Los bez aureoli


Stefania Tajcher


Umówiliśmy się na pierwsze spotkanie w malowniczej kawiarni „Toscano” w Rynku, która w swoich początkach spełniała rolę lokalnego centrum kultury: tłoczyli się tutaj nauczyciele, urzędnicy, dyrektorzy sztandarowych fabryk. Po prostu wypadało tutaj wypić tutaj lampkę wina, zamówić tort, zjeść dobre ciasto. Bywaliśmy tu z małżonką i z naszą dwójką synów w niedzielne przedpołudnia, dla wielu osób stanowiło to swoisty rytuał, wstęp do długich gawęd i refleksji o odradzających się po wojnie tradycjach kulturalnych, o prywatnych sukcesach i zwyczajnych ludzkich doświadczeniach. Atmosfera lokalu skłaniała do intymności, szczerości, otwartości. To swoisty fenomen odległych już lat sześćdziesiątych minionego wieku…
Pani Stefania raczej unikała ludzi, stroniła od blichtru, wrzawy, tłoku, popularności, chociaż była pierwszą po wojnie polską nauczycielką w Bolesławcu. Skromna, cicha, pracowita, samotna i okrutnie doświadczona przez los. W tym zdaniu mieści się właściwie cała jej charakterystyka i biografia. Ale dziennikarska dociekliwość -  a współpracowałem wówczas na co dzień z wrocławską „Gazetą Robotniczą” – kazała mi dotrzeć do barwnej i tragicznej biografii tej niezwykłej kobiety w poszukiwaniu prawdy o czasie minionym.
Nieskora do zwierzeń, oszczędna w słowach, nieufna wobec ludzi i zamknięta w sobie w najmniejszym stopniu nie pozowała na bohaterkę. Patrzyłem na pobrużdżoną twarz, mądre i smutne oczy, miniaturową wychudzoną postać i nie mogłem wprost uwierzyć, że tyle złych doznań mieści się w życiu pojedynczego człowieka, że można przeżyć tyle strachu, upokorzeń, bólu i nadal z godnością służyć ludziom, kochać dzieci, świat.
Mieliśmy w kawiarni swój ulubiony kącik i stolik pod godziny rozmowy a ściślej monologu pani Stefanii. Nie przerywałem, nie wtrącałem się, skrzętnie notowałem każde wypowiedziane słowo, bo o magnetofonie mogłem jedynie marzyć. Ale i tak powstawał wierny zapis wspomnień, które później wielokrotnie cytowała dolnośląska prasa. Pani Stefania nie akceptowała fałszu, upiększeń, koloryzacji, zawsze prosiła o autoryzację tekstu. Oddajmy jej głos, to słowa Stefanii Tajcher, pierwszej polskiej nauczycielki w powojennym Bolesławcu.
„Zawierucha wojny światowej, jaką rozpoczął Adolf Hitler w roku 1939 – pociągnęła za sobą masę ofiar z całej Europy, a najwięcej jednak z Polski. Hitler wzniecił wśród narodów nienawiść rasową i narodowościową jakiej dotychczas historia nie znała. Hitleryzm w pierwszym rzędzie chciał wytępić narody słowiańskie, a szczególnie naród polski.
Kiedy wybuchła wojna pracowałam w powiecie lubelskim. Niemieccy okupanci zaczęli w pierwszym rzędzie redukować nauczycieli i otwierać szkoły niżej zorganizowany o dwóch, trzech nauczycielach. 1 stycznia 1940 roku i ja zostałam zredukowana. Zostałam bez środków do życia. Zaczęłam więc uczyć dzieci tajnie po domach, aby mieć kawałek chleba. Niemcy postanowili w pierwszym rzędzie wytępić inteligencję pracującą. Rozpoczęły się aresztowania, łapanki uliczne. Najpierw wszystkich wsadzano do więżień, a w miarę ich przepełnienia wywożono do obozów koncentracyjnych.
Dnia 9 maja 1941 zostałam aresztowana przez gestapo i wywieziona do więzienia w Lublinie. Straszne uczucie ogarnia człowieka po wejściu do więzienia. Zatrzaśnięcie i zamknięcie drzwi przez dozorców to jakby przejście przez wrota piekielne. Musi człowiek mieć dużo hartu ducha, aby się nie załamać. 19 maja 1941 roku zabrano mnie na gestapo celem przesłuchania. Straszne to było przesłuchanie. Skuto mnie w kajdany, nogi związano grubą liną, położono na stół, a wówczas pięciu gestapowców zaczęło mnie bić. Kiedy zaczęłam krzyczeć, zakneblowali mi usta swetrem, żebym nie mogła wydobyć głosu. I tak wymuszali niestworzone rzeczy, o których  nie miałam pojęcia. Przesłuchanie trwało od godziny piątej do siódmej. Byłam zbita i cała czarna. Zaprowadzili mnie wreszcie do celi, gdzie zaczęła mną trząść febra (zapewne efekt wysokiej temperatury skatowanego ciała – przypisek P.S.) Więźniarki, które były w tej samej celi owinęły mnie mokrym prześcieradłem i tak się zdrzemnęłam.
O godzinie 21-ej gestapowcy przyszli zabrać mnie ponownie na zamek. Po przebudzeniu zaczęłam bez przerwy mdleć. Towarzyszki niedoli nie mogły mnie ocucić. Trwało to dość długo. Gdy trochę oprzytomniałam, ubrano mnie częściowo i samochodem wróciłam do więzienia.
Było zwyczajem gestapowców, że każdy więzień stał odwrócony do ściany, aby im się nie przyglądać. Mdlałam niemal bez przerwy, nie słyszałam swego nazwiska i po kontroli powrotu więźniów do cel zaprowadzono mnie również do celi 41. Byłam nieprzytomna całą noc. Jedna z więźniarek, Eugenia Biegowa, siedziała nade mną całą noc i następny dzień cucąc i owijając bez przerwy zimnymi kompresami. Zbita, nie mogłam poruszać się przez blisko dwa tygodnie. Ciało zaczęło ropieć, również ręce od kajdan ropiały, a nogi od zaciśniętej na nich liny. Codziennie rano i wieczorem przychodził do celi SS-man, przeliczając wszystkie więźniarki. Trzeba było stanąć w dwuszeregu i witać go słowami: „Dzień dobry panie oberwachmeister”. Jeśli ktoś z więźniów nie mówił natychmiast został zbity, a nawet uśmiercony. Nie mogłam podnieść oczu i patrzeć na tych oprawców, byłam więc w każdej chwili przygotowana na śmierć.
Na zamku w Lublinie byłam uwięziona do 21-szego września 1941 roku oczekując każdego dnia na transport do obozu koncentracyjnego Ravensbruck. 23-ciego września 1941 roku po dwudniowej jeździe przybyliśmy do Furstenberg. SS-mani i SS-manki oczekiwali nas tu z ogromnymi psami, a do Ravensbruck było stąd 4 – 5 kilometrów. Załadowano nas do samochodów i zawieziono do obozu. Na głównej obozowej ulicy transport pięciuset osób stał cały dzień bez jedzenia, a nasze własne zapasy żywności nam odebrano. Każda więźniarka musiała się zgłosić w kancelarii, podać swoje personalia, potem otrzymywała swój numer
Mój numer brzmiał 7906 i od tej chwili nie było ani nazwiska, ani imienia, tylko numer. Następnie zaprowadzono każdą z nas do kąpieli, gdzie lekarz, niby to badał, nasze rzeczy nam zabrano i dano więzienne ubranie – tak zwane pasiaki. Wielu więźniarko obcinano włosy, między innymi także mnie. Wyznaczono nam jeden blok na kwarantannę, która miała trwać sześć tygodni. Po trzech tygodniach przerwano kwarantannę, ustawiono nas na głównej obozowej ulicy i każda Niemka mająca nadzór nad pracami wybierała sobie robotnice. To był prawdziwy targ niewolników. Tak rozpoczęła się praca na terenie obozu. Smutne i tragiczne przeżycia, jakich nie można sobie wyobrazić.
Dwa razy dziennie apele rano i wieczorem, trzeba był stać w bezruchu kilka godzin. Pora obiadowa trwała dwadzieścia do trzydziestu minut, biegłyśmy wówczas do bloku jak szalone. Żeby zyskać miskę strawy trzeba się było śpieszyć.
W grudniu 1941 roku zaczęto robić duże słomiane buty dla żołdaków, którzy przebywali na froncie wschodnim. Pracowano w dzień i w nocy. W nagrodę za pracę nocną dodawano więźniarkom chleba. Pierwszego lutego 1942 roku, gdy ładowałam odpadki słomy na duże auto, stojąca na nim Niemka rzuciła na moją głowę żelazne widły. Zranione miejsce do dzisiaj pozostaje bolesne. Buty robiłyśmy do kwietnia 1942 roku. Potem zaczęłam robić skarpety i pończochy pracując przez siedem tygodni tylko nocą, przy bardzo słabym świetle. (w obawie przed nalotami aliantów – przypisek P. S.)
Latem 1942 roku był na terenie obozu bardzo wielki głód, tak że niektóre więźniarki z głodu puchły. Inne pracowały na roli u Niemców i narażając się na śmiertelne niebezpieczeństwo przynosiły do obozu trochę żywności. Osoby te podtrzymywały słabsze więźniarki przy życiu. Dopiero w jesieni 1942 roku polepszyła się w części nasza dola. Komenda SS pozwoliła otrzymywać paczki z domu. Była to naprawdę radosna chwila, gdy dostawało się kawałek „wolnościowego” chleba. Do oczu cisnęły  się łzy radości, zdawało się, że człowiek jest wolny, przebywa między swoimi. Radość ta trwała niezbyt długo. Nastąpiła kolejna fala represji. Polakom zabroniono przesyłać paczki. I znów człowiek skazany był na ten kawałek chleba z trocin i kasztanów, albo garść zgniłej, śmierdzącej brukwi i zgniłych ziemniaków”.

…..Inwokację smutnej tragicznej odysei wojennej pani Stefania kończy w kawiarni „Toscano” o zmroku. Wrócimy tu jeszcze wiele, wiele razy aby ocalić czas gehenny od zapomnienia.
Pani Stefania część II
Na dalszej ciąg wojennej odysei musiałem czekać kilka tygodni. Pani Stefania wyraźnie mnie unikała. Rozumiałem tę traumę, rozumiałem ból wspomnień – sam przeżyłem okupacyjną tragedię jako dziecko – niewolnik, na robotach przymusowych w Niemczech, przy mnie umierał w barłogu ze słomy mój wychudzony i wyziębiony młodszy brat. Konał przykryty brudnym dziurawym kocem. To też była nieludzka, niemiecka ziemia taka sama jak daleka Syberia czy Kazachstan. Tyle, że o niej dziś mówimy tylko szeptem, wstydliwie. Dzieci wojny nie mają swego Związku Sybiraków, są anonimowe, zapomniane odchodzą w porażającej ciszy, z zakodowanym mocno syndromem przeżytego w autopsji barbarzyństwa. Nie w glorii chwały i męczeństwa, jedynie w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, uczciwej pracy dla Polski. Im nie wystawia się pomników….
Znów usiedliśmy w naszej ulubionej scenerii kawiarni „Toscano” przy szklance gorącej herbaty i filiżance kawy. Bukiet dorodnych róż wzruszył rozmówczynię, ożywił twarz, wygładził w uśmiechu zmarszczki. Znów płynęły ciche i smutne słowa o życiu i umieraniu, o smutku i przemijaniu, o katach i ich ofiarach.
„W Ravensbruck byłam do końca września 1943 roku. W tym czasie wyszło rozporządzenie, żeby więźniarki narodowości polskiej jak najszybciej i w jak największej ilości wysyłać do fabryk amunicji i samolotów, aby oszczędzić pracujące tam Niemki. Fabryki te były bombardowane przez aliantów, niech więc giną obce kobiety. Zostałam wysłana do fabryki porcelany Bohemia do Neu – Rohlan koło Karlsbadu. Produkowano tu rzeczywiście nieco porcelany, ale wyrabiano przede wszystkim części samolotowe. Przy ciężkiej pracy fizycznej nadwerężyłam zdrowie, co odczuwam do dzisiaj.
W fabryce tej zostałam do połowy kwietnia 1945 roku i w miarę posuwania się naprzód wojska aliantów na wschodzie i zachodzie – ewakuowano nas do Dachau celem zagłady. Straszna to była ewakuacja. Przez jedną noc uszliśmy ponad czternaście kilometrów. Byłam wycieńczona pracą, głodna, paczek nie otrzymywaliśmy. Wciąż marsz przed siebie. Jeżeli ktoś ustawał, SS-mani zabijali na miejscu. Prowadzili nas kryjąc siebie. Do Dachau nie mogli doprowadzić ze względu na szybkie tempo ofensywy alianckich armii. Coraz bardziej dokuczał głód więc dozorcy mieli nas zostawić w jednej z mijanych wsi na robotach u niemieckich wieśniaków. Gdy rolnicy pytali kim jesteśmy, informowano, że jesteśmy polskimi bandytami. Nic dziwnego, że nas nie chciano widzieć we wsi. Prowadzono zatem kolumnę w kółko, byłyśmy głodne i zziębnięte.
Komendant obozu z SS-manami naradzali sią nad naszym dalszym losem. Nie chcieli zwolnić Polek. Rozpoczęły się więc ucieczki więźniarek. Niektórzy dozorcy udawali, że tego nie widzą, inni strzelali. Ruszyłyśmy w piątkę w stronę pobliskiego lasu. Ucieczka udała się. Chodziłyśmy po domach prosić o kawałek chleba u Niemców sudeckich. Pierwszą noc spędziłam w stajni razem z końmi. Gospodyni zgotowała garnek ziemniaków, dała trochę soli i czarną osłodzoną kawę. Na śniadanie znów ziemniaki chleb i kawa.
Gorzej miały więźniarki uciekające w samych pasiakach, bez dodatkowej odzieży. Pospolite ruszenie (niemieckie) otrzymało rozkaz rozstrzeliwania wszystkich więźniów uciekających w obozowych ubiorach. Nie chcieli kaci, by świat poznał ogrom ich zbrodni. Nie miałam cywilnego ubioru, pasiastą suknię wyrzuciłam po drodze. Ubrałam niebieską letnią więzienną sukienkę, sweter obrócony na lewą stronę i worek na plecy jako plecak, żeby zasłonić napis „Haftling” (więzień), który wymalowano olejną farbą. Maszerowałam na wschód w tempie dwunastu, piętnastu kilometrów dziennie mimo głodu i wycieńczenia.
Siódmego maja 1945 roku szczęśliwie przeszłam granicę protektoratu Czech i wraz z pobratymcami zza południowej granicy przeżywałam ich święto wolności. Przejście granicy kosztowało dużo nerwów, bo wokół widziało się dużo wojska niemieckiego w pełnym uzbrojeniu. Byli to żołnierze, którzy już nie chcieli walczyć i ukrywali się.
Czesi bardzo serdecznie odnosili się do byłych więźniów. Wspomagali nas czym tylko mogli. Po kapitulacji Niemiec w lasach wciąż kryli się SS-mani, toteż wędrówki były wyjątkowo niebezpieczne. W Pilznie był zorganizowany obóz dla pracujących w III Rzeszy. Z początkiem czerwca 1945 ruszył stąd pierwszy transport do Polski. 16 czerwca 1945 wreszcie powróciłam w rodzinne strony. Znalazłam się w czterech pustych ścianach mieszkania, głodna, schorowana i bez dobytku. Najmłodsza siostra żyła, średnią zamordowano w Majdanku, brat z żoną zaginęli bez wieści. Po krótkim odpoczynku udałam się na Ziemie Odzyskane. We wrześniu 1945 roku przybyłam do Bolesławca. Zaczęłam pracować w Starostwie Powiatowym myśląc o zorganizowaniu polskiej szkoły. Na miejscu brakowała władz oświatowych, udałam się więc do Legnicy w celu uzyskania potrzebnych informacji i pełnomocnictw.
Inspektor szkolny w Legnicy polecił mi zorganizować w Bolesławcu szkołę powszechną. 19 września wczesnym świtem przyjechał w siedemdziesięciu pięciu wagonach transport przesiedleńców polskich z Drohobycza po długich dwóch tygodniach podróży, a wśród nich nauczycielka Eugenia Trzaskowska- Mazur. Repatrianci opuścili wagony do godziny szóstej wieczorem, chociaż miasto ich przerażało ogromem zniszczeń. Zawiadowca stacji Władysław Zieliński i kierownik miejscowego PUR- u (Państwowy Urząd Repatriacyjny) już na peronie zachęcali  do pozostania na stałe. Realia zniechęcały: odstraszały spalone puste domy, groza zasypanych gruzami ulic, brak ludzi. Każdy usiłował znaleźć jakieś lokum dla siebie, zachowały się niektóre kamienice w całości, chociaż bez okien, za to wewnątrz zdemolowane i brudne. W końcu każdy znalazł gdzieś jakiś kąt, byle mieć dach nad głową. Tylko kilka rodzin odjechało na Górny Śląsk. Zwykle miały tam rodziny lub znajomych.



W Starych Jaroszowicach stacjonowało nasze wojsko, więc przybysze zaangażowali się do wykopków i w ten sposób zdobyli ziemniaki na zimę. Na gruzowisku miasta powoli rodziło się polskie życie. Eugenia Trzaskowska znalazła początków zatrudnienie w PUR (prowadziła dział osiedleńczy), a po kilku dniach doszło do pierwszego spotkania w miejskim ratuszu dwóch nauczycielek.  –  Bardzo ucieszyłyśmy się – wspomina pani Stefania. – Teraz już bez przeszkód mogłyśmy otwierać polską szkołę”. 

Ciąg rytualnych kawiarnianych herbatek obfitował w arcyciekawe wspomnienia, a pani Stefania umiała mówić prosto i pięknie, a przede wszystkim szczerze i prawdziwie, bez literackich ozdobników. Może właśnie dlatego jej słowa zwyczajnie wzruszały…
“Pamiętam nasze pierwsze spotkanie z koleżanką Eugenią, bo przecież od nas zależało uruchomienie polskiej szkoły. Po spotkaniu w ratuszu napisałam odręcznie i rozlepiłam na murach kilka ogłoszeń z informacją, żeby zapisywać dzieci do szkoły. Trzydziestego września czekałam na Eugenię w towarzystwie inspektora Mariana Dziubińskiego. Mężczyzna w wojskowym mundurze wyraźnie speszył koleżankę, ale już po chwili rozmawialiśmy o inauguracji roku oświatowego, kierując się do budynku przy dzisiejszej ulicy Komuny Paryskiej (gmach Zespołu Placówek Oświatowych). Zapamiętałam dosłowne uwagi inspektora.
Jutro zaczyna się polski rok szkolny w polskim Bolesławcu. Wzruszyłam się i ucieszyłam. Spełniało się marzenie, zaczynała ważna i piękna misja społeczna, przygoda intelektualna, wracałam do normalnego życia. Pani Eugenia zastrzegła, że następnego dnia nie może rozpoczynać pracy w szkole, bo nadal pracuje w PUR-ze. Argument inspektora miał rangę rozkowego rozkazu:
- Nie, od jutra musi pani pracować w szkole. Jest pani polską nauczycielką i to jest pani obowiązek. Na tę chwilę Polska długo czekała.
Obie zapamiętałyśmy tę krótką lekcję powojennego patriotyzmu. Nikt nie odmawiała pracy pro publico bono, wokół nas działa się historia, mieliśmy pełną świadomość ważności codziennych wydarzeń. Koleżanaka już wieczorem zgłosiła swoje odejście z Ratusza i zaczęła przekazywać dokumenty, co zajęło jej jeszcze kilka godzin następnego poranka. Przybiegła do “swojej szkoły” już po odejściu dzieci do domu. Długo rozmawiałyśmy o tym jak uczyć: dzieci reprezentowały różny poziom i wiek, wielu nie chodziło do szkoły, wszystkie miłay długie przerwy w nauce. Zdecydowałyśmy się otowrzyć klasy łączone i umieścić w nich pięćdziesięcioro czworo, lub pięćdziesięciorosześcioro wychowanków, ucząc ich na zmiany - wcześniejszą i popołudniową.
W drugim tygodniu naszej pracy przyjechał transport przesiedleńców z Tarnopola i nowa nauczycielka Maria Rożenko. Nie brakowało nam zapału i siły do pracy, byłyśmy przecież młode, pełne entuzjazmu. Spędzałyśmy w szkole całe dnie z małą przerwą na obiad. A jeszcze znalazłyśmy czas na przygotowanie z młodzieżą przedstawienia “mikołajowego” z pieśniami i tańcami.
Jak uczyłyśmy? Pani Maria i niektóre dzieci przywiozły z Kresów Wschodnich przedwojenne podręczniki i z nich na przykład pani Eugenia wybierała wartościowe czytanki do nauki języka polskiego, gramatyki ojczystej ucząc z pamięci, podobnie ortografii. Marysia uczyła biologii i częściowo geografii, mnie przypadła w udziale historia, a matematyką podzieliłyśmy się wszystkie. Jako kierowniczka szkoły po skończeniu zajęć z kilkom a  uczniami i ręcznym wózkiem udawałam się na poszukiwanie w zrujnowanym mieście sprzętu. Trzeba było zdobyć ławki, bo dzieci przybywało, Tablice, przybory do pisania - kredę, ołówki, papier. CZęść potrzebnych przedmiotów odnalazłam w budynku dzisiejszego Sądu Rejonowego, przede wszystkim stoły i kredę, inne na placu Łokietka, gdzie likwidował się obóz jeńców włoskich, ponieważ wyjeżdżali do swojej ojczyzny. Znalazłam w którymś z urzędów większe zapasy zapisanych jednostronnie druków niemieckich i na tym dzieci pisały. Część uczniów miała zeszyty rosyjskie przywiezione z Lwowskiego. Z czasem otrzymałyśmy trochę zeszytów, piór, ołówków i atramentu z siedziby PPR. Tak więc praca szła naprzód. Dzieci uczyły się chętnie i szybko przyswajały nowy materiał programowy. Z radością przyjęłyśmy nowe podręczniki do nauki jężyka ojczystego: cieniutkie książeczki z czytankami i wierszami o tematyce odwiecznej walki z naporem germańskim.
W grudniu rozpoczęła tu pracę kolejna nauczycielka Olga Zyzoń, która przyjechała transportem ze Stanisławowa. W szkolnej kronice własnoręcznie odnotowałam radosną datę 6 grudnia 1945 roku i piękne przedstawienie z okazji tradycyjnego Dnia Świętego Mikołaja w dużej sali restauracji “Centralna”. Starsi ludzie po przeżyciu strasznej wojny i świeżo zabliźnionych ran cieszyli się jak dzieci. Nie zabrakło nawet drobnych paczek ze słodyczami, których zdobycie granicczyło z cudem.
W szkole działo się coraz lepiej. Ponieważ budynek okazał się zbyt ciasny i nieogrzewany (miał ogrzewanie gazowe - a gazownia była nieczynna w zrujnowanym mieście), przenieśliśmy się do gamachu późniejszej szkoły podstawowej nr 5. Zarabiałyśmy wówczas po 400 złotych miesięcznie, oprócz tego w miejskim Ratuszu dwa razy w tygodniu rozdawano bezpłatnie chleb (zależnie od ilości osób w rodzinie). W późniejszym barze “Piast” mieściła się duża stołówka, w której gotowano zupę dla wszystkich pracowników państwowych (ziemniaki z wodą i chleb). To stanowiło codzienne menu. Po pewnym czasie obiady stawały się coraz lepsze i smaczniejsze, oprócz zup serwowano też drugie danie (najczęściej placki ziemniaczane). Potem otrzymywaliśmy paczki UNRRA (margaryna, słone keksy, konserwy itp).
Zmieniał się równocześnie wygląd miasta. Powstawały prywatne sklepy (oprócz jednej placówki handlowej PSS - spożywcze, komis i restauracje. Ludzi przybywało z każdym dniem. Każdy w swoim zakresie jako tako doprowadzał do porządku ocalałe budynki, w których miał mieszkać.
Wiosną 1946 roku przybyli Polacy z Jugosławii. Miasto zaludzniło się i ożyło. Wyjechała reszta Niemców. Szyldy niemieckie zamieniono na polskie. Rozpoczęto usuwanie stert gruzów z ulic i budowanie pierwszych nowych domów. Zaczęło się normalne życie ośrodka miejskiego znajdującego się nie tylko pod polską administracją, ale autentycznie polskiego. Dziś, po latach, gdy przypomnę sobie Bolesławiec w dniu mego przyjazdu - to wprost nie mogę uwierzyć, że taka wielka siła tkwi w człowieku, który swą mrówczą wytrwałą pracą potrafi dokonać cudów. I cóż dziwnego, że pokochałam to miasto, że to mój najbliższy sercu piastowski gród nad Bobrem?”
Nie ma już wśród nas pani Stefanii. Odeszła samotnie, cicho i godnie, tak jak żyła. Skromna i zasłużona dla dziejów miasta. NIe miała czasu na miłość, małżeństwo, życie rodzinne. Istniała tylko dla tytanicznej i organicznej pracy i ukochanych obcych dzieci. Taka współczesna Siłaczka jakby żywcem wyjęta z kart powieści Żeromskiego.
Pierwsza polska nauczycielka w grodzie nad Bobrem i pierwsza polska organizatorka lokalnej oświaty nie ma ulicy ze swoim nazwiskiem. Usunięto marmurową tablicę z jej imieniem przed izbą lekcyjną w byłej bolesławieckiej “ósemce”. Zła wola, czy zwyczajna głupota? Zapomniana, wykreślona z kroniki miasta. Czy  nie trapią nas jednak wyrzuty sumienia? Przecież mamy do spłacenia wielki dług pamięci.
Pani Stefania nie należała do żadnej partii, nie była honorowym obywatelem Bolesławca, nie otrzymała tytułu zasłużonego nauczyciela, nie ma żadnej tablicy pamiątkowej z opisem jej zasług. Na sesji Rady Miasta wystąpiłem z interpelacją radnego nadania jednej z ulic jej imienia. Wniosek został przyjęty, czy jednak doczeka się realizacji?

Pani Stefania miała ścisłe więzi ze szkołami w naszym mieście w Izbie Pamięci Narodowej w szkole nr 8 pozostawiła swój więzienny pasiak z Ravensbruck, tutaj trafił też sztandar Związku Byłych Więźniów Politycznych w Bolesławcu wykonany z pasiakowego płótna z tego samego obozu zagłady. Kochaliśmy ją i pamiętamy o niej.