piątek, 3 kwietnia 2015

POMNIK CHWAŁY? NIE - LUDZKA ŻYCZLIWOŚĆ.Część 2.

Zapewne szczytowym osiągnięciem twórczym były dwie ekspozycje malarskie mojej twórczości artystycznej w roku 2012, które zorganizowałem w Bibliotece Miejskiej im. C. K. Norwida pod nostalgicznym tytułem ‘Pejzaż bez Ciebie” /galeria “Format” w hołdzie zmarłej przed laty żonie/ i wielka wystawa retrospektywna w reprezentacyjnej galerii miasta w Bolesławieckim Ośrodku Kultury - Międzynarodowym Centrum Ceramiki. Wystawiłem tu ponad 200 akwarel, w tym kilka z lat studiowania rysunku i malarstwa w katowickiej uczelni. Szkoda, że nie zachowały się obrazy z lat nauki licealnej czy choćby reprodukcje fotograficzne, ale to już odległa i bezpowrotna przeszłość. Może przetrwały gdzieś te prace u ludzi - dawnych kolegów i przyjaciół - nie wiem. Do dziś zdobią moje mieszkanie dwie prace z pierwszego profesjonalnego pleneru malarskiego w Płocku, ale brakuje tych z Opola, Katowic czy Vac nad modrym węgierskim Dunajem. Pozbyłem się na rzecz kolegów i przyjaciół wielkoformatowych kobiecych aktów /olej/, pięknych martwych natur z liliami wodnymi i innych. myślę, że wymalowałem ponad 2 tysiące akwarel i umożliwiłem powstanie 4 - 5 galerii mojego autorstwa, a to już coś znaczy w twórczym dorobku artystycznym.


Przejdę z kolei do genezy, prapoczątków mojego malarstwa. Wyrosłem w powojennej biedzie Podlasia, kiedy nie było mnie stać na podstawowe narzędzia sztuki i pracy artystycznej - farby, pędzle, dobry papier, nie mówiąc o płótnie czy farbach olejnych. Brzmi to jak anegdota, ale jedyny skarb i zdobycz wojenną wiozłem w tekturowej małej walizeczce do kraju z kilkuletniej tułaczki. Były to kolorowe ołówki, które wyszukiwałem w opuszczonych poniemieckich domach. Dowiozłem ten dziecięcy skarb z Pomorza aż do Warszawy. Tutaj ktoś połakomił się na cudzą własność i ukradł sfatygowaną walizkę. Wyobrażam rozczarowanie złodzieja, ale dla mnie oznaczało to niepowetowaną stratę...


Młodość spędziłem w Hajnówce /Podlasie/, tutaj ukończyłem szkołę podstawową i uczyłem się w liceum ogólnokształcącym, tutaj malowałem pierwsze obrazy o tematyce batalistycznej /syndrom wojny pozostał w psychice na stałe/, szkicowałem portrety kolegów, karykatury, a później akty kobiet, kwiaty i pejzaże.


W okresie studiów interesowałem się malarstwem abstrakcyjnym /kubizm, taszyzm/, ale z biegiem lat zarzuciłem ten sposób malowania : powróciłem do realizmu i tematyki krajobrazu. Rzadziej sięgałem po kompozycje związane z martwą naturą. Upodobałem pracochłonną technikę pointelistyczną : obrazy buduję z ogromnej ilości drobnych plam barwnych - z wyjątkiem otwartej przestrzeni nieba, w której zlewają się i wzajemnie przenikają większe połacie kolorów całej palety.


Dzisiejsza pasja twórcza - to podróż w głąb ciszy, poszukiwanie nirwany, wyrażanie ciepłych doznań, ukojenia w świecie piękna, koloru, spokoju. To czas nostalgii, fascynacji urodą świata, wyrażanie własnej osobowości i filozofii życia. Czas zadumy nad nieuchronnością przemijania, czas pożegnań i chęć pozostawienia po sobie trwałego śladu potomnym - bliskim, przyjaciołom, znajomym. Te obrazy - to optymistyczne przesłanie o pięknie świata, urodzie ludzkiego otoczenia, bogactwie form życia, cudzie istnienia, sensie bytu. To urokliwy, zniewalający pięknem świat codzienności, który zachwyca, przyciąga, fascynuje w każdym miniaturowym nawet atomie. Odkrycie tych prawd i praw staje się po prostu życiową pasją …


Spełniłem się w trzech różnych dziedzinach : nauczyciela /40 lat stażu zawodowego/, dziennikarza /30 lat pracy, członkostwo Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, członek Stowarzyszenia Autorów Polskich,członek Rady Redakcyjnej periodyku resortu Edukacji Narodowej “Oświata i Wychowanie” w Warszawie, współpracownik wielu redakcji centralnych i regionalnych/ i malarza /aktywność w latach młodości, studiów plastycznych i na emeryturze/. W każdej dziedzinie osiągnąłem znaczące sukcesy mierzone trwałym dorobkiem. Mojej biografii starczyłoby na kilka odrębnych i bogatych życiorysów pokolenia pionierów, którzy z porywu serca przyjechali zagospodarowywać po wojnie Ziemie Odzyskane, polski Dolny Śląsk. Z Bolesławcem związałem się emocjonalnie i profesjonalnie od 1953 roku.


Wojenne przeżycia i towarzysząca im trauma, a zwłaszcza kilkuletni głód przy niewolniczej pracy przymusowej u niemieckiego bauera w Prusach Wschodnich - tragicznie odbiły się na stanie mojego zdrowia już w wieku młodzieńczym. Tylko dziwięciomiesięczny pobyt w sanatorium “Gryf” w Połczynie Zdroju i intensywna terapia przywróciły mi życie i możliwość rozpoczęcia pracy zawodowej na długie 40 lat.


Karierę rozpoczynałem jako nauczyciel wiejskiej szkoły w Zebrzydowej Wsi i Kraśniku, kończąc równocześnie Liceum Pedagogiczne w Lubomierzu /z wyróżnieniem/, awansując do funkcji kierownika szkoły w Nowej Wsi, a od roku 1956 pracując 2 lata jako Podinspektor Szkolny powiatu Bolesławiec.


W roku 1958 organizuję od podstaw autorską Szkołę Podstawową Nr 4 w Bolesławcu, która zasłynęła pionierskimi działaniami w sferze edukacyjnej ; pierwsza w mieście i powiecie - a także w Polsce - otrzymała imię dumnego patrona Jana Matejki /wiele lat później to samo imię uzyskała Szkoła Nr 8 w Sopocie i tylko dwie szkoły w kraju spotkało to wyróżnienie/: tutaj trafił pierwszy w mieście i powiecie sztandar szkolny, tutaj powstała pierwsza i jedyna w kraju prawdziwa pracownia plastyczna ze sztalugami malarskimi, które sam zaprojektowałem, tutaj realizowałem poszerzony o 1 godzinę program edukacji plastycznej młodzieży jako nauczyciel rysunku. Tutaj utworzyłem pierwsze w Polsce szkolne Muzeum Morskie opracowując pionierski i nowatorski program wychowania morskiego dzieci i młodzieży w oparciu o kontakty ze statkiem patronackim, imiennikiem szkoły - m/s “Jan Matejko”.


Wśród setek ciekawych eksponatów trafiła tu m.in. oryginalna łódź - katamaran współczesnych Papuasów, wyłowiona z oceanu przez zaprzyjaźnionych ze szkołą marynarzy. Pracę nauczycielską traktowałem jako pasję życiową, misję, powołanie i służbę dzieciom, które odwzajemniały się autentyczną miłością i zaufaniem, o czym świadczy nadanie wyjątkowego wyróżnienia - “Orderu Uśmiechu” i tytuł najlepszego “Nauczyciela - Korczakowca” byłego woj. Jeleniogórskiego /to nagroda Karkonoskiego Towarzystwa Naukowego/ i dziecięca odznaka “Szkarłatnej Róży”, wręczona na wniosek uczniów w redakcji czasopisma “”Płomyk” w Warszawie, nie licząc medalu im. Henryka Jordana przyznanego przez władze Towarzystwa Przyjaciół Dzieci w stolicy. To tylko niektóre wyróżnienia pozaresortowe, mam ich dużo więcej, różnej klasy, znaczenia i wagi. Władze oświatowe były mniej hojne w rozdzielaniu splendorów, ale też o nie nie zabiegałem. Wprawdzie działania pedagogiczne miały charakter nietuzinkowy, rozsławiały szkołę i miasto niezależnie od orientacji politycznych rządzących, ale o “pieszczotach” nie było mowy. Dwa razy w mojej biografii nauczycielskiej, a ściślej - przy realizacji funkcji dyrektorskiej /w sumie to aż 33 lata !/ zwyciężyła małostkowa i niehumanitarna zasada : “Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść”. Mniejsza o szczegóły.Paradoks? Cały mój aktywny i twórczy życiorys nauczyciela, dziennikarza i malarza stanowi sumę wielu paradoksów.


Jestem współautorem książki “O wychowaniu estetycznym w szkole podstawowej” i dwóch wydań innej - ‘Ideologia i światopogląd w wychowaniu”, samodzielnym autorem monografii “Dziś i jutro Bolesławca” , wydrukowałem też na forum ogólnopolskim kilkanaście publikacji na temat wychowania przez sztukę i kilkadziesiąt artykułów z zakresu pedagogiki, psychologii i wychowania. Wspominałem już o przyjęciu mnie jako pierwszego bolesławianina do Stowarzyszenia Autorów Polskich, byłem długoletnim członkiem Rady Rady Redakcyjnej “Oświaty i Wychowania” /wiodący periodyk resortu Edukacji Narodowej/, przez dwie kadencje zasiadałem w Krajowej Radzie Postępu Pedagogicznego, byłem redaktorem naczelnym miesięcznika “Głos Bolesławca”, należę do kręgu współautorów kilku innych monografii książkowych /m.in. “Na przekór losowi”/.


Moje związki z dziennikarstwem dotyczą prasy Wybrzeża /problematyka morska/, redakcji harcerskich “Motywów”, jeleniogórskich “Karkonoszy” i wrocławskich gazet codziennych ‘Gazeta Robotnicza” i “Słowo Polskie”, ale szczególnie dużo i często pisałem dla “Oświaty i Wychowania” jako stały korespondent i uczestnik spotkań Rady Redakcyjnej. Były to zatem związki o charakterze regionalnym i ogólnokrajowym mierzone 30-letnią praktyką pisania - równolegle z twórczą działalnością nauczycielską. W dwutygodniku “O i W” miałem swój stały cykl publicystyczny jako dział zatytułowany “Z refleksji praktyka”.


Jestem magistrem nauk pedagogicznych /studia w krakowskiej Wyższej Szkole Pedagogicznej, praca dyplomowa pt. “Rysunki uczniów szkoły podstawowej a ich osobowość” - obroniona z wyróżnieniem/. Jestem też absolwentem Studium Nauczycielskiego Rysunku i Malarstwa w Katowicach /obrona z wyróżnieniem/. Byłem uczestnikiem profesjonalnych plenerów malarskich m.in. w Plocku /ogólnopolski/, Opolu, Katowicach, Krakowie i Vac /Węgry/. Zostałem uczniem wybitnego węgierskiego malarza - akwarelisty prof. dra Tibora Csorby, z którym przyjaźniłem się aż do śmierci Mistrza. Jego imieniem nazwałem stworzoną przez siebie Galerię Malarstwa i Grafiki Współczesnej w Szkole Podstawowej Nr 8, której dyrektorem byłem przez 19 lat. Zgromadziłem tu blisko 300 obrazów artystów krajowych i zagranicznych, m.i. z Czech, Węgier, Rosji, Niemiec, a nawet z Indonezji i Indii. Przez kilka lat funkcjonowała tutaj jeleniogórska filia galerii Biura Wystaw Artystycznych ze zmmienianą co dwa tygodnie ekspozycją dzieł plastycznych.

środa, 18 marca 2015

POMNIK CHWAŁY? NIE - LUDZKA ŻYCZLIWOŚĆ.Część 1.

Wkroczyłem w 80 rok życia. Aż trudno w to uwierzyć. Odseparowałem się od przyjemności i pokus, wyalienowałem ze środowiska, porzuciłem zmartwienia - te prawdziwe i urojone. Mam czas dla bliskich, tyle że oni rozproszyli się po szerokim świecie. Paradoks? Oczywiście. Wnuk - prawdziwy ekspert informatyczny - od wielu lat związał się z Londynem, pracuje w swoim zawodzie, kupuje właśnie dom w stolicy Anglii i zaprasza mnie w odwiedziny. Tam, ale już nie w Polsce, zakłada swoje rodzinne i nasze rodowe gniazdo. Dwie wnuczki uwiły swoje gniazda we Wrocławiu, cieszą się pięknymi, nowoczesnymi i wielkimi gabarytowo mieszkaniami, a starsza z nich ofiarowała mnie prawnuka. Mój czas dobiega końca, zatem dedykuję wnukom garść tych uduchowionych refleksji jako świadectwo humanistycznych i artystycznych wartości, które utrwaliłem w swojej biografii i które kształtowały też moją osobowość. Miłość nie jedno ma imię, a sztukę kochałem zawsze jako synonim rdzennego piękna, źródło przebogatych przeżyć. To ważny dokument ilustrujący wielobarwność i wielopłaszczyznowość mojego trudnego i bogatego życia, opinia o mnie zaświadczona przez innych ludzi - przyjaciół, obcych, nieznajomych, życzliwych i umiarkowanych w wyrażaniu swoich sądów. Szczęśliwie /?/ nie znalazłem w nich krytyki osób zawistnych, złośliwych, niechętnych, chociaż ich istnienie stanowi fakt bezsporny. Pociesza mnie opinia jednego z pisarzy, który twierdzi, że człowiek, który nie ma wrogów - do niczego w życiu nie doszedł. Może to zbyt duże myślowe uproszczenie, ale pozostawiam tę opinię bez komentarza.


Dopiero dzisiaj uświadamiam sobie w całej pełni, jak wielką życiową pasją było dla mnie malowanie, ile wnosiło ono do biografii radości i szczęścia. Niestety - nigdy nie miałem dość czasu, by przenieść na papier czy płótno to wszystko co gra w duszy, co stanowi kalejdoskop i orgię piękna w zaklętej ramą obrazu przestrzeni, co pozwala na obcowanie z muzami. Drugą - zazdrosną i wymagającą miłością była praca w szkole, wśród dzieci i dla dzieci. A przecież istniała jeszcze żona, synowie, rodzina i zmaganie o przyzwoity standard codziennego życia i pasja pisania w roli dziennikarza. Ta ostatnia rola społeczna przez trzy dziesiątki lat pozwalała organicznie związać się ze środowiskiem, poznać je gruntownie i pochylać się nad losem ludzi słabych, krzywdzonych, wykorzystywanych, niezaradnych czy bezbronnych. To było ryzykowne chodzenie po linie nad przepaścią ; przynosiło uznanie ludzi, którym skutecznie pomagałem, ale budziło niechęć władzy u steru rządów miastem czy powiatem /kiedyś powiat sprawował rolę wiodącą w strukturach władzy/. Nie byłem ulubieńcem partii, sekretarz K. G. karnie przeniósł mnie z wiodącej w tym czasie, pionierskiej w wielu dziedzinach szkoły nr 4 do “Ósemki”, która zasłynęła niebawem w całej Polsce jako bezkonkurencyjna, niedościgniona szkoła “morska”. Robiłem swoje z myślą o świecie potrzeb dziecięcych i to mi się udawało przy pełnej akceptacji zespołu pedagogicznego. Czyniłem to kosztem rezygnacji z własnej twórczości malarskiej - rezygnowałem z plenerów, wystaw, konkursów, chociaż np. zorganizowałem i prowadziłem pierwszy na Dolnym Śląsku i w kraju kurs plenerowy dla kilkudziesięciu nauczycieli plastyki/ rysunku i malarstwa/, co było przedsięwzięciem nowatorskim w sensie metodycznym i artystycznym. Piszę o tym arcyciekawym epizodzie w innym miejscu. W “nagrodę” towarzysz sekretarz partii relegował mnie do innej szkoły, bo na “‘4” ostrzył zęby mój oświatowy przełożony, któremu powinęła się noga przy kierowaniu powiatowym resortem oświaty. Nie rozwijam tematu, to już historia - brzydka, wstydliwa, zostawmy ją zatem w spokoju.


Wracam do spowiedzi malarskiej. W obszernym katalogu do kolejnej mojej wystawy w Młodzieżowym Domu Kultury sporo miejsca poświęcam genezie mojej twórczości artystycznej /życzliwa p. Dyrektor Ewa Lijewska - Małachowska pomogła w przygotowaniu wernisażu/. To była już druga kolejna ekspozycja w tej placówce kulturalnej z prezentacją ponad stu akwarel.Cytuję dosłownie opinie zwiedzających zamiast własnego, subiektywnego oceniania efektów malarskich poszukiwań.


“Drogi Kolego Pawle,

w pamięci naszej zapisałeś się jako człowiek mający łatwość wypowiadania myśli. Dzisiaj pokazałeś inne oblicze.

Piękno słowa zastąpiłeś pięknem obrazu.

Podziwiamy i gratulujemy !

Koleżanki i Koledzy z Koła Nauczycielskiego ZNP - 25 autografów / tylko kilka nieczytelnych /, pieczątka z tekstem : Kierownik Koła Nauczycielskiego w Bolesławcu mgr Wiesława Olczyk. Część Koleżanek dopisała przy swoim nazwisku zaskakujące pochwały,np. “dziękuję za ucztę duchową” czy “dziękuję i podziwiam”.


To ja dziękuję wszystkim za ciepłe i szczere wyrazy uznania, które w mojej przewrażliwionej i postrzępionej psychice wiele znaczą.

Kolejne wpisy :

“Nie kwiat, lecz owoc stanowi wartość rośliny. Chcesz poznać człowieka - patrz na jego czyny”. Gratuluję ! Dziękuję ! Jestem pełna podziwu dla wrażliwości i talentu Pana Dyrektora. Stanisława Zięcik.”


“Szczęście to ptak, który śpiewa. Szczęście to wiatr, który powiewa. Szczęście to życie, które mamy. Szczęście to talent, który mamy”. Jestem pełna podziwu i zachwytu, właśnie tego talentu”. Marta P./nazwisko nieczytelne/.

10.II.06 “Przyroda zawsze inspirowała artystów. Miło jest spojrzeć na nią Pana oczami i talentem. Gratuluję.” Barbara Chwieduk i dwie Koleżanki.

“Szanowny Panie Dyrektorze !

“Bo piękno po to jest - by zachwycało do pracy”...dzięki twórczości Pana, pasji tworzenia, wrażliwości codziennie tego doświadczamy. Dziękujemy !” Ludmiła Rutka i dwie inne osoby.


“Gratuluję Koledze Pawłowi Śliwko pasji organizatorskiej i publicystycznej, dzięki której pozostały w Bolesławcu w szkołach i w ludziach liczne i trwałe ślady ku pożytkowi wszystkich”. Edmund Maliński.

“Z podziękowaniem”. M. Sobolska.

“Doskonale udane pejzaże dolnośląskie, pory roku, dzięki wrażliwości ich autora. Z podziękowaniem”. /autograf nieczytelny/


“Składam serdeczne podziękowanie za możliwość udziału w Pana Dyrektora wystawie. Z prawdziwą przyjemnością obejrzałam Pana prace - owoc Pana pasji artystycznej i przeżywania naszej przyrody. Z podziwem pozostaję “ - Jerzy Zarzycki

“Piękno zawsze budzi mój zachwyt, szczególnie jeśli jest dziełem talentu człowieka. Tu też wyrażam swój podziw. Winszuję serdecznie autorowi i … czekam na następną wystawę.” /podpis nieczytelny/

“Cudownie jest posiadać umiejętność przedstawiania myśli i uczuć w formach graficznych. Wyrażam swój podziw.” Wiesław Stefaniuk


“Szanowny Pawle !

Zachwycona jestem Twoimi dziełami, bo /nieczytelne/ odzwierciedlają one bogactwo i piękno Twojej Duszy - Duszy artysty. Gratuluję i życzę dalszych sukcesów.” Janina Piestrak-Babijczuk

“Prace akwarelowe są zatrzymaniem ulotnej chwili życia, pejzażu. Dziękuję za tę ucztę duchową”. Danuta Stefanow


“Drogi Panie Pawle - jesteśmy z żoną zachwyceni tym co teraz robisz i że możesz swoje pasje i twórczość pokazać innym. Gratuluję.” Małgorzata i Piotr Hetelowie


“Szanowny Panie Dyrektorze Pawle,

Z zachwytem oglądamy wystawy Twojej drogi /życia/ odzwierciedlonej w tych pięknych pejzażach. Gratulujemy pasji artystycznej i umiejętności przeżywania otaczającej nas rzeczywistości. Z poważaniem” Barbara Smoleńska, Maksymczyk Adam /nazwisko trzecie nieczytelne/.


“Serdeczne podziękowanie za umożliwienie “Spotkań z przyrodą” i miłymi gospodarzami”. 11 lutego 2006 roku. Krzysztof Strynkowski, Zastępca Prezesa Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej we Wrocławiu.

“Z ogromnym wzruszeniem i podziwem mogę mówić o Pana pracach, które każdemu uważnemu człowiekowi pokazują i zatrzymują “ładne” piękno, które nas otacza, a na które nie zawsze kierujemy uwagę. Opatrzność obdarzyła Pana wielkim talentem, niech nie zatrzymuje go Pan jedynie dla siebie.


Te obrazy powinien każdy zobaczyć.”Jerzy Małachowski, Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Warszawie.

‘Wiosna - Lato - Jesień - Zima - wszystko nas przy życiu trzyma…”

“Z wyrazami uznania na dalsze piękne malowanie”. Krystyna Szymańska, Teresa Janeczko, Maria Drążkiewicz 


“Dziękuję za odrobinę spokoju i wyciszenia”. E. Tylicka, J. Krzywdzińska

Wpisy z “Księgi pamiątkowej” kolejnej wystawy :

28 listopada 2007

“Piękno nie na to jest, by pod korcem stało” - mówił Norwid. I dzięki panu Pawłowi jest i zachwyca: “kształtem stają się chwile”; przyroda przyłapana w urokliwych momentach stwarza nastrój spokoju, pozwala się wyciszyć. Dziękuję.” Maria Sobolska


“Szlachetnemu Artyście gorące podziękowania za chwile wzruszeń, zadumy i radości, za lata współpracy. Z życzeniami zdrowia, dalszej potrzeby tworzenia piękna.”

Mieczysława Michalak, Maria Kalisz

“Panie Pawle - dziękuję”. Bożena Szymula

Z podziękowaniem za wszystkie wzruszenia jakich dostarcza Pan przez całe swoje życie wszystkim mieszkańcom naszego miasta. Łącząc najserdeczniejsze życzenia wytrwałości na drodze pokazywania najpiękniejszych stron naszego życia”. Jarosław Molenda /absolwent szkoły nr 8, członek Zarządu Powiatu - przypisek PS/.


“Spotkania z Panem i Pańską twórczością zawsze mnie wzbogacają. Dziękuję za te wszystkie piękne chwile, za ogrom wzruszeń i możliwość przeżywania czegoś tak wyjątkowego. To wielki dar dla Bolesławca, że związał się Pan z naszym miastem, ludźmi. Nie zapomnę Pana słów, że “/.../ sztuka, twórczość to coś bardzo osobistego, prywatnego, coś co wydobywa się z zewnątrz człowieka, dlatego też nie wymaga poklasku.” Tak bardzo czekam na kolejne Pana wystawy, że proszę niech Pan już dziś bierze się za narzędzia malarskie i płótno, bo uczy Pan nas wszystkich - jak kochać ludzi i to wszystko, co nas otacza.” 

Jerzy Małachowski, rzecznik prasowy Starosty Bolesławieckiego, były Prezes Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Warszawie.

“Jestem pokoleniem powojennym. Jestem dumna, że wzrastałam w mieście, w którym osiedlili się ludzie tak wspaniali, którzy mieli wpływ na rozwój intelektualny młodego pokolenia, których chcemy naśladować. Dziękujemy bardzo !” Maria Maciaszek

“Wielkie dzięki Panu Pawłowi - Artyście - Malarzowi, Dyrektorowi, Humaniście, Dziennikarzowi, Żołnierzowi; Wielkiemu Człowiekowi z podziękowaniami za tak miłe przeżycia duchowe i artystyczne. Dziękują : Teresa Chwojnicka, Stanisław Chwojnicki, Teresa Łomnicka, Anna Kurzydło, S, Kościelewska i inni.”

Wprowadzam do tych wzruszających słów jedną poprawkę : nigdy nie byłem żołnierzem, natomiast mundur junaka Powszechnej Organizacji “Służba Polsce” - wzorowany na umundurowaniu wojskowym - nosiłem w 174 Brygadzie SP jako licealista w czasie wakacji w 1952 roku. Z wojskiem łączyły mnie długoletnie więzy w edukacji patriotycznej młodzieży szkolnej i prawdziwa przyjaźń.

“Wielkie uznanie dla p. Dyr. Śliwki. Wszystkiego co w życiu najlepsze życzą J. Wilk i Józef Świątek.’

“Nie ma nic piękniejszego i droższego, jak pozostawienie po sobie miłych wspomnień i trwałych śladów bytności w przepięknym grodzie Bolesławcu.

Gratulacje dla pana Pawła za piękny wernisaż składa Genowefa Salej”.

28. 11. o7 “Serce się raduje, nie ma słów żeby wyrazić piękno malarstwa Pana Pawła - artysty”.Mgr H. Jerominow

28. 11. 2007 Panie Pawle - dwa szczęścia są na świecie : jedno małe - uszczęśliwiać siebie, drugie duże - uszcczęśliwiać innych.

Pan uszczęśliwia nas swą przepiękną twórczością malarską”. Podpis nieczytelny.

“Świat jest w takich barwach, w jakich chce go widzieć człowiek.” Była współpracownica T. P. /Teresa Przepióra, moja Vicedyrektor szkoły nr 8/.

“Obrazy - samo piękno”. Podpis nieczytelny.

“Panu Pawłowi - z całą sympatią”. Dorota Dziedzic-Lechowska.

“Szanownemu Koledze - z głęboką nutą zachwytu i podziwu - zawsze życzliwa Wiesia Olczyk.

Wystawę podziwiały dzieci ze Szkoły Podstawowej w Żeliszowie i bardzo im się podobała. Kilkanaście autografów uczniowskich


piątek, 13 marca 2015

JUBILEUSZ RADIA I POWRÓT DO DZIECIŃSTWA - CZĘŚĆ II

Byłem analfabetą do 10 roku życia. Bauer zatrudniał całe mrowie dzieci - niewolników, nie tylko z Polski, ale także np. z dalekiej Jugosławii. Nie było jednak żadnej szkoły na terenie olbrzymiego latyfundium, nikt nie słyszał o lekarzu czy pielęgniarce, chociaż choroby szerzyły się nagminnie. Także śmierć dzieci wojny była częstym, niechcianym gościem. Niszczył nas głód i chłód, obrzydliwe latryny za oknami baraków podszytych wiatrem i uszczelnianych mchem i słomą, zabijały choroby układu pokarmowego i zimowe zapalenie płuc. Żyliśmy pod jarzmem “selekcji naturalnej” i nikt - poza rodzicami - tym się nie przejmował. Świerzb czy wszawica stanowiły powszechną, dotkliwą plagę.

Nakazano nam ucieczkę przed zbliżającym się frontem na furmankach z oplecionymi jakimś materiałem budami, jak w cygańskim taborze. Szaleńczy i zbrodniczy zamysł : gdzie Prusy Wschodnie, gdzie Pomorze czy Saksonia?Zima, lód, mrozy, śniegu po pas i zatłoczone drogi kawalkadą konnych zaprzęgów. Ani siana, ani owsa dla koni, głodne rodziny przesiedleńców, wykruszające się z taboru furmanki. Rosjanie dopadli nas na Pomorzu Zachodnim, niedaleko Kamienia Pomorskiego. Ale kilka dni wcześniej wojskowa niemiecka żandarmeria zabrała prosto z wozu ojca na posterunek. Pamiętam nasze tragiczne rozstanie i ostatnie pożegnanie. Z całych sił tuliłem się do zarośniętej i kłującej, mokrej od łez twarzy człowieka najbliższego sercu, dobrego, mądrego, przyjaznego, cierpliwego, pracowitego i oddanego rodzinie. Wiedział czy może przeczuwał, że widzimy się po raz ostatni. Z posterunku już nie wrócił i nie znam jego dalszego losu. Może został zmuszony do kopania rowów przeciwczołgowych w zmarzniętej na kamień ziemi, może rozstrzelany - nie wiem. Przeklęta wojna zbierała wciąż swoje śmiertelne żniwo.

Kilkanaście dni wcześniej zmarł mój młodszy braciszek. Wypluł chyba wraz z kaszlem swoje dziecięce słabe płuca.Umierał nocą, w słomianym barłogu na podłodze opuszczonego przez Niemców pałacu, dokąd na noc wtłoczyli nas oszalali ze strachu przed Rosjanami niemieccy dozorcy - przewodnicy Nie wiem jak i gdzie został pochowany, nie ma swojej choćby piaskowej mogiłki ani trumny. Smutne, bolesne i prawdziwe. Niestety. 

Już tylko z matką i urodzonym w niewoli kilkumiesięcznym bratem wracaliśmy z tobołkiem pościeli do domu, którego nie było. Pogorzelisko zobaczyłem po latach, kiedy szukałem kryształkowego radia. Nie znalazłem, Za to w szkole po jakimś czasie zamontowano głośniki /nazywaliśmy je “kołchoźnikami”/ i stanowiły one ogromną atrakcję,podobnie jak audycje dla dzieci i młodzieży, których słuchaliśmy systematycznie w toku lekcji. Zachęcony przez polonistkę wziąłem udział w konkursie na opracowanie szkolnej gazetki radiowej. Dziś nie pamiętam szczegółów, ale otrzymałem i ja i szkoła nagrody książkowe, których bogaty zestaw urozmaicił zbiory biblioteki placówki oświatowej. Do tej pory półki biblioteczne świeciły powojenną pustką …

Mnie przypadło w udziale piękne wydanie “Faraona” Bolesława Prusa w twardej oprawie /co było rzadkością w siermiężnej epoce masowego trafiania pod strzechy słowa drukowanego na lichym papierze/ wraz z listem ozdobionym urzędową pieczęcią ; Polskie Radio Dyrekcja Programów Politycznych i Społeczno - Oświatowych Dział Audycji dla Dzieci i Młodzieży .../DM 0555/50. Warszawa, dnia 31/X 1950 r.


Do
Pawła Śliwki
absolwenta klasy VII b
Szkoły Podstawowej nr 1
w Hajnówce

Dział Audycji dla Dzieci i Młodzieży, Redakcja Audycji dla Szkół zawiadamia, że wysyła dla Ciebie 1 egz. - Prus -”Faraon” jako nagrodę za opracowanie nadesłane na konkurs szkolnej Gazetki Radiowej w roku szkolnym 1949/50.
Cieszymy się z Twojego wyróżnienia i życzymy Ci dobrych postępów w nauce.
Poniżej pieczątka ; Dział Audycji
dla Dzieci i Młodzieży
Kierownik Zofia Latałowa


Z niekłamanym wzruszeniem wracam po kilku dziesiątkach lat do tego wydarzenia, które pozwoliło mi uwierzyć w swoją wartość i pozbyć się w jakimś stopniu kompleksu niewolnika bez prawa do marzeń i przyszłości. W kategoriach psychologicznych to wiele znaczy dla biografii dorastającego młodego człowieka, który przeżył piekło wojny i traumę śmierci rozbitej rodziny. To był balsam na krwawiące wciąż rany, lekarstwo katarktyczno - kompensacyjne.


Skąd ta długa “spowiedź” introwertyka z natury, zakompleksionego samotnika, który przemierza ostatni etap długiej drogi życia bez kręgu przyjaciół, którzy już odeszli?

Apoteozuję wciąż radio i tak jest od daty prapoczątku, której nie potrafię nawet ustalić precyzyjnie. Jubileusz Waszego 90 - lecia to także moje święto. Dziś wstaję i włączam 


I program PR przed godziną 5 rano. Nie wszystko mnie zachwyca, ale akceptuję rolę kulturotwórczą i edukacyjną, elokwencję i bogaty język wielu dziennikarzy wplecione w ideę misji i obowiązków profesjonalnych. Razi mnie nowomowa, kult angielszczyzny,zbyt lekkie traktowanie czasem ważnych tematów, skróty myślowe, oszczędność informacyjna dzienników i bieżącego przekazu wiadomości. Pochwalam skuteczną dziennikarską interwencję i pomoc ludziom bezradnym i opuszczonym. Z przyjemnością słucham rzadko pojawiających się na falach eteru piosenek z lat mojej młodości. Ale i tak kocham radio - polskie, ojczyste, niezależne, obiektywne, własne. To, które słucha, informuje, wyjaśnia, pomaga, niesie wiarę, nadzieję i miłość.Bez wielkich sensacji, mądrze i wszechstronnie podejmuje trudne i ważne działania. Służy ludziom, służy Polsce, nam wszystkim. To medium o cudownych właściwościach, kulturowy model rozwoju cywilizacji w globalnej wiosce. Oby jak najpiękniej i najszerzej rozkwitała misja, którą tworzy.


Jako ciekawostkę - z okazji wielkiego jubileuszu - przesyłam fragment “Dzienniczka radiowego”, który pisałem w szkole w roku 1950, a dokończyłem w 5 lat później - już na Dolnym Śląsku, jako nauczyciel wiejskiej szkółki. Potem byłem najmłodszym w kraju wizytatorem szkolnym /miałem 23 lata, odwiedziłem szkoły w Płocku, Aleksandrowie Kujawskim, Ciechocinku i innych miastach po 2-miesięcznym kursie Ministerstwa Oświaty/, potem sprowadziłem do Bolesławca morze i admirała Piotra Kołodziejczyka, zakładałem szkołę, której nadałem pierwsze w powiecie imię Jana Matejki, potem trafiłem do miejscowej Tysiąclatki, którą rozbudowałem i stworzyłem w niej kilka muzeów, w tym m.in. Antarktydy/jedyne w Polsce/, Morskie, Górnicze i inne. W roli dyrektora szkoły przepracowałem 33 lata. Rekord Guinessa? Nie wiem, to mało ważne. Jako 17 -latek utraciłem 65 procent zdrowia. Ale nie skorzystałem z rentowej jałmużny - pracowałem aż do emerytury.

Dlaczego list zacząłem cytatem z Koranu? Wypisz, wymaluj - odzwierciedla to moją biografię. Oglądałem w TV pogrzeb naszego Świętego, Wielkiego Papieża Polaka, Jana Pawła II i moment - jakże symboliczny - zamknięcia leżącej na trumnie Świętej Księgi Życia. Jego Życia - trudnego, pięknego, znojnego, uporządkowanego, świętego. Płakałem w czasie tamtego ceremoniału. Sam chciałbym odejść bez łez, cicho, w spokoju, w słonecznym dniu polskiego lata.Łączę wyrazy szacunku -


P.S. Po 5 latach - w 1955 roku - już na Dolnym Śląsku - uzupełniłem zeszytowe notatki pustych stron “Dzienniczka radiowego”. Byłem już nauczycielem, zatem problematyka zawodowa posłużyła jako końcowy tekst szerszych i rozsądniejszych rozważań z zachowaniem przyjętej przed laty konwencji. Miałem wówczas raptem 20 lat życia, toteż poglądy i eksponowane doświadczenia mogą odbiegać znacząco od dzisiejszej oceny obiektywnie istniejącej rzeczywistości. Nie chcę jednak dodawać komentarza, zostawiam dokument w oryginalnej treści. Zatem cytuję :

“Tamtym latom już można wystawić sarkofag - stały się cieniem barwnej przeszłości, echem - i to ostatnim echem - jakże dziś odległego dzieciństwa. Minęło pięć długich jak wieki lat, zagasły bezpowrotnie piękne marzenia i sny o promiennej przyszłości. Stałem się dorosłym /człowiekiem/. Jakże innym teraz jest świat !

Nieświadomie zdobyłem nową cechę charakteru : ironiczne i pogardliwe spojrzenie na świat. Wpierw wszystko traktowałem serio, byłem zahipnotyzowany słowami wychowawców i każdemu wierzyłem. Teraz dostrzegam w życiu to, co Balzak nazywa komedią ludzką. Ta komednia bywa często bolesną, niemało doświadczyłem tego na sobie. Że jeszcze wegetuję na świecie - to prawdziwy cud. Tacy jak ja nie powinni się rodzić. Z wiekiem przybywa mi trosk i goryczy życia, wszakże jedno pozostaje niezmienne - zamiłowanie do piękna i pracowitość, tym się w skrytości ducha chlubię”.

“Przed pięciu laty rozpocząłem pracę nad tym dzienniczkiem, by oddać go potem swojej nauczycielce j. polskiego, Pani Albinie Kozickiej. Niestety, brak czasu nie pozwolił mi go skończyć : zbliżał się nawał pracy przed końcem roku szkolnego, a przede wszystkim choroba, ostre zapalenie stawów.Na kilka tygodni byłem w łóżku. Charakterystyczny był sam moment zachorowania, gdyż do ostatniej chwili w gorączce wykonywałem gazetkę ścienną. Wieczorem położyłem się do łóżka, by wstać dopiero po miesiącu. Ten zeszyt czekał …

Dziś, kiedy jestem kierownikiem szkoły, stanowi on cenną pamiątkę. Mówi, jakim byłem przed laty, zresztą takim jak i dziś. Doczeka się końca, to znaczy zapełnię go do ostatniej strony notatkami z zachowaniem dawnego, oryginalnego stylu w ich systematyce, z rysunkami i ozdobnymi inicjałami. Już wkrótce spocznie w drogiej skarbnicy pamiątek i może przetrwa dłużej niż moje życie …”

Nie pamiętam czy te audycje ukazały się w rzeczywistości, czy stanowią wybór aktualnych w tym czasie tematów zaczerpniętych z życia. Cytuję je w oryginale.

Audycja nr 87. 11. 10. 1955 r

O wiejskim nauczycielu.

Nauczyciela wiejskiego koledzy z miasta otaczają często pogardą. Jest to niesłuszne, głęboko krzywdzące i z gruntu rzeczy najzupełniej fałszywe /przekonanie/. Dobry nauczyciel na wsi - to heros. Często w prymitywnych warunkach z epoki feudalizmu krzewi z zapałem cywilizację XX wieku, często stygnąc z mrozu w dziurawej chacie głosi chwałę ludzkiego serca, tworzy hymny na cześć życia. Dla niego nie ma ciepłej atmosfery rodzinnej, miłego pokoiku, rozrywek kulturalnych, on jest samotny jak więzień za grubą kratą ponurej twierdzy. A miejskie wymoczki robią z niego kpiny.

Audycja nr 88. 12. 10. 1955 r.

Jesienna przechadzka.

“Nie wiem, czy będzie jeszcze w tym roku tak piękna pogoda. Cudowna jesień ! Słońce grzeje niczym w maju i tylko różnobarwne liście drzew niezbicie świadczą, że już wkrótce zima skuje świat lodowym pancerzem, zmrozi resztki życia. Przyroda pyszni się bogactwem barw, choć kolorystyka nie osiągnęła jeszcze szczytowej fazy. Las stanowi jak gdyby wcielenie dzikiego piękna, zarazem chaosu i harmonii, bezładu i porządku, niemocy i potęgi. Wszystko to zadziwia, przemawia do duszy potężnym echem istnienia, głosem bytu tysięcy niewidzialnych stworzeń. Przyroda stanowi ucieczkę od wyziewów zepsucia cywilizacji dwudziestego wieku …”

Kolejne audycje mają swoje odrębne tytuły i są skumulowane w jednej październikowej dacie 1955 r. Tytuły :
Legendarna Atlantyda
Kraków - miasto pamiątek
Smocza Jama
Na Dolnym Śląsku
Trzeźwa koncepcja rzeczywistości

Zacytuję tylko dwa ostatnie wpisy :

“Ta prastara piastowska kraina mieści w sobie mnóstwo zabytków, olbrzymią ilość drogocennych pamiątek przeszłości. W ruinach dziesiątków zamków wieki wypisały historię przeszłości, przedstawiły dzieje bohaterskich walk z Niemcami. Naajbliżej znajdują się poszczerbione mury Grodźca, ulubione miejsce wycieczek. Ocalały w nich nawet fragmenty płaskorzeźb, kominków, zatarte malowidła ścienne, rzeźbione drzwi i herby nad bramą wejściową.

/.../ Życie na wsi nie posiada zbyt wiele uroku i dużo jeszcze wody upłynie w pobliskiej Kwisie, nim wieś zbliży się do miasta. Modny slogan głosi, że trzeba ją samemu przeobrażać, jednak przewyższa to siły nielicznych samotnych zapaleńców. Wieś pozostaje wsią. Aby w niej czuć się dobrze, trzeba tu przeżyć dzieciństwo i młodość, a moje losy zawsze wiązały się z miastem. Może uda się mnie w przyszłości rozpocząć studia, a wówczas zostaną spełnione najskrytsze marzenia.”

Zadziwia mnie dzisiaj młodzieńczy optymizm w zestawieniu z dojrzałą ewolucją poglądów. Dzisiejszy świat widzę inaczej. To jednak już XXI wiek ... “





piątek, 20 lutego 2015

JUBILEUSZ RADIA I POWRÓT DO DZIECIŃSTWA - CZĘŚĆ I

“Wszystko co ma się z tobą stać - jest zapisane w Księdze Życia, a Wicher Wieczności na oślep przewraca jej kartki”. To cytat z Koranu, świętej księgi muzułmanów, który gdzieś znalazłem i zapamiętałem ze wzgłędu na poetycką formę zdania, a nie jego filozoficzną treść. Objawionej prawdy i głębi mądrości uniwersalnej szukam zresztą w chrześcijańskiej Ewangelii, która towarzyszy mnie w ostatnich latach trwania na ścieżce istnienia przy cichnącym szeleście przesypujących się w klepsydrze życia ziarenek piasku.Wasz piękny, radosny i dostojny jubileusz 90 - lecia istnienia Polskiego Radia splata się z moim, krótszym tylko o 10 lat życiorysem, którego bogactwa zdarzeń wystarczyłoby na wiele ludzkich biografii.

Urodziłem się w sercu Puszczy Białowieskiej, w głębi prastarej kniei, mojej wielkiej, pierwszej dziecięcej miłości. Był to rok 1935 i posterunek kolejki wąskotorowej w Skupowie, gdzie ojciec pełnił jednoosobowo różne funkcje związane ze sprawnym funkcjonowaniem transportu kolejowego wywożącego drewno z lasu do tartaku i fabryki suchej destylacji drewna w Hajnówce. To był prawdziwy raj na ziemi : powietrze gęste od zapachu kwiatów i wielobarwnych motyli, świergot ptaków, malwy zaglądające do okien baraku, żółto-czerwone nasturcje pielęgnowane przez matkę, zatrzęsienie jagód, grzybów i stosy najprzeróżniejszych darów lasu na wyciągnięcie ręki. Wiosną tuż za progiem błękitniały łany przylaszczek i białe zawilce, jesienią prowadził nas w głąb boru na grzybobranie olbrzymi, mądry i wierny pies o dziwnej nazwie Dunaj.Zawsze towarzyszył mi w tych wędrówkach młodszy o rok braciszek, pierwsza ofiara zbliżąjącej się okrutnej wojny. Ale to było później i w naszych kolorowych snach śniliśmy tylko o szczęśliwym, beztroskim dzieciństwie.

Grozę wojny zapowiedział straszliwy warkot lecących nisko nad puszczą niemieckich samolotów.Wtulaliśmy się z bratem w kłujące twarz trawy i kolczaste krzewy, bezbronni i przerażeni, bez pojęcia o grozie przyszłych wydarzeń. Rodzice odnaleźli nas w lesie, nie kryliśmy przerażenia i strachu, który już nas nie opuścił. Mieliśmy w domu radio kryształkowe, niedoskonałe, ciche i trzeszczące, ale rodzice spędzali przy nim długie wieczory rozświetlone naftową lampą. - Wojna ! - Ten przeklęty wyraz nic dla nas nie znaczył w tamtym czasie. Podświadomie wyczuwaliśmy ogromną zmianę w codziennym rodzinnym życiu : milczenie i smutek ojca, ukradkiem ocierane łzy matki. Coś pękło w domowej atmosferze, przyplątały się nieznane troski. Któregoś dnia pojawili się żandarmi w metalowych hełmach, raził uszy odgłos obcej mowy, próby rozmowy z nieznającymi języka niemieckiego rodzicami.Ci sami żandarmi za jakiś czas aresztują rodziców i przewiozą do siedziby gestapo w Białowieży. Na tortury i poniżenie.

Ale wcześniej któregoś słonecznego popołudnia zaskoczyła nas wizyta kilkunastu innych żołnierzy mówiących po rosyjsku. Skupili się przy ocembrowanej studni i pili wodę nalewaną z wiadra do wojskowych menażek. Jeden z nich z trudem sobie radził, a woda zabarwiona krwią wyciekała na zieloną drelichową bluzę. Miał przestrzelone gardło, jak wytłumaczył później ojciec.Poczęstowani chlebem z masłem i serem oraz mlekiem - znikli w głębi lasu. Nawet nie zapamiętałem jaką mieli broń. Rodzice w miarę swobodnie rozmawiali z nimi po rosyjsku, na moim rodzinnym Podlasiu mieszka do dziś wiele białoruskich rodzin w pokojowej koegzystencji i wielowiekowej przyjaźni z Polakami. W Hajnówce była nawet białoruska szkoła nr 2 /nie wiem, jak jest dzisiaj?/, wybudowano nawet imponującą cerkiew prawosławną /której nie widziałem, a szkoda/, mieszkałem jako licealista na stancji u białoruskiej rodziny, ale to tylko kilka faktów jakie pozostały utrwalone w pamięci. Ranny żołnierz prześladował mnie długo w koszmarnych snach. 

To było zaledwie preludium wojennej epopei.

Urodziłem się w złym czasie, jak twierdziła później matka. Rodzice byli patriotami z krwi i kości, ojczyzna stanowiła dla nich niepokalaną świętość prosto z ołtarza.Sądziliśmy, że przepastne bory skutecznie nas odgrodzą i ukryją przed okiem okupantów. Tak było przez kilka miesięcy. Nocą gościli cichociemni bojownicy podziemia, nieuchwytni partyzanci. Nigdy ich nie widzieliśmy z 6-letnim wówczas bratem, mieliśmy zakaz rozmów z obcymi ludźmi /za ścianą baraku żyła białoruska rodzina z dwiema starszymi o rok czy dwa córkami, towarzyszkami zabaw w krótkiej epoce dzieciństwa/. Kryształkowe radio zostało schowane gdzieś w puszczy, Niemcy wydali zakaz słuchania pod groźbą kary śmierci. Po wojnie już go nie odnalazłem, a byłaby to bezcenna pamiątka rodzinnych i patriotycznych więzi, dowód woli przetrwania straszliwej okupacji.

Gehenna powolnej śmierci na raty została zapoczątkowana latem 1942 roku najazdem współczesnych tamtym czasom hunnów w żołnierskich i policyjnych mundurach dzikiego w zachowaniu gestapo. Wdarli się do baraku, zdemolowali wszystkie meble i potencjalne schowki na broń, rozpruli poduszki i pierzyny, spalili w wielkim ognisku wykonane przez ojca drewniane etażerki z pni brzozowych, kilka książek przydatnych w uniwersalnym zawodzie kolejarza i kierownika ruchu pociągów wąskotorowych, zdemolowali kuchnię, połamali drewniane dziecięce łóżeczka - wrzucając ich resztki do ognia. Nie da się opisać naszego przerażenia z perspektywy doświadczeń 80 - letniego starca, którym dziś jestem. W oka mgnieniu znikł dorobek całego życia. Mogliśmy tylko płakać i bać się brutalnej siły, przemocy i nienawiści okupanta. Ojciec był malarskim utalentowanym samoukiem, malował piękne konie i puszczańskie żubry, obrazy zdobiły wnętrze baraku. Teraz ze złośliwą premedytacją gestapowcy wrzucali je do ognia. Prawie słyszałem ich przeraźliwy krzyk rozpaczy ….


Ale najgorsze było dopiero przed nami. Prześladowcy na szczęście nie znaleźli żadnej broni /nie wiem czy w ogóle była, bo w rozmowach z rodzicami był to temat tabu, zakazany ze względu na nasze dobro /?/. Dziś rozumiem ich postawę, ale też nie mam żadnej wiedzy na temat najokrutniejszych lat rodzinnej biografii zakończonej śmiercią brata i ojca, samotnością matki, moim sieroctwem i kalectwem, trudnym - chociaż bogatym w wydarzenia życiem, w którym najpiękniejszym darem losu i Stwórcy była wspaniała, niezapomniana żona. Ona przeżyła piekło wojny już w najgłębszym dzieciństwie po zamordowaniu rodziców przez ukraińskich bandytów na polskiej przecież Rzeszowszczyźnie.Nigdy nie wybaczyła tej zbrodni oprawcom - mimo swojego anielskiego charakteru i noszenia serca na dłoni. Nauczycielka z powołania i pasji, piękna kobieta, wzorowa i wzorcowa matka dwóch mądrych synów /inżynier elektronik i lekarz pediatra/, doczekała się jeszcze trojga wnucząt /informatyk wysokiej klasy pracujący w swoim zawodzie w Londynie,doktorant na angielskiej uczelni,wnuczka psycholog, druga - politolog/. Razem stworzyliśmy oazę szczęśliwości z myślą o dzieciach, które wystartowały w samodzielne dorosłe życie z lepszych o całe niebo pozycji. Moim marzeniem po wyzwoleniu było mieszkanie z podłogą ułożoną z parkietu i dużo książek na bibliotecznych półkach. Synowie wybudowali sobie piękne domy i dwa razy w roku wyjeżdżają na wczasy do ciepłych krajów.


Cóż - tempora mutantur et nos mutantur in illis. Jak mówili starożytni Rzymianie - czasy się zmieniają i my się zmieniamy wraz z nimi. Mój polny kwiat - błękitnooka Danusia odeszła młodo na drugą stronę życia. Nasz piękny Eden przekształcił się przed piętnastu laty w smutny, samotny erem. To tragiczne dziecko wojny mogło zapisać jeszcze wiele cudownych kart życia. Nie zapisze. Doczekałem się pierwszego prawnuka. Ogromna radość i szczęście. Ona tego nie doczekała. I gdzież tu sprawiedliwość, miłosierdzie? Nie chcę grzeszyć bolesnymi myślami. Moją ofiarą, wyrzeczeniem i uczczeniem pamięci pozostaje samotność w najtrudniejszym etapie biografii - w starości. Osiągnąłem wszystko, co może zdobyć człowiek wywodzący się z kasty pariasów - dyplomy dwóch wyższych uczelni, trzy różne zawody, prestiż i uznanie w lokalnym środowisku. Przyjażniłem się z wieloma sławnymi ludźmi, że wymienię tylko prof. dr Tibora Csorbę i jego żonę Helenę, Węgra z pochodzenia i Polaka z wyboru. Z nim występowałem w Waszej audycji “Muzyka i Aktualności” po utworzeniu w mojej szkole/ byłem jej dyrektorem przez 19 lat, aż do czasu przejścia na emeryturę/ galerii malarskiej /około 300 obrazów/ w galerii imienia wielkiego Mistrza i Przyjaciela/. Nie rozszerzam tematu, dziś zupełnie nie zależy mnie na splendorach, uznaniu, sławie - to wszystko przeminęło z wiatrem, ściślej - przeminęło z wiekiem. A przecież mógłbym się szczycić tym i głosić “wszem wobec”, że jestem jednym z 3 Honorowych Górników Zakładów Górniczych “Konrad"/kopalnia rudy miedzi-już zamknięta/, że mam złotą odznakę “Zasłużony Pracownik Morza”, że mam honorowy tytuł Technika Górniczego I stopnia Dolnośląskiego Zjednoczenia Przemysłu Węglowego w Wałbrzychu wraz z Honorową Szpadą Górniczą, że chlubię się “Orderem Uśmiechu” a nawet orderami - Krzyżem Kawalerskim i Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.Po zwiedzeniu “mojej” morskiej szkoły nr 8 w Bolesławcu Minister Obrony Narodowej admirał Piotr Kołodziejczyk przysłał rządowy samolot JAK-40 na wrocławskie lotnisko po 40-osobową delegację szkoły na spotkanie z dwoma ministrami w siedzibie MON w Warszawie/był obecny także prof.Henryk Samsonowicz kierujący resortem oświaty/. Na pokładzie ORP “Błyskawica” w Gdyni odbierałem Kord Marynarki Wojennej z wyrytą na klindze broni dedykacją dla “mojej” dawnej szkoły. Na temat biografii tej arcyciekawej szkoły swoją pracę magisterską obroniła niedawno była absolwentka tej placówki oświatowej, a dziś ucząca w rozbudowanym przeze mnie gmachu “Ósemki” gimnazjum. 

Wracam do grozy wojennej epopei. Wizyta hitlerowskich katów zakończyła się aresztem rodziców i przewiezieniem ich do Białowieży na tzw. przesłuchanie. Precyzyjnie - na wymuszenie biciem przyznania się do współpracy z partyzantami. O szczegółach nigdy nie opowiadali.Nie przyznali się też do kontaktów z ludźmi lasu. Wrócili po tygodniu zmaltretowani, posiniaczeni i wychudzeni, z wyrokiem : roboty przymusowe w Niemczech, bezterrminowe, a więc do samej śmierci. Nie dali się skusić na podpisanie volkslisty, która oznaczała współpracę z okupantem. Podziwiam ich determinację i odwagę, ich heroiczny patriotyzm.Decyzję - wyrok podpisał kat Białostocczyzny Erich Koch.

A nasze losy? Przestraszeni, rozdygotani, płaczący i zziębnięci zostaliśmy sami w lesie, w zrujnowanym baraku. Sąsiadka i jej córki przygarnęły nas na noc /jej męża zabrano wcześniej na przesłuchanie, po którym nie wrócił do rodziny szukając schronienia u krewnych na wsi/. Na kilka dni zabrał nas do siebie brat mamy, tam nas odnaleźli rodzice. Wróciliśmy znów do Skupowa, przygotowując się do podróży w nieznany świat. Mama szyła małe lniane woreczki na suchary z chleba, robiła duże zapasy w przewidywaniu głodu i długiej podróży. Miała rację : do Prus Wschodnich jechaliśmy w tzw,bydlęcych wagonach prawie dwa tygodnie. Dlaczego? Pierwszeństwo miały jadące na wschodni front wojskowe eszelony wypełnione czołgami, działami i tysiącami hałaśliwych żołnierzy. Nas zostawiano na bocznych torach. Pozwolono nam zabrać toboły z pościelą, trochę ubrań i jedzenia. Brakowało wody, sanitariatów,a potem i chleba. Małe dzieci płakały, gorączkowały, z trudem trwały w przymusowym bezruchu. Przystanek w szczerym polu pozwalał wyrwać się z odrętwienia. Na krótko.

To była moja pierwsza zagraniczna wyprawa. Był rok 1942. W tym samym - mniej więcej - czasie mój przyszły Mistrz i Wychowawca, Janusz Korczak, jechał w podobnych bydlęcych wagonach w ostatniej podróży swojego życia wraz z setkami sierot - wychowanków do komór gazowych obozu koncentracyjnego w Treblince. Podróż bez biletu, tylko w jedną stronę. Droga ku wieczności. Po wielu, wielu latach Karkonoskie Towarzystwo Naukowe uhonoruje mnie tytułem Nauczyciela - Korczakowca, który najpełniej w skali regionalnej wciela w życie szkolnej społeczności idee szkoły serca Starego Doktora, wielkiego Przyjaciela Dzieci.

Pominę opis podróży i pobytu na nieludzkiej, znienawidzonej ziemi niemieckiej, gdzie mieliśmy autentyczny status niewolników III Rzeszy.Pracowaliśmy - także dzieci - u bauera Dawida Penschucka w Schorningen - od świtu do nocy. Zimą zwoziliśmy z ojcem i bratem drzewo z pobliskiego lasu, piłowaliśmy je i rąbali ciężkimi siekierami, wiosną przebieraliśmy zakopcowane w polu ziemniaki, odrzucając zmarznięte, latem pasałem wielkie i krnąbrne konie pociągowe i plewiłem warzywniak. Zawsze byliśmy głodni, karmieni zupą z brukwi, lebiody albo pokrzywy, doprawioną do smaku solą, wzbogaconą czarnym chlebem podobno z dodatkiem trocin. O pachnących Polską sucharach mogliśmy tylko pomarzyć ...Wojenne marzenia nie spełniają się w realnym życiu. Tak jest - niestety - także dzisiaj.

poniedziałek, 9 lutego 2015

MORZE WRACA DO BOLESŁAWCA?

Z prawdziwą przyjemnością obejrzałem reportaż morski z “mojej” Szkoły Podstawowej Nr 4 w Bolesławcu przygotowany przez lokalną TV “Azart Sat”. To powtórka materiału sprzed wielu lat, starannie opracowanego i mieszczącego wiele zapomnianych wydarzeń. Zasługa Bogdana Mazurkiewicza, który jako redaktor popularnego medium “wygrzebuje” z kronikarskiej przeszłości fakty i epizody godne przypomnienia i zapamiętania, nie kryje zresztą swojego sentymentu dla wielkiej wody, jako profesjonalista i znawca przedmiotu.
Miałem tym większą satysfakcję, że to ja utworzyłem tutaj imponujące muzeum morskie, nawiązałem serdeczne kontakty z załogą statku - imiennika placówki oświatowej m/s “Jan Matejko” i w chwili największego rozkwitu zapoczątkowanej przeze mnie koncepcji wychowania morskiego na mozolnie zebrane eksponaty morskie przeznaczyłem 4 duże sale zdobione m.in. morskimi freskami. Wracam do telewizyjnej audycji ze względu na merytoryczną wartość kompleksowej oceny dokonań związanych z wielką pasją poznawczą dzieci i mozolnym tworzeniem modelu wychowania morskiego. Pomijam subiektywny punkt widzenia.



Zadrgała jednak gdzieś tam w głębi duszy nutka żalu, że siedząca dumnie na fotelu - niczym kapitan statku - pani nauczycielka ani razu nie wymieniła mojego nazwiska jako twórcy szkolnego muzeum morskiego i koncepcji wychowania morskiego. Reszta działań to już kontynuacja zapoczątkowanego dzieła. Nie wymieniam jej nazwiska, bo i po co? Jest mi po prostu przykro, dlatego - jeśli czas pozwoli - wrócę do tematu w szerszym komentarzu. Nie wszyscy fałszują historię, wdzięczna pamięć zostaje u dzieci. Oto fragment okolicznościowego wydawnictwa szkolnego z okazji obchodów 50-lecia placówki oświatowej pt.”Hasła, wiersze i wierszyki z uczniowskich serc płynące…” wydanego przez “Kuźnię Talentów” 30 maja 2009 r.- skan strony z dedykacją i wyeksponowanym zdaniem :


“Kochanemu Dyrektorowi, Panu Pawłowi Śliwko, bez którego nie byłoby naszej szkoły - wdzięczne dzieci z SP 4”.Cała strona ozdobiona autografami dzieci.

To wystarczy jako nagroda i obrona przed megalomanią. A redaktorowi Bogdanowi Mazurkiewiczowi kłaniam się nisko za nawiązanie do ciekawego tematu, który wzbogaca historię grodu nad Bobrem jako pierwszego “morskiego miasta w głębi lądu” i tego lauru nie da się wymazać z kronik.


Ale w maju minionego roku wydarzyło się coś jeszcze : nadanie imienia Krzysztofa Baranowskiego, Kapitana Żeglugi Wielkiej, żeglarza i pisarza - marynisty Gimnazjum Prywatnemu Nr 2 w Bolesławcu z inicjatywy dyrektora szkoły B. Czyżowicza, absolwenta “morskiej” “Ósemki”, pasjonata-żeglarza i pedagoga z krwi i kości zakochanego w morskim żywiole i jego ujarzmianiu. Może to stanowić nową kartę w dziejach grodu nad Bobrem i powrót do realizacji zagubionego już modelu edukacji morskiej, który narodził się w naszym mieście, doprowadził do ogłoszenia 1986 r. Rokiem Morskim w Szkolnictwie, doprowadził do pierwszej wizyty morskiej admiralicji w Bolesławcu czy powstania imponujących zasobami zbiorów oceanicznej fauny i flory oraz sztuki ludowej krajów nadmorskich wszystkich kontynentów w dwu szkołach, z którymi byłem związany jako dyrektor przez ponad 33 lata nauczycielskiej kariery.Przypomniano przy tej okazji, że to ja otwierałem bramy miasta dla wiatru od morza i bałtyckiej fali, by przeżyć wraz z wychowankami największą przygodę życia i pracy pedagogicznej. Napisałem na ten temat kilkadziesiąt artykułów w prasie regionalnej i ogólnopolskiej, zweryfikowałem empirycznie założenia nowatorskiej koncepcji edukacyjnej, ułatwiłem i przetarłem drogę ku morzu wielu młodym ludziom.


O bolesławieckim ewenemencie mówił z całą sympatią Kapitan K. Baranowski, telewizyjny reportaż red. Bogdana Mazurkiewicza przypomniał o tęsknocie młodych Polaków do podboju oceanów i królestwa Neptuna już w czasach przedwojennych i historycznej postaci związanego z morzem Mariusza Zaruskiego, a także o żeglarskich podróżach młodych bolesławieckich jungów. Przypomniał też o moim prekursorskim działaniu w tym zakresie od 50 lat. Wzruszyła mnie ta krótka opowieść o egzotyce tematu, z którym łączą mnie tak długie więzy. Zaskoczyły słowa młodego dyrektora gimnazjum,że było to z mojej strony działanie na takim poziomie, jakiego nie było w krajowych szkołach, że czerpie wzór z “Ósemki”, której już nie ma. Takimi kategoriami nie myślałem, a nadmiar pochwał po prostu mnie peszył. “W Bolesławcu morze było żywe i jest dobra atmosfera do aktywnego działania”- stwierdził gość z Wybrzeża.



Kapitan K. Baranowski zapowiedział budowę kolejnego żaglowca /był twórcą słynnej “Pogorii”/ w przeciągu dwu najbliższych lat i nazwanie go imieniem “morskiego” miasta “Bolesławiec” jako wyraz szacunku dla edukacji morskiej i dorobku pasjonatów - marynistów w lokalnym środowisku. Długo rozmawiałem z “wilkiem morskim”, którego wcześniej nie znałem. Poważny, odpowiedzialny za słowo, życzliwy ludziom, doświadczony, mądry człowiek, świetny gawędziarz, optymistyczny wizjoner. Tacy ludzie tworzą postęp.

Jestem przekonany, że może powstrzymać odpływ morza z grodu nad Bobrem. Wbrew chińskiemu przysłowiu :

“Samotny rybak nie powstrzyma przypływu morza /tsunami/. Swoim krzykiem może jednak ostrzec dzieci sąsiada”.

Zamiast krzyku wystarczy perswazja i entuzjazm hobbystów, a tych nie brakuje. Już mieliśmy statek - imiennik miasta. Kolej na następną jednostkę pływającą po morzach i oceanach pod biało-czerwoną banderą i dumną nazwą rodzinnego grodu.