczne eksponaty pozostawione m.in. przez wielorybników z wyspy King George’a.

Największy z eksponatów, sześciometrowej długości żebro wieloryba trafiło tu z bazy rybackiej szczecińskiego armatora “Transocean”, kilkadziesiąt innych, w tym zakonserwowane w formalinie okazy fauny i flory z brzegów Antarktydy - przekazała zaprzyjaźniona szkoła nr 14 w Gdyni. Można więc oglądać miniaturowe ośmiornice, kraby, kryle i kolekcje egzotycznych ryb, a nawet wystrzępioną zimnymi wichrami banderę z “Garnuszewskiego”. Nie brakuje skał z brzegów kontynentu, które tylko w czasie krótkiego lata ukazują się spod gór lodowych i warstw stopionego śniegu. Oryginalny wystrój wnętrza to zasługa Kawalera “Orderu Uśmiechu ZYGMUNTA WYDRYCHA.

Z “Transoceanem” łączy się jeszcze jedna historia : armator ufundował niegdyś wzorowej uczennicy tysiąclatki ELŻBIECIE KILIMNIK bezpłatny rejs statkiem rybackim “Wineta” po wodach wokół Afryki. Podróż trwała 3 miesiące, a bohaterka pracuje dziś w tej samej szkole.

“Gazeta Robotnicza” /mój pseudonim RB-y/

PS. Nie napisałem w krótkiej notce informacyjnej, że w szkolnym muzeum Antarktydy stały spreparowane odpowiednio pingwiny, że mieściła się tu duża galeria znaczków pocztowych o tematyce morskiej /z wyodrębnionym zbiorem poświęconym zlodowaciałej Antarktydzie/, że dysponowaliśmy oryginalnym “Dziennikiem Okrętowym” ze statku m/s “Garnuszewski”, że mieliśmy tu dużą ilość unikatowych proporczyków i przedmiotów stanowiących cenne czy nawet bezcenne pamiątki. A olbrzymią przeszkloną przestrzeń klatki schodowej zdobił rodzaj malowanego na szkle pejzażu z pingwinami wśród wiecznych lodów. Piękny akcent dekoracyjny wkomponowany jako przerywnik monotonnej elewacji budynku. W niewielkiej odległości znajdowały się malowane okna Klubu Neptuna, które swoją treścią tematyczną imitowały oceaniczne głębiny. Już z daleka można było wyróżnić “morską” szkołę z szarości sąsiednich budynków.



WĘGIERSKI PATRON GALERII OBRAZÓW

Która dolnośląska szkoła może chlubić się profesjonalną galerią obrazów? Oczywiście - bolesławiecka “Ósemka”. Co ciekawsze - jest to ekspozycja międzynarodowa, z wyraźną przewagą prac malarzy węgierskich. Nosi też imię profesora dra TIBORA CSORBY, jednego z największych współczesnych akwarelistów, nie tylko węgierskich, ale i europejskich.

Skąd niecodzienna miłość, zmarłego przed kilkoma laty, sędziwego artysty, do bolesławieckiej tysiąclatki? Wszystko zaczęło się od upowszechniania plastyki w bolesławieckiej szkole jako innowacji pedagogicznej. Ukazały się na ten temat moje artykuły w nauczycielskich periodykach warszawskich, akcję podjęło Polskie Radio w audycji “Muzyka i Aktualności” /cyklicznie/ pod kierunkiem red. Ewy Skudro. Znakomity malarz i mecenas sztuki, profesor i autor licznych podręczników metodycznych, TIBOR CSORBA, oraz dyrektor bolesławieckiej “Ósemki” spotkali się przy mikrofonie w czasie wspólnej audycji radiowej. Panowie przypadli sobie do gustu, a obfita korespondencja między nimi trwała kilkanaście lat …

Do bolesławieckiej szkoły przywędrowały pierwsze prace wybitnego akwarelisty, piękne i niepowtarzalne w kolorycie pejzaże węgierskich wsi i polskiego mazowieckiego krajobrazu. Sam mistrz odwiedził szkołę, serdecznie podejmowany przez młodzież i nauczycieli. W dwa miesiące później na wakacyjny plener malarski na Węgry zaprosił na swój koszt grupę plastycznie uzdolnionej młodzieży. Wakacje w malowniczym miasteczku Vac nad modrym Dunajem weszły na stałe do tradycji szkoły. Dodatkowo każdego roku mistrz fundował nagrodę swego imienia dla najzdolniejszego ucznia-plastyka, zawsze piękną akwarelę z polskim lub węgierskim pejzażem.

A szkolna galeria? Rozrosła się do kilkuset obrazów i zajmuje dziś dwa piętra rozbudowanego z biegiem lat gmachu. Do kręgu hojnych mecenasów dołączyli nowi artyści z Czechosłowacji, Jugosławii, Niemiec i Rosji, nie wyłączając twórców rodzimych, zwłaszcza z Wybrzeża /np. prof, Śniatycki/. Gościli malarze z Dolnego Śląska - Eugenia Myssak, A. Krzetuska, Eugeniusz Niemirowski ze Lwowa, Irena Krzywińska z Augustowa.

Każdy artysta zostawił w galerii swój obraz i cząstkę serca. Krakowskie środowisko twórcze uhonorowało szkołę jako pierwszą w Polsce pięknym medalem “Mecenas Sztuki”.
/R.B-y/



NAGRODA MIASTA VAC.  PLENER NAD MODRYM DUNAJEM

Od momentu otwarcia w bolesławieckiej “Ósemce” własnej galerii malarstwa i grafiki współczesnej i nadanie jej imienia polsko-węgierskiego artysty prof. dr Tibora Csorby - rozpoczęły się ciekawe formy wychowania przez sztukę. Szkoła odniosła ostatnio kilka znaczących sukcesów w tym zakresie : I nagrodę “Muzyki i Aktualności” w ogólnopolskim konkursie wykorzystania galerii, II lokatę w konkursie redakcji “Panoramy Północy” na prace malarskie dzieci, I nagrodę redakcji “Gazety Robotniczej” w konkursie plastycznym pod hasłem “Dolny Śląsk wrasta w morze” otrzymała także uczennica tysiąclatki Alicja Skóra.

Od kilku lat najlepszy uczeń-plastyk otrzymuje nagrodę imienia profesora Tibora Csorby w postaci obrazu malarza i specjalnego pamiątkowego dyplomu. W tym roku laureaci tej nagrody spędzili wakacje w rodzinnym mieście węgierskiego malarza - Vac nad Dunajem, zaproszeni tam na 2-tygodniowy bezpłatny plener malarski przez naczelnika miasta i kierownika wydziału oświaty i kultury. W programie pobytu znalazły się m.in. wycieczki do Budapesztu, Esztergomu, Viszegradu, Zebegeny i innych miejscowości, zwiedzanie muzeów sztuki, spotkania z profesjonalnymi twórcami, podróż statkiem po Dunaju, własna praca twórcza w miejscowym domu kultury, dyskoteki, filmy i inne atrakcje.

Najciekawsze wyniki w toku pleneru osiągnęła Elżbieta Woźniewska, która zamierza w przyszłości podjąć studia plastyczne na uczelni we Wrocławiu. Plon pleneru będzie prezentowany po wakacjach w budynku tysiąclatki, a wyjazdy na Węgry uzdolnionej plastycznie młodzieży tej szkoły będą powtarzać się odtąd co roku. Kto wie, czy z czasem obydwa miasta : Bolesławiec i Vac nie nawiążą stałej współpracy w zakresie oświaty i kultury? Został wszak zrobiony dobry początek.
/PS/

ZADUMA NAD PRZEMIJANIEM


W moim matuzalemowym wieku przyjaciół i serdecznych druhów można policzyć na palcach jednej ręki. Jedni odchodzili cicho i bez łez, innym oddawano głośno honory, mnożono krąg zasług, przypisywano wiekopomne czyny. Na krótko byli wielbionymi bohaterami. Za życia otoczenie na ogół skąpiło im ciepłych słów. Pośmiertny hołd nic nie kosztuje. Wieczne znicze nie istnieją, podobnie jak wieczna pamięć.

Jeszcze młodsi duchem przyjaciele proszą o odkurzenie wspólnych wspomnień z lat minionych i uściślenie prawdy z czasów, kiedy przez 30 lat jako prasowy reporter byłem kronikarzem lokalnych dziejów. Na powtórzenie wszystkich wydrukowanych i porozrzucanych po różnych gazetach i tygodnikach tekstach artykułów i notatek nie wystarczy mi czasu, bo przemijanie stanowi przecież naturalne prawo życia. Spełniając ich prośbę sięgnę do treści, które sprowokowały mnie do pisania bloga jako dokumentu ciekawszych wydarzeń w panoramie miasta z pogłębionym odautorskim komentarzem. Może w ten sposób ocaleje pamięć o niektórych szlachetnych, zacnych i mądrych ludziach. Każdy człowiek zostawia po sobie ulotny lub trwały ślad, jeśli nie w sercu swoich bliskich - to w społecznej przestrzeni, w procesie pracy i tworzenia. Każdy życiorys może być kanwą pasjonującej powieści. Brakuje tylko autorów wielkich poematów, bo sama znajomość liter nie wystarcza, żeby zostać literatem …

Oto przykłady publikacji, które mogą skłonić do zadumy, refleksyjnego myślenia, a czasem do sprzeciwu i polemiki. Cóż - samo życie. A cała plejada greckich filozofów, poszukiwaczy prawdy, też nie odkryła jej mechanizmów. Zatem - na swoje usprawiedliwienie - zacytuję rzymską mądrość : “Errare humanum est “ /Błądzenie jest rzeczą ludzką .../.


SAGA O SMUTNEJ JESIENI / ŻYCIA / art. z “Głosu Bolesławca”.

Starość nie jest natrętna, nachalna czy krzykliwa. Kryje się po kątach w samotności, poczuciu bezradności, a nierzadko krzywdy. Ma wymiar tragiczny, barwę smutku i szarości…

Miarę poziomu cywilizacyjnego i kultury społecznej stanowi stosunek do człowieka starego, niedołężnego i bezradnego. Mistrzami w tym zakresie pozostaną zapewne Chińczycy chlubiący się sześcioma tysiącami lat doświadczeń cywilizacyjnych i oryginalną filozofią ludów Wschodu. Nasze europejskie, a już szczególnie polskie podwórko rządzi się zdecydowanie innymi prawami. Areopag starców starożytnych i demokratycznych na swój sposób Aten byłby zdruzgotany widząc obszary ubóstwa i dramatyzm współczesnych losów Polaków Anno Domini 1994. 

Truizmy? Oczywiście, ale stanowi to inwokację do opisu działań Polskiego Związku Emerytów i Rencistów, Stowarzyszenia Wyższej Użyteczności w Bolesławcu. Rozmawiamy z prezesem p. Józefem Krzosem w ciasnym pomieszczeniu / gabinet, biuro? / zawalonym w połowie starą, używaną, ale jeszcze przydatną odzieżą ofiarowaną z porywu serca przez ludzi starych innym, będącym w potrzebie, których nie stać na zakup nowej odzieży z żebraczych rent i emerytur. To nie przesada, służę przykładem. Nie tak dawno zgłosiła się do biura sędziwa rencistka w lichym letnim przyodziewku. Żyje z renty w wysokości miliona pięćdziesięciu tysięcy złotych, z trudem wiążąc koniec z końcem.

/ Konieczny przypisek wyjaśniający, rok 2016. Po zmianach ustrojowych Polacy na krótko zostali “milionerami” z pustą walutą na skutek zmiany wartości nominalnej złotówki. / Ten zabieg łączył się z tzw. reformą Balcerowicza. /PS/

Kobieta ze sterty odzieży wybrała w miarę porządny zimowy płaszcz. Rozpłakała się. Już nie będzie marzła, bo za oknami zima i chłód… Elegancja? A cóż to takiego? Oto współczesna miara ludzkiego szczęścia “złotej /?/ jesieni życia”.

Z sympatią, podziwem i szacunkiem trzeba odnieść się do społecznych inicjatyw Związku : ci ludzie nie walczą o pieniądze dla siebie, są natomiast wolontariuszami, bezinteresownymi altruistami, niosą nadzieję na przetrwanie i pomoc ludziom biednym, chorym, samotnym i starym. Tu można bezpłatnie otrzymać używany telewizor, który ktoś pozostawił po kupieniu nowego sprzętu /kilkanaście przypadków/, dziś wielu pyta o krzesła - może jakiś sklep meblowy podejmie się roli sponsora? Chętnie odnotujemy każdy przejaw dobrej woli i ludzki odruch serdeczności.

Prezes mówi o ponad 2,2 tysiąca członków, którym niesie pomoc Związek z ich własnych składek, o organizacji imprez kulturalnych, rozrywkowych i wycieczek. 60 osób otrzymało odzież, duże grupy wyjeżdżały w minionym roku do Lichenia k/Konina /miejsca kultu Maryjnego/, Trzebnicy, w góry, zwiedzało Panoramę Racławicką we Wrocławiu. Niektórzy biorą udział w spotkaniach i wieczorkach tanecznych, wielu otrzymało symboliczne zapomogi i okazjonalne paczki. Ale liczą się nawet zwyczajne wizyty i rozmowy, kontakt z drugim życzliwym człowiekiem. Na wagę jeśli nie złota to zdrowia są bezinteresowne porady lekarskie doktora Zbigniewa Babijczuka, który nie odmawia pomocy nikomu. Ponad sto osób wyjechało w roku 1993 do sanatoriów. Związek zapewnia zainteresowanym zniżkowe bilety i co ważne - nie płaci za użytkowany lokal podatku dzięki życzliwości gospodarzy miasta.
-Smutne bywają nasze wizyty u chorych i samotnych ludzi - stwierdza prezes. - Ale tego oczekują od nas. Spotykamy się z inwalidami, odbyliśmy ciekawe rozmowy z 80-latkami, tworzymy solidarną w biedzie rodzinę, jesteśmy sobie nawzajem potrzebni. Zamiast nostalgii ofiarujemy sobie wspomnienia o odbudowie i pracy dla miasta. Największą satysfakcję przeżyłem niedawno, kiedy grupa Niemców mieszkających tu przed wojną nie kryła zachwytu i słów uznania dla urody nadbobrzańskiego grodu. Twierdzili, że tak urodziwego i rozbudowanego, a przy tym zadbanego Bolesławca nie pamiętają z lat własnej młodości. To daje wielką satysfakcję osobistą : nie zmarnowaliśmy własnego życia, pozostawiając coś w spadku potomnym. A że “złota jesień” pozostaje szara i smutna? Cóż- nie poddajemy się, liczymy na pomoc życzliwych ludzi. Nasz adres : Plac Piłsudskiego 26.