BIOGRAFIA PISANA PRZEZ PRZYJACIÓŁ - wywiad /fragmenty/

Trudne pytanie o korzenie. Nigdy nie dotarłem do głębi ich źródła. Dlaczego? Zaważył na tym tragiczny syndrom okrutnej wojny, która zniszczyła to wszystko, co najpiękniejsze i najcenniejsze, zostawiając w realnym życiu i kalekim losie popioły i zgliszcza. Przesada? Nic podobnego. Należę do tragicznego pokolenia dzieci wojny, które przeżyło koszmar niewoli, strachu, upokorzenia, cierpień, bólu - tego fizycznego, ale głównie psychicznego, nieuleczalnego do końca ludzkiego istnienia. Myślę tu o traumie śmierci bliskich, okrutnej i niezawinionej.
Los nie oszczędził mi żadnych doświadczeń - ani dobrych, ani tych najgorszych. Nie głaskało mnie życie po głowie, nie rozpieszczało w nadmiarze, chociaż na szczęście nie pozbawiło wrodzonego zapewne optymizmu, który pozwolił nie uzewnętrzniać natury introwertyka w kontaktach międzyludzkich. Mój uniwersytet prawdziwego życia rozpoczął się na okrutnej i przeklętej ziemi niemieckiej. która ofiarowała mi ponad trzy lata głodowej “gościny” i niewolniczej pracy u bauera Dawida Penschucka. Były to tzw.roboty przymusowe w Prusach Wschodnich za pomoc okazywaną przez rodziców partyzantom w Puszczy Białowieskiej, gdzie urodziłem się i gdzie spędziłem zaledwie kilka lat cudownego dzieciństwa. Byliśmy rodziną głęboko patriotyczną, toteż mimo kuszenia niemiecką volkslistą rodzice wybrali okrutny los wyjazdu w nieznane z workiem chlebowych sucharów, z tobołkami pościeli i wątłą nadzieją przeżycia wojennej katorgi. Jechaliśmy wtłoczeni w tzw.”bydlęce” wagony bardzo długo, bo pierwszeństwo miały wojskowe eszelony z żołnierzami  i ciężkim uzbrojeniem, które zmierzały na wschodni front. Był rok 1942 i cała Europa tonęła we krwi i dymach pożarów. Nie tylko podróż na Syberię obrażała Boga i ludzi, my także mieliśmy status niewolników i podludzi pozbawionych wszelkich praw cywilizowanego świata.
Mama, piękna kobieta pochodząca ze szlacheckiej herbowej rodziny Grynkiewiczów osiedlonej na Białorusi, związała swoją młodość z Wilnem. Tutaj uczyła się w szkole handlowej i na kursach, potem wyszła za mąż za spokojnego pracownika tzw. kolejek leśnych wąskotorowych, zaszywając się w głębi dziewiczej kniei i tutaj tworząc szczęśliwe rodzinne gniazdo. Pierwszy przyszedłem na świat, po roku miałem przy sobie brata. Były to spokojne, pracowite lata 1935 i 1936.
Wojna spadła na Puszczę Białowieską jak przysłowiowy grom z jasnego nieba, w cudzie rozsłonecznionej jesieni. Najpierw nad wiekowymi koronami sędziwych drzew przeleciały z rykiem i hukiem silników nieznane, olbrzymie żelazne kolosy- samoloty, niemal wtłaczając nas w ziemię. I to był początek nowego, wszechogarniającego okrutnego doświadczenia, jakim był strach w świadomości małego dziecka. Tamten strach właściwie nigdy mnie już nie opuścił. Podobnie jak obraz drugiego wojennego epizodu: siedzący na brzegu ocembrowanej studni rosyjski żołnierz pijący z metalowej menażki wodę, która wyciekała mu z krwią z przestrzelonego gardła prosto na zakrwawioną koszulę w zielonym kolorze. Takie było moje pierwsze spotkanie z grozą wojny, która wdarła się i pozostała do dziś we wspomnieniach z oazy radosnego dzieciństwa.
Zupa z brukwi, zupa z pokrzyw, zupa z lebiody lekko posolona i ziemniaki, najczęściej postne lub z odrobiną kwaśnego mleka to znienawidzone menu. Nie cierpiałem zwłaszcza zupy z brukwi, ale nie dało się grymasić. Praca? Tej nigdy nie brakowało: wczesną wiosną przebieraliśmy zakopcowane ziemniaki i buraki. zimą z ojcem zwoziliśmy z lasu gałęzie jako drewno opałowe, latem pasałem olbrzymie i nieposłuszne pociągowe konie /parę razy byłem boleśnie skarcony za nieuwagę, kiedy weszły w grochowisko lub owies/, piłowaliśmy z bratem drewniane kloce i rąbaliśmy je siekierą na drobniejsze części.Chorowaliśmy niemal bez przerwy, nie wymienię nawet części tych dolegliwości - począwszy od świerzbu, a skończywszy na bólach żołądkowo-jelitowych; kataru nie traktowaliśmy w ogóle jako schorzenia. Lekarz, pielęgniarka? Nie słyszeliśmy o takich zawodach.. Nie słyszeliśmy także o szkole - do dziesiątego roku życia byłem zwyczajnym analfabetą.
Brat nie przeżył niemieckiej niewoli.Zmarł z wycieńczenia, chłodu i głodu już na Pomorzu Zachodnim, dokąd zdołali przerzucić nas Niemcy w nieludzkich warunkach na przełomie zimy i wiosny 1945 roku w konnych transportach. Była to ich ucieczka przed zbliżającym się frontem  i nasza nadzieja na przeżycie i wyzwolenie. Owinięte w prześcieradło wychudzone ciało - bez trumny - skryła obca ziemia. Nigdy nie zapaliłem świeczki w miejscu pochówku, nie odnalazłem tego świętego dla mnie miejsca. Nie znam ostatnich dni życia ojca - wezwany na posterunek żandarmerii już do nas nie powrócił.
Przekleństwo wojny wciąż wisiało nad naszym losem. Nie mieliśmy dokąd wracać, nikt na nas nie czekał.Chorowity, niedożywiony,obdarty wracałem z matką i urodzonym na nieludzkiej ziemi bratem - niemowlęciem do “mojej” puszczy i domu, którego już nie było.Zamieszkaliśmy w Hajnówce na Podlasiu. Tu rozpocząłem edukację szkolną przyjęty od razu do trzeciej klasy, tutaj trafiłem do liceum i tutaj w X klasie jesienią 1952 roku dopadła mnie straszliwa choroba - zapalenie rogów przednich rdzenia kręgowego /H 14/.
Póltora miesiąca pobytu i leczenia na łóżku Szpitala Wojewódzkiego w Białymstoku, trudna i spóźniona diagnoza lekarska, żadnych postępów w leczeniu, wreszcie transport bezwładnego ciała karetką pogotowia do sanatorium “Gryf” w Połczynie Zdroju. Na długie 9 miesięcy leczenia. Walka o życie i zdrowie.Wygrany los na karuzeli życia: utraciłem na stałe 65 procent zdrowia, ale mogłem samodzielnie wrócić pociągiem do nowego miejsca zamieszkania na Dolnym Śląsku, dokąd przeprowadziła się matka z młodszym bratem, znajdując pracę w biurze kolejowym /tutaj pracował też jej starszy brat/.To był bezapelacyjny koniec młodości i rozstajne drogi losu : być rencistą czy podjąć walkę o życie trudne lecz godne, użyteczne także dla innych ?
Już w trakcie wielomiesięcznego leczenia poznałem wielu szlachetnych, dobrych, mądrych i ofiarnych ludzi, wspaniałych lekarzy i pielęgniarki identyfikujące się z moim cierpieniem i losem, zawsze skorych do pomocy i współczucia, pocieszenia,życzliwej rady, wierzących w sens swojej misji i etos pracy zawodowej za marne grosze. To im zawdzięczam wiarę w dobroć człowieka, darzyłem ich pełnym zaufaniem, szacunkiem, podziwiałem każdego dnia. U schyłku moich dni takich ludzi - niestety - już nie spotykam wokół siebie. Podarto i zdeptano przysięgę Hipokratesa, pieniądz oślepia i tumani, etyka zawodowa i moralność w ogóle przeniosła się w sferę mitycznej abstrakcji,człowieka - zwłaszcza starego - osacza samotność, kwitnie, obłuda, egoizm, toczy się bezlitosny i okrutny wyścig szczurów. Nie ma miejsca na międzyludzką solidarność, zaufanie, humanitarny altruizm, wielkie ideały. To wszystko przeminęło z wiatrem historii i rewolucji, z wygraną kultu siły, przemocy, hedonistycznego rozpasania.Jeśli pytasz o stosunek do ludzi - to przy pełnej akceptacji samotności - mam jeszcze zwężający się wraz z wiekiem krąg przyjaciól. Niestety, odchodzą lub odeszli na drugą stronę życia najwierniejsi spośród nich. Cóż - prawo przemijania. Sztukę zawsze stawiałem na wysokim  piedestale, abstrakcyjnym honorowym postumencie. Muza malarstwa była mi najbliższa, chociaż nigdy nie miałem dla niej dość czasu ani pełnej możliwości spełnienia. Wybór był prosty i oczywisty: albo praca albo lot w chmurach, radość tworzenia, malowanie bez końca, do utraty tchu i pamięci.
Ojciec był malarskim samoukiem, malował piękne konie, żubry puszczańskie, knieję, białowieskie zakątki. Nie zachował się żaden jego obraz po naszej wojennej drodze przez piekło. Po nim odziedziczyłem jakieś elementy uzdolnień plastycznych, ale to on miał prawdziwy talent malarski. Jedynym skarbem, jaki po wojnie wiozłem z niemieckiej niewoli była malutka tekturowa walizeczka wypełniona kolorowymi ołówkowymi kredkami znalezionymi w zrujnowanych poniemieckich domach, którą ukradziono mi na dworcu kolejowym w Warszawie. Wróciłem z gołymi dłońmi i straconym bezpowrotnie dzieciństwem, z bagażem bolesnych doświadczeń. Do oceanu smutku i łez, do pustego drewnianego “czworaka” /dom dla czterech rodzin z jednym pokojem i kuchnią/ w biednej Hajnówce, mieście dobrych ludzi o złotych sercach, Polaków i Białorusinów.
Nie miałem wpływu na osiedlenie się na tzw. Ziemiach Odzyskanych, o tym zdecydowała matka za namową swego starszego brata. Ja w tym czasie walczyłem w sanatorium o przeżycie i trudny powrót do fizycznej sprawności. Był rok 1953, znalazłem się w kolejowej osadzie Zebrzydowa i zacząłem szukać pracy. Bez zawodu, po blisko rocznej separacji od normalnego codziennego życia. Z ciągle rachitycznym stanem zdrowia. Nie było czasu na pieszczoty i roztkliwianie się nad sobą. Szczęśliwy przypadek sprawił, że w sąsiedniej miejscowości Zebrzydowa-Wieś nauczycielka klas młodszych wybierała się na urlop macierzyński. Postanowiłem zaryzykować i zgłosiłem gotowość jej zastąpienia w bolesławieckim Inspektoracie Oświaty, wraz z podaniem przedkładając swój wojenny życiorys napisany w estetycznej formie/nauczyłem się pisać lewą ręką/. To zrobiło wrażenie i od ręki otrzymałem tę pracę na krótkie trzy miesiące. I tak to się zaczęło - nauczycielska epopeja wypełniła mi całe dojrzałe życie, dając pełnię zawodowej satysfakcji, a zwłaszcza miłość dzieci. Tego się nie spodziewałem i to jest największą wartością w mojej długiej biografii.Pokochałem bez reszty ten trudny, odpowiedzialny ale i piękny zawód, szkole i dzieciom oddałem całe serce i mówię to bez cienia przesady czy fałszywej skromności.
Po Zebrzydowej Wsi - moim pierwszym pedagogicznym praktycznym uniwersytecie - przyszła kolej na ponad 2-letnią pracę w Kraśniku Dolnym /mieszkałem w Zebrzydowej, dojeżdżałem pociągiem do Bolesławca, stąd pieszo szedłem szosą - nierzadko przez metrowej wysokości zaspy śnieżne - do macierzystej szkoły na godz. 8/, a potem awansowałem na funkcję kierownika 7-klasowej szkoły w Nowej Wsi koło Zebrzydowej i stąd trafiłem na 2 lata do pracy w roli Podinspektora Szkolnego Wydziału Oświaty w Bolesławcu.Byłem najmłodszym w kraju pracownikiem nadzoru pedagogicznego w szkolnictwie, zdobyłem zresztą solidną podstawę naukowo - merytoryczną na 2-miesięcznym kursie wizytatorów w Warszawie zorganizowanym przez Ministerstwo Oświaty, wizytowałem szereg szkół w całej Polsce, m.in.w Płocku i Aleksandrowie Kujawskim. Awans zawodowy miał błyskotliwy charakter, wykorzystałem zresztą później nabytą wiedzę przy organizacji nowej szkoły podstawowej nr 4, w której na własną prośbę zostałem dyrektorem na długie 14 lat. Tu odnosiłem kolejne pionierskie sukcesy, bo mimo upływu lat - zagospodarowywanie Ziem Odzyskanych nie należało do łatwych zadań, a oświata należała w państwie do dziedzin szczególnie zaniedbanych w tzw. terenie/ brakowało kwalifikowanej kadry nauczycielskiej, brak izb lekcyjnych, przepełnione klasy, nauka na 3 zmiany, brak pomocy naukowych itp/.
Praca w zbiurokratyzowanej szkolnej administracji zupełnie mnie nie odpowiadała, stąd świadoma decyzja poświęcenia całego czasu dzieciom i tworzenia modelu szkoły bliskiej ich oczekiwaniom i marzeniom. Miałem naturę nauczyciela-wychowawcy, a nie nauczyciela-dydaktyka, stąd szeroko otwarte drzwi “Czwórki” dla innowacji pedagogicznej.
Miałem 23 lata, kiedy zostałem dyrektorem szkoły z przyszłością, która złamała zakorzenione środowiskowe stereotypy.To była inna szkoła, która miała swoje ambicje, swój styl, szacunek dla innowacji i nowatorstwa, dynamikę typową młodości.
Sukcesy i laury? Wynikały przede wszystkim z uznanego pionierstwa.To pierwsza szkoła w mieście i powiecie, która uzyskała prawo do dumnego imienia Jana Matejki, patrioty i malarza narodowych dziejów /wiele lat póżniej Matejko stał się patronem drugiej w Polsce szkoły nr 8 w Sopocie i tylko te dwie placówki oświatowe w kraju mają taki zaszczytny przywilej/.Pierwsza otrzymała sztandar/ który zresztą sam zaprojektowałem/, a w owych latach droga do takich przywilejów była długa i mozolna/decydowało o tym Kuratorium we Wrocławiu/.Po nas drugie w kolejności imię i sztandar otrzymało Liceum Ogólnokształcące, a patronem został Władysław Broniewski. “Czwórka” była jednak pierwsza. Nie tylko w tej dziedzinie; tutaj powstała pierwsza i jedyna w kraju pracownia plastyczna z prawdziwymi sztalugami malarskimi wg. mojego pomysłu, napisałem kilkanaście artykułów opublikowanych w nauczycielskich periodykach metodycznych, byłem współautorem książki “O wychowaniu estetycznym w szkole podstawowej”, kierowałem na zlecenie wrocławskiego Kuratorium jedynym w Polsce miesięcznym kursem wakacyjnym 56 nauczycieli wychowania plastycznego, nawiązałem więzi patronackie ze statkiem-imiennikiem szkoły m/s “Jan Matejko”, wprowadzając do praktyki pedagogicznej nowatorskie elementy wychowania morskiego.To u nas powstało pierwsze w Polsce i imponujące zasobnością zbiorów 4-izbowe Muzeum Morskie, które zarejestrowałem w Ministerstwie Kultury i Sztuki i które w uszczuplonej postaci istnieje do dzisiaj.
Odszedłem do innej szkoły nie z własnej woli.Na moje miejsce przyszedł mój bezpośredni przełożony. Mnie kuszono awansem na funkcję dyrektora Liceum Ogólnokształcącego dla Pracujących.Nie zgodziłem się i przez tydzień z woli sekretarza partii K. G.byłem bezrobotnym nauczycielem.Potem łaskawie ofiarowano mi równorzędne obowiązki dyrektora szkoły nr 8.Nie chcę komentować powodów ani szczegółów krzywdzącej decyzji. Nie należałem do kręgu wybrańców lokalnych “bogów”.I to wystarczy. Mój uprzywilejowany następca od dawna nie żyje, a o nieobecnych nie wolno mówić źle.
O wielu rzeczach i faktach zapomniano lub świadomie umniejszono ich rangę. Rozbudowałem gmach Tysiąclatki prawem kaduka, bo bez błogosławieństwa lokalnej władzy i początkowo bez środków finansowych. Szczegóły - to cała epopeja.Przez dwie kadencje byłem członkiem Krajowej Rady Postępu Pedagogicznego, jako jedyny Dolnoślązak w Warszawie. Przez  kilkanaście lat zasiadałem w Radzie Redakcyjnej resortowego wiodącego czasopisma “Oświata i Wychowanie” obok takich autorytetów jak np.prof. Bogdan Suchodolski.Opublikowałem w nim kilkadziesiąt artykułów pomocnych w praktyce szkolnej/stała nazwa cyklu - “Z refleksji praktyka”/. A przecież równolegle szkoła tętniła bujnym życiem...W Bolesławcu byłem równolegle kierownikiem Poradni Kulturalno - Oświatowej /zaczątek i prapoczątek dzisiejszego BOK-MCC, kto o tym dziś wie i pamięta?/
Byłem Prezesem władz powiatowych ZNP /Związek Nauczycielstwa Polskiego/, instruktorem PODKO /Powiatowy Ośrodek Doskonalenia Kadr Oświatowych/ z dziedziny wychowania plastycznego /rysunku/ i techniki. Kierowałem Szkołą Przysposobienia Zawodowego Handlowo-Gastronomiczną /2-letnią/, z której wywodziło się całe pokolenie sprzedawców sklepowych i pracowników restauracji i kawiarni w latach 60-tych i póżniejszych ubiegłego wieku.Ścisłe więzy łączyły mnie z TPD, współtworzyłem dzisiejsze Towarzystwo Miłośników Bolesławca,szeroko angażowałem się w inne dziedziny pracy społecznej w lokalnym środowisku i poza nim.
Zorganizowałem i prowadziłem jedyny w kraju kurs dla 56 nauczycieli wychowania plastycznego Dolnego Śląska, potrafiłem wyegzekwować w Ministerstwie Oświaty i Wychowania ogłoszenie roku 1986 Rokiem Morskim w Szkolnictwie, dzięki czemu Bolesławiec stał się prawdziwą Mekką turystyczną dla wycieczek z całej Polski.Dziewczęta z miejscowego Liceum Medycznego uczyłem przez parę lat psychologii i pedagogiki, te same przedmioty wykładałem na permanentnych kursach pielęgniarek środowiskowych i innych w ramach podnoszenia kwalifikacji zawodowych w służbie zdrowia.
Przez 4 kadencja zasiadałem w “starej” strukturze samorządu - w Miejskiej Radzie Narodowej, po przekształceniach ustrojowych - już jako emeryt - zostałem wybrany na radnego w II kadencji odrodzonego samorządu. Rada powierzyła mi obowiązki członka Zarządu Miasta. Po śmierci żony na 10 lat wyłączyłem się z życia społecznego środowiska, ale w kolejnej aktualnej kadencji znów zostałem radnym. Dziś jedyną skuteczną moją bronią pozostają na forum publicznym interpelacje, których zgłosiłem najwięcej, bo blisko 60.
Przygodą mojego życia było bez wątpienia dziennikarstwo, które w toku 30-letniej pracy stało się drugim zawodem, pasjonującym, ale i niebezpiecznym.Lubiłem ryzyko, nie brakowało mi odwagi, traktowałem to jako służbę społeczną i obywatelski obowiązek.Ale to budziło zdecydowaną i jednoznaczną niechęć adiustatorów/czytaj-cenzorów/, zwłaszcza niedouczonych, trzymających się klamek rządzących aktywistów i egzekutyw partyjnych.
Miałem dziesiątki albo i setki złych doświadczeń z tego powodu, ale zachowałem tylko jeden ciekawy dokument, w którym towarzysz sekretarz F. S. udzielając mi pisemnej nagany uzasadnia to moją zbytnią samodzielnością i brakiem konsultacji materiałów prasowych z partią.Traktuję to jako komplement dla moich dziennikarskich kompetencji: byłem niezależny i nieprzekupny, przetrwałem złe czasy bez wzajemnej miłości.Na szczęście. Za to pomogłem wielu ludziom, o czym przypominają mi nawet po wielu latach, chociaż wielu spraw już nie pamiętam.Może dlatego zostałem wybrany radnym, chociaż nie wywiesiłem w mieście żadnego baneru, żadnej reklamy.
Wbrew pozorom - w czasopismach centralnych gorset cenzury czasem ulegał rozlużnieniu i można było  przemycić treści dwuznaczne, chociaż mnie w zasadzie interesowała problematyka psychologiczno - pedagogiczna, wychowanie przez sztukę, edukacja morska i patriotyczna. Nie spotkałem się w zasadzie z odmową druku materiału publicystycznego, zwykle uznawano moje racje  po rozmowie telefonicznej, zawsze usiłowałem “trzymać się prawdy” i to zdawało egzamin.
Z organizacją imprez regionalnych nie było większych kłopotów, bo najczęściej zlecano je nam jako rodzaj wyróznienia za aktywność i efektywność działań w jakiejś dziedzinie życia szkolnego.Zresztą - im dalej od Bolesławca, tym większa życzliwość obcych ludzi, nie wyłączając Kuratorium w Jeleniej Górze. Gorzej rzecz miała się z notablami miejscowego szczebla, których sprawowane funkcje “władzy” zwykle przerastały.Od odpowiedzialności nie uciekałem, ryzyka się nie bałem, a moim silnym zapleczem były dzieci i nauczyciele, także rodzice. Nie wiem, czy ktoś  kiedyś występował w mojej obronie, chronił mnie przed egzekucją, zapewne były i takie sytuacje. Miałem pełną świadomość faktu, że w opinii “władzy” jestem kłopotliwym partnerem we współpracy, ale też cieszyłem się mirem i sympatią wielu ludzi z wyjątkiem twardogłowych. Była to więc żegluga wśród skał i raf, ale większe sztormy szczęśliwie mnie omijały. Czasem bywałem tylko psychicznie posiniaczony, ale to też przemijało.Powiedziałbym, że hartowało jak stal, ale to nieprawda.
Granice ryzyka?Duże..Bez tego nie byłoby dobudowanego skrzydła szkoły, nie powstałby żaden pomnik,nie byłoby nowatorskiej koncepcji wychowania patriotycznego,morskiego, przez sztukę, nie przekształciłbym olbrzymiego gmachu w bajeczne, olbrzymie, uwielbiane przez dzieci muzeum.Nikt mi za to nie podziękował, budowałem i tworzyłem to z pasją i zaangażowaniem dla dzieci. I one umiały mi na swój sposób okazać swoją wdzięczność, nawet po wielu latach. To zupełnie wystarczy.
Zresztą dorobek szkoły dostrzegało i doceniało intelektualne środowisko regionu.
Otrzymałem w Roku Korczakowskim nagrodę Karkonoskiego Towarzystwa Naukowego w Jeleniej Górze jako nauczyciel najpełniej wdrażający w praktyce idee Starego Doktora w wychowaniu dzieci i młodzieży. Satysfakcjonował ten awans do roli bolesławieckiego czy szerzej-regionalnego Korczaka wierzącego w wartość humanistycznych ideałów.Szedłem tym tropem od dawna, pracowałem wśród dzieci i dla dzieci.W 1988 roku otrzymałem nagrodę wrocławskiej “Gazety Robotniczej” w dziedzinie  wychowania młodego pokolenia z ciepłym uzasadnieniem;
“Ten znany i popularny w swoim środowisku wychowawca jest m.in. autorem wielu interesujących koncepcji i przedsięwzięć wzbogacających życie szkoły. Wiele z zaproponowanych i zrealizowanych programów dotyczyło regionu bolesławieckiego, wiele- np. upowszechnienie wiedzy marynistycznej - całego kraju.”
Otrzymałem nagrody Ministra Oświaty i Wychowania I, II i III stopnia.
Mam wiele odznaczeń resortowych /nie tylko oświatowych, np.dwa medale Komisji Edukacji Narodowej/, dla przykładu - Złotą Odznakę “Zasłużony Pracownik Morza” czy Honorowy Tytuł Zasłużonego Nauczyciela i Wychowawcy z odznaką otrzymany od Rady Młodzieżowej Flotylli młodych marynarzy Jednostki Wojskowej 32 18 w Helu decyzją Rady Miejskiej Federacji Socjalistycznych Związków Młodzieży Polskiej w Gdyni /rok 1979/, a nawet medal 60-lecia Gdyni.Zostałem jednym z 3 w ogóle Honorowych Górników ZG “Konrad” Dyrektor Dolnośląskiego Zjednoczenia Przemysłu Węglowego w Wałbrzychu nadał mi tytuł Technika Górniczego I stopnia, a kopalnia górnośląska “Nowy Wirek” wręczyła Honorową Szpadę Górniczą. Mam też pamiątkową laskę sztygarską z okolicznościową dedykacją w darze od DZPW w Wałbrzychu.
Kogo spośród setek mecenasów, donatorów i przyjaciół trzeba wyróżnić za zasługi dla szkoły?
Trudne pytanie. Może największych w skali światowej mężów stanu, którzy mimo obciążenia tytanicznymi obowiązkami i osobistą odpowiedzialnością znaleźli czas na korespondencję ze szkołą, adresując listy na moje nazwisko? Myślę tutaj o Prezydencie USA Ronaldzie Reaganie, który dołączył pozdrowienia także od swojej żony, Sekretarzu Generalnym ONZ Kurcie Waldheimie, który na wniosek naszej szkolnej społeczności otrzymał w Międzynarodowym Roku Dziecka “Order Uśmiechu” czy pierwszym Prezydencie ZSRR Michaile Gorbaczowie, też wyróżnionym dziecięcym orderem z inicjatywy naszej szkoły.Dodam, że dysponuję także odręczną dedykacją naszego Papieża-Polaka Jana Pawła II wraz z oficjalnym pismem z Watykanu.
Nawiasem dodam, że najbardziej i najwyżej cenię spontaniczne odznaczenia nadane mi przez same dzieci - “Order Uśmiechu” i “Szkarłatną Różę” obok dwóch wysokiej rangi orderów nadanych mi na wniosek żołnierzy tragicznego Września 1939 r.- warszawskiego Koła Kleeberczyków. Widocznie ze stolicy lepiej było widać sumę prowincjonalnych zasług pojedyńczego człowieka. Mówię o tym z przekąsem, ale to potwierdza opinię o rodzimej małostkowości i zawiści, z których kpią cudzoziemcy po bliższym poznaniu Polaków.
Wszystkich zasłużonych przyjaciół szkoły nie da się wymienić z braku miejsca.Bo jak nie pamiętać o ludziach morza - niewiarygodnie operatywnym pasjonacie Teofilu Grydyku, Kapitanie Żeglugi Wielkiej Tadeuszu Kalickim, pierwszym w historii miasta odwiedzającym specjalnie naszą “Ósemkę” admirale Piotrze Kołodziejczyku czy wszystkich kolejnych dowódcach statków patronackich, którzy odwiedzali przy każdej okazji szkołe z pełnymi naręczami prawdziwych skarbów z królestwa Neptuna?Wspaniali, hojni ludzie, rozumiejący i akceptujący świat autonomicznych potrzeb dziecka.Udało się nam zdobyć sympatię i trwałą przyjażń pisarza i twórcy Międzynarodowego Instytutu Kultury Morskiej w Dublinie /mieszkańca Szwajcarii/ dr Bronisława Miazgowskiego oraz gen. Juliana Pażdziora, pierwszego polskiego lotnika latającego na odrzutowcach. Nie da się przecenić zasług kapitana rezerwy Kazimierza Burży z Warszawy,żołnierza Armii gen. Kleeberga. A nasz wspaniały “wujek” prof.Tibor Csorba, wielki mistrz malarstwa i kochany człowiek, Węgier z urodzenia i Polak z wyboru, którego duch w otoczeniu muz piękna i sztuki wciąż błądzi korytarzami Tysiąclatki przy ocalałych obrazach z galerii jego imienia. Zapewne ubolewa nad upadkiem baśniowej idei wychowania przez sztukę i dziełem zniszczenia zbioru niepowtarzalnych dzieł artystów malarzy.
Oddzielny hołd trzeba złożyć pamięci górniczej braci mocno związanej ze szkołą: dyrektorowi ZG “Konrad” Alfredowi Cholewiakowi i dyrektorowi Dolnośląskiego
Zjednoczenia Przemysłu Węglowego w Wałbrzychu Wiktorowi Wożniakowi.Dla nas byli to ludzie na wagę złota i o każdym można pisać dziękczynne poematy.Odrębny esej przysługuje ludziom ze środowiska artystycznego,że wymienię tylko trójkę wybitnych lokalnych twórców- Lesława Kasprzyckiego, Mieczysława Kozłowskiego i Mieczysława Żołądzia.W kręgach pedagogicznych nie da się pomniejszyć ani ukryć olbrzymich zasług dyrektorki gdyńskiej szkoły nr 14 im.Józefa Wybickiego, nauczyciela-geologa Tadeusza Płonki z Boguszowa-Gorców i wyjątkowo życzliwych naszym innowacyjnym poczynaniom Kuratorów Oświaty i Wychowania w Jeleniej Górze Karola Lisowskiego i Mariana Machoya.To byli ludzie mądrzy i kompetentni.
Wypada dodać do tego długiego rejestru nazwisko prof.Wojciecha Pomykało, redaktora naczelnego “Oświaty i Wychowania”, który powołał mnie na wiele lat do Rady
Redakcyjnej tego czasopisma i proponował pracę etatową. Rzecz rozbiła się o mieszkanie w stolicy, na które musiałbym czekać około 5 lat.

Z lokalnych notabli do kroniki szkolnej wpisał się na stałe Naczelnik Miasta Wiesław Grzeggorzyca,m.in.fundując pomnik “Żołnierza-Obrońcy Dziecka” i wspierając wiele podejmowanych przez nas inicjatyw.
Na końcu, ale ze szczerym i prawdziwym uznaniem zapisuję nazwisko Zygmunta Wydrycha, wielkiego i niezawodnego przyjaciela szkoły, współtwórcy jej urody, malarza olbrzymich fresków ściennych i malowideł okiennych imitujących witraże, a także wykonawca kamiennych kompozycji pomnikowych wokół szkoły wg. mojego projektu. Realizacji tych zadań poświęcił ponad 10 lat i tysiące godzin pracy. Stało się to jego życiową pasją i spełnieniem. Zyskał wielki splendor i uznanie, otrzymał wiele symbolicznych odznaczeń i wyróżnień, w tym dziecięcy “Order Uśmiechu”.Brał czynny udział w życiu szkoły, był lubianym i szanowanym członkiem szkolnej społeczności.
Czy dzisiaj-z perspektywy wielu lat-coś chciałbym zmienić z dawnych dokonań? Przeciwnie, dodałbym nowe akcenty; basen kąpielowy /miałem gotową dokumentację, miasto nie miało jeszcze “Orki”/,dobudowaną przeszkloną oranżerię /ogród botaniczny jako pracownia do nauczania przedmiotów przyrodniczych/, poszerzenie posesji o chodnik i zadrzewiony skwer od ul.Słowackiego/ i parę innych pomysłów. System pracy wychowawczej wzbogaciłbym o nowe treści i innowacyjne koncepcje pedagogiczne. Niestety - nie zdążyłem zrealizować do końca misji wizjonerskiej szkoły XXI wieku.
Po przejściu na emeryturę i kolejnej życiowej traumie /śmierć ukochanej żony/ miałem martwy okres w biografii przez parę lat. Potem wróciłem do malowania. Jestem absolwentem Studium Nauczycielskiego w Katowicach /kierunek rysunek i malarstwo/,  pracę magisterską w Krakowie pisałem na bardzo ciekawy temat :’Rysunki uczniów szkoły podstawowej a ich osobowość”, stworzyłem pierwszą w kraju /i jedyną/ pracownię plastyczną z prawdziwymi sztalugami, kierowałem kursem dla 56 dolnośląskich nauczycieli wychowania plastycznego w SP Nr 4 na zlecenie wrocławskiego Kuratorium Oświaty i w praktyce od początku pracy zawodowej specjalizowałem się w wychowaniu przez sztukę. Do tego trzeba dodać liczne plenery malarskie w Płocku, Opolu, Katowicach, Vac/Węgry/ i inne.Tęsknota za twórczością malarską powróciła już na emeryturze, a plon to blisko tysiąc akwarel /głównie ojczyste pejzaże, ale także krajobrazy Węgier, Jugosławii, Kaukazu, Egiptu/ i kilka prywatnych galerii moich obrazów m,in, w Szwajcarii. Duży wpływ na warsztat mojej pracy twórczej miał mój węgierski przyjaciel prof. Tibor Csorba, który zapraszał mnie na plenery nad Dunajem w swoich rodzinnych stronach.
Aktualnie piszę swój historyczny niejako blog pt. “Szkoła sercem malowana” o “mojej” autorskiej “Ósemce” - ze szkodą dla hobbystycznej twórczości malarskiej.Sporo pracy przede mną, ale chcę ocalić od zapomnienia nietypową odyseję “szkoły innej niż wszystkie” w oparciu o nieliczne zachowane dokumenty- nie wspominając o zniszczonych cennych eksponatach
Otrzymałem ciekawy, mądry i szczery list od byłego ucznia kierowanej przeze mnie szkoły, której wychowankiem był emerytowany już Prezydent miasta Tczew. Wzruszający i prawdziwy w opisie osobistych doświadczeń szkolnych z połowy ubiegłego wieku.Znalazł mnie gdzieś w internecie i wystawił pisemne, odkrywcze dla mnie i satysfakcjonujące świadectwo ówczesnej pracy pedagogicznej.Zdumiał mnie pamięcią o szczegółach i ogromem empatii.Nie podam dziś tych faktów, ale cały dokument umieszczę jako ostatni akapit opracowania zatytułowanego “Szkoła sercem malowana”.Bo tam mieści się filozofia i całe pedagogiczne credo mojej nauczycielskiej pracy i pasji, a dawny uczeń stał się odkrywcą-Kolumbem prawd, które intuicyjnie wcielałem w życie, ale nie zawsze nazywałem po imieniu.I to jest oczywiste spełnienie w służbie pro publico bono.

PS. Wśród orderów nie wymieniłem dwóch wysokiej klasy, bardzo prestiżowych, o które zabiegali dla mnie warszawscy członkowie Koła Żołnierzy Września Gen.F.Kleeberga: Krzyż Kawalerski OOP i Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski. Za pracę zawodową resort oświaty wyróżnił mnie na podstawie Karty Nauczyciela Brązowym i Złotym Krzyżem Zasługi.
Jeszcze jedno uzupełnienie do tekstu. Jako radny w poprzednich kadencjach pełniłem zawsze funkcję przewodniczącego Komisji Oświaty, Kultury i Zdrowia z racji bogatego doświadczenia zawodowego w tych dziedzinach życia społecznego w lokalnym środowisku, co dokumentowałem w prasowej publicystyce o zasięgu regionalnym i krajowym.Funkcja przewodniczącego oznaczała zarazem udział w składzie Prezydium Rady Narodowej wg. ówczesnego nazewnictwa.
                       

Paweł Śliwko