Mieczysław Żołądź - bolesławiecki Leonardo da Vinci

Czas jest nieubłaganym sędzią.   
Orzeka, kogo czeka nieśmiertelność, a kogo moźna zapomnieć.

Mieczysław Żołądź
Tę zasłyszaną kiedyś opinię moźna w całości odnieść do źycia i dzieła Mieczysława Źołądzia - artysty malarza wielkiego formatu, który na trwałe wpisał się w historię grodu nad Bobrem. Prywatnie - wielkiego przyjaciela i człowieka o złotym sercu, którego znałem przez kilka dziesiątków lat, uważnie i z podziwem śledząc jego rozwój talentu i artystyczne dokonania. Stąd wynika subiektywna barwa eseju, który tylko w części odzwierciedla fragmenty bogatej i trudnej biografii, którą zbyt wcześnie przerwała okrutna śmierć. Chyba rzeczywiście wybrańcy bogów umierają młodo.
Mroźny marcowy poranek Anno Domini 1984. Do gmachu Ministerstwa Kultury i Sztuki w Warszawie wchodził nie bez tremy, na miękkich nogach. Tutaj miał zapaść ważny werdykt w jego życiu. Rozstrzygało się hamletowskie “być albo nie być”. Nie wystarczyło czasu na szerszą retrospektywna relfleksję, która wypełniła mu bezsenną noc. Z płaskim pakunkiem pod ramieniem otwierał kolejne drzwi prawie mechanicznie, w nerwowym pośpiechu. A jeśli nie czekają?
Czekali w dużym przeszklonym salonie. Dostojny areopag ludzi w różnym wieku - jak w średniowiecznym teatrze - przemknęła dziwna myśl. Ciekawe spojrzenia. Krótka prezentacja. -Tak, to prawdziwy sąd, trybunał - kłębiły się skojarzenia. I drążące podświadomość pytanie: wyjdzie stąd z tarczą, czy na tarczy?
Trudno teraz precyzyjnie określić chronologię wydarzeń: kto pierwszy mówił o miniaturowych projektach wnętrz, kto oceniał prezentowane obrazy, kto zdobył się na ciepły komplement pod adresem twórcy. Zapamiętał oczy, o których poeci mówią, że są zwierciadłem duszy. Najpierw zimne i drwiące, może nawet pogardliwe dla przybysza z dalekiej prowincji, potem rozszerzone zaciekawieniem zdumione, coraz bardziej życzliwe.Tak, to był przedsmak triumfu: zaskoczenie zebranego gremium stało się faktem.
-No, nieźle, nieźle.  To pańskie pomysły, projekty, realizacja w skali? I ta dokładność, precyzja, kompozycja przestrzenna wnętrza, wyczucie koloru. Dobre, wie pan, bardzo ciekawe. Dalekie od banału i sztampy. Toż to cierpliwość iście benedyktyńska, toż to relikt przeszłości, jakby ze środka renesansu. Ileż tu pracy i skumulowanego talentu…
-Leonardo i to skąd? Z Bolesławca? Jeszcze tylko latające maszyny wymyślić, choć to dziś chleb powszedni. Żarty, żarty, ale serio proszę przyjąć gratulacje.
A ten szkic do obrazu pozostawimy w ministerstwie właśnie w tej sali, jeszcze zobaczy go pan niejeden raz. Dobra rzecz, odważna, nowatorska.
Już nie egzamin, a towarzyska przyjazna gawęda w kręgu znawców przedmiotu. Życzliwe uśmiechy, nastrój koktajlowy, wernisaż bez trunków.
… Więc jednak sukces, zaskakujący rozmiarami triumf. Powrót z samotności do ludzi po ćwierćwiekowej izolacji z wyboru. Wyszedł z gmachu stołecznego ministerstwa z dyplomem artysty plastyka, z uprawnieniami malarza i architekta wnętrz. Gdyby o to zabiegał, zostałby jeszcze rzeźbiarzem, grafikiem, ceramikiem, stolarzem, kamieniarzem z tytułem artysty w każdej specjalności.
Tylko najstarsi mieszkańcy grodu nad Bobrem pamiętają, kiedy zamieszkał tu młody malarz Mieczysław Żołądź.  Niespokojny duch dynamiczny twórca, którego rozsadzała energia i pasja życia. Pierwsza wystawa jego obrazów jesienią 1963 roku pod arkadami malowniczego Rynku stanowiła zupełne zaskoczenie: niespodziewanie pojawił się w mieście talent wielkiej wody, młody twórca zafascynowany urodą świata poddający się pasji tworzenia bez reszty. Człowiek nietypowy i niesłychanie pracowity, kontrowersyjny, wrażliwy i ambitny, uczuciowy i depresyjny, poddający się nastrojom, ale też skory do namiętnych tyrad i wybuchów. Człowiek niezwykły, wielki artysta.
wiadukt kolejowy w Bolesławcu

Przed laty było o nim głośno. Wystawy, zwariowane pomysły różnie komentowane przez ludzi - wzruszeniem ramion, pogardliwymi epitetami (“pozuje na geniusza”, “dziwak o przeroście ambicji nad możliwościami”, “poszukiwacz rozgłosu”), zajęcia plenerowe, własna pracownia plastyczna w ratuszowej wieży, gdzie ongiś sprawował swój dostojny urząd kat miejski - to wszystko budziło niechęć i bezinteresowną zawiść. Jakże to swojskie i polskie zarazem, ten całkowity brak tolerancji dla psychicznej odrębności drugiego człowieka, dla jego dorobku i sławy, która rosła z każdym miesiącem.

Teatr Stary w Bolesławcu

Częste wzmianki w prasie (to ja recenzowałem we wrocławskiej Gazecie Robotniczej jego dokonania), dwadzieścia sześć audycji w różńych programach Polskiego Radia, trzynaście wstawek i audycji w różnych programach telewizyjnych. I nagle - nic. Któregoś dnia po prostu bez pożegnania odszedł. Bolesławiec okazał się za ciasny, złośliwości nie do przełknięcia, niechęci nie do zaakceptowania. Zaczyna się kolejne pasmo zwycięstw i klęsk, jak w życiu. Czas płynie w autentycznej pustelni. Czy nie pozostał z tych lat zapiekły żal do otoczenia, do ludzi?
Śpiewały mu wszystkie muzy sztuk pięknych, kiedy poczuł się autentycznym kasztelanem Zamku w Grodźcu koło Iwin. Potężna średniowieczna budowla na wysokich bazaltowych skałach, na szczycie wulkanicznego stożka rozszypywała się w gruzy. W oczach ginęły ślady dawnej świetności rycerskiej siedziby. Przymierzył siły do zamiarów jak w mickiewiczowskiej epoce romantyzmu. I martwy zamek odżył. Poświęcił mu długie dziesięć lat katorżniczej harówki ponad siły. Naprawiał dachy, krużganki, wieże, malował freski na murszejących i pokrytych pleśnią ścianach sal balowy i podziemi, wstawiał kominki, mozolnie zbierał eksponaty, militaria do przyszłego muzeum.Latem mieszkał w namiocie, zimą z trudem ogrzewał ciasny pokój - celę, ale nawet trzydziestostopniowy mróz nie spędzał go ze szczytu góry, którą zdobił las i gdzie stroił orle gniazdo. Zamek budowany w przeszłości przez setki ludzi długimi dziesiątkami lat ocalał przed niechybną zagładą i odrestaurował w znacznej części jeden tylko człowiek. Prawda, źe pasjonat niezwykły i nietypowy, może ostatni z kręgu Judymów i Siłaczek. Zapłacił za to zresztą wyjątkowo wysoką cenę: reumatyzmy, dyskopatyczne bółe kręgosłupa, bruzdy na twarzy. Rozgłos i sławę zyskały zamkowe biesiady z pieczonym mięsiwem i polskimi miodami pitnymi. Nie przestawał malować: w romantycznej sceneriii uwiecznił lokalne legendy o rycerzach rozbójnikach i białej damie, tutaj powstał wielkogabarytowy obraz o bolesławieckiej mieszczce ściętej przez Husytów plądrujących miasto za odmowę oddania ręki zdobywcy grodu nad Bobrem. Trzy z kolekcji dzieł mistrza trafiły w darze do galerii malarstwa im. Profesora Tibora Csorby w szkole nr 8, której byłem dyrektorem.
Z umiłowanego przez siebie zamku został po prostu wyrugowany. Był mu potrzebny jak woda w glebie. W nowym podziale administracyjnym kraju po roku 1975 urzędnicy nie mogli zaakceptować tego rodzaju działania, twórczości i istnienia.(!) Nie liczyły się zasługi, mistrz z dnia na dzień stał się personą non grata. Przychodzi moda na inny rodzaj sztuki. Odchodzi.
Gorycz porażki. Kolejna klęska życiowa. Czas płynie, przybywa lat, zaciętości i uporu. Tli się jeszcze wiara w sprawiedliwość w powołanie, w ludzi dobrej woli. Mało ich spotyka na swej drodze, może i musi wierzyć tylko w sprawność własnych dłoni, w talent - wielki dar Demiurga. Boleśnie poobijany meandrami losu, upokorzony i odrzucony przez możnych tego świata - podejmuje się w pojedynkę zadań, których nie przyjmują całe zespoły plastyków. Walczy o swoje miejsce na ziemi, o prawo do wypowiedzi artystycznej, wreszcie o kęs czarnego chleba. Nie złamały go nawet rodzinne dramaty (tragiczne śmierci córek). Sens życia widział w twórczej pracy, w radości tworzenia rzeczy wielkich, pięknych, nietuzinkowy, oryginalnych.


Trudem swoich rąk i sercem ozdabiał Bolesławiec tak mu niechętny poprzez małych i zawistnych ludzi. Znajduje jednak uznanie u niektórych naczelników grodu (w przeszłości funkcja dzisiejszego prezydenta miasta), zatem może z autentyczną pasją realizować kolejne dzieła, które dziś spotkać można na każdym kroku. Przesada? Nic podobnego. Istnieją jeszcze oryginalne słupy bramne (niejako herbowe tarcze”) przy wjazdach do miasta. Turystów zaskakiwał unikatywy miedzioplastyczny plan grodu w Rynku, wielkie histoczne pieczęcie zdobią ściany tunelu tzw. Bramy Piastowskiej. Kiedyś zdobił wnętrze urokliwej kawiarni “Toscano”, do dziś pozostała ciekawy wystrój restauracji “Ratuszowa” , który splata się z dziejami miasta poprzez malowane okienne witraże i dekoracje intymnego wnętrza lokalu. Erudyta, znawca historii sztuki w swoich dokonaniach umiał harmonijnie łączyć historię ze współczesnością: tradycję dawnych wojów śląskich z bogactwem regionu - miedzią wydobywaną przez wiele lat w najstarszej polskiej kopalni czerwonego złota “Z.G. Konrad”. Urokliwe to wszystko, oryginalne, unikatowe, eksplodujące talentem twórcy. Podoba się przybyszom i samym bolesławianom.
Ale najwięcej serca włożył chyba w wystrój popularnego Pałacu Ślubów. Harmonizują tu ze sobą okienne witraże, ścienne freski malarskie, stylowe meble wykonane na zamówienie według projektu Mistrza, marmurowe wykładziny posadzek i fragmentów ściany. Kiedy nie było wystarczająco dużego stołu do sali bankietowej, sam go zbudował i ozdobił rzeźbiąc w drewnie, podobnie zdobiąc drzwi i nawet meble szatni. Wypieścił tu każdy detal, zostawił wszędzie cząstkę serca, nawet w serii portretów historycznych władców grodu.(którym “pożyczył” twarze współczesnych mieszkańców miasta według własnej wizji możliwego podobieństwa), nawet w dumnych orłach zdobiących sklepienie majestatycznych w wyrazie i wiernych w każdym szczególe z dziejowymi pierwowzorami. Pomnik historycznej prawdy, ale również pomnik własnego kunsztu artystycznego, który tutaj eksplodował w całej krasie i sile. Poza swoim miastem i zamkiem w Grodźcu zrealizował wiele prac w innych miejscowościach Dolnego Śląska. Kilkanaście lat prowadził z powodzeniem utworzony przez siebie Teatra Lalek  w Grodźcu i Lwówku Śląskim, jako reżyser, scenograf, autor tekstów i aktor na scenie. Jego zasługą pozostaje wystrój wnętrza lwóweckiej restauracji - “Pod Czarnym Mieczysławem” - malarstwo ścienne i trwałe dekoracje przestrzenne. W Świeradowie Zdroju przygotowywał od strony plastycznej i scengorafii coroczne Festiwale Orkiestr Wojskowych, wykonał też pomnik przed Domem Zdrojowym. Jelenia Góra zawdzięcza mu wystrój gmachu Stronnictwa Demokratycznego i pomnik prosefora Stanisława Kulczyńskiego.
Wystroje wnętrze obiektów użyteczności publicznej stały się jego życiowym hobby: w tej pracy najpełniej uzewnętrzniał się niecodzienny talent, wyrażała twórcza osobowość. Jak grzyby po deszczu wyrastały oryginalne wnętrza pałaców ślubów w Osiecznicy, Gromadce, Mściwojowie (woj. legnickie) Warcie Bolesławieckiej. Zajrzał do nastrojowych wnętrz dolnośląskich kościołów i kaplic, pozostawiając tu swoje obrazy i liczne rzeźby sakralne. Fakty z bogatej biografii twórcy można mnożyć, gdyby modelować słownie personalny panegiryk usprawiedliwiony wieloletnią, bardzo długą przyjaźnią.


…. Pamiętam wieczorowe gawędy w mieszkaniu Mietka przy lampce dobrego czerwonego wina. Rzadko otwierał się na zewnątrz, nie lubił blichtru, tanich komplementów, bierności. Miał niepokorny charakter, miał swoją dumę i zasady moralne, ustaloną hierarchię wartości problemów. NIe cenił bogactwa, pieniędzy, w chwilach szczerości nosił serce na dłoni. Wielki i skromny człowiek: syn szewca z biednej podkieleckiej rodziny, absolwent Liceum Plastycznego w Łodzi (1954 r) Genialny samouk: bez przerwy wzbogacał swój warsztat pracy twórczej, pochłaniał setki książek z dziejów sztuki, malował z natury przepiękne pejzaże, portrety, sceny rodzajowe. Pracował szybko, cenił precyzję w odzwierciedleniu detalu, staranność dokładność, wydobywał z obrazu to, co trudne i rdzenne: koloryt, nastrój, dojrzałą kompozycję. Najczęściej swoje obrazy rozdawał przyjaciołom - tym których cenił i kochał.
Nie głaskało go życie po głowie. Zwierzył się któregoś wieczoru, szczerze i otwarcie, chyba jedyny raz w toku długiej naszej znajomości i przyjaźni:
- Przez wiele lat pracowałem sam, utrzymując z trudem jednoosobowy zakład rzemieślniczy. Dziś dano mi chleb, które jeść nie będę mógł. Trochę późno zyskałem uznanie w oczach mądrych ludzi. Ministerstwo przyznało mi tytuł artysty plastyka z uprawnieniami malarza i architekta wnętrze, proponując mi jednocześnie stypendium twórcze. Przyszła sława, spłynęły splendory, szacunek. Jeszcze sporo rzeczy mogę stworzyć. Tylko ile mi czasu zostało?
Nie wspominał o żalu do małych ludzi, po długich latach wyobcowania, niechęci i zawiści. Jeszcze płonęła w nim pasja tworzenia, wiara w sens etosu pracy, potrzeba działania. Takim już pozostał do końca. Pokonał wiele przeciwności losu. Przegrał walkę z chorobą. Pamiętam smutne, bolesne pożegnanie: miał świadomość umierania, cierpiał, a przecież pozostał wierny altruistycznej postawie człowieka otwartego, darczyńcy piękna i dobroci wobec całego świata.
- Już nie mam obrazów, wszystkie rozdałem - mówił z trudem.
- Ale zabierz moje książki, ty to lubisz i cenisz…
Ten wielki i smutny dar serca do dziś stanowi chlubę moich bogatych zbiorów bibliotecznych. Książki i obrazy malowane własnoręcznie oraz kilka prac spod pędzla moich przyjaciół moich przyjaciół artystów malarzy to jedyny skarb jaki posiadam. Skarb bezcenny.
W otrzymanej od Mistrza tece linorytów bolesławieckiej znajduje się piękna dedykacja wyrażająca istotę i głębię naszej przyjaźni (cytuję dosłownie: “ Wspaniałemu Człówiekowi, z którego Bolesławiec dumny być powinien - dedydkuję tę pracę - osobiście zafascynowany Twoją nieprzeciętnością - drogi Pawle”. Bolesławiec 17.II.1985. To chyba najcenniejsze credo wpisane w moją biografię. Dziękuję Ci, Mietku.




Żył w latach 1931 - 1996. Zbyt krótko. Powoli przemija pamięć o jego nieprzeciętnych dokonaniach. Jako radny i członek Zarządu Miasto zabiegałem o nazwanie Jego imieniem jednej z ulic. Bezskutecznie. Nie został Honorowym Obywatelem Bolesławca, chociaż na to zasługiwał. Może dzisiaj Towarzystwo Miłośników Bolesławca ufunduje tablicę pamiąstkową na elewacji kamienicy Rynku, w której mieszkał i tworzył, może umieścić ją w przejściu Bramy Piastowskiej, gdzie wiszą wykonane przez Mieczysława Żołądzia, powiększone wierne kopie historycznych pieczęci grodu nad Bobrem? Najwyższy czas, bo już odchodzą ostatni Mohikanie z kręgu przyjaciół wielkiego twórcy. Pozostanie mglista legenda, a to za mało.