wtorek, 25 sierpnia 2015

SKARBY Z LAMUSA - cz. 2.

W długoletniej korespondencji z ludźmi morza - wśród listów i pocztówek z całego świata - dominują maszynopisy wysyłane z miast portowych przez dowódców statków. Nierzadko bardzo osobiste, o wysokim poziomie kultury słowa, mieszczące garść refleksji o polskich sprawach widzianych z dalekiej perspektywy. Ci ludzie z certyfikatem fachowców najwyższej klasy - nie zajmowali się polityką w sensie dosłownym, za to nie szczędzili informacji o egzotyce przeżywanej na co dzień, spełniali rolę dydaktyków i wychowawców, świadomi byli bowiem misji szkoły w wychowaniu morskim młodzieży. Zawdzięczaliśmy im wyjątkowo dużo jako szkoła otwarta na świat realizująca autorską koncepcję innowacji pedagogicznej.

Cytuję fragmenty listu i kartki pocztowej oficera PLO Tadeusza Kędzierskiego pływającego na statku m/s “Władysław Orkan”.


Pekin, 30.04.1973 r.

Szanowny Panie !

Uprzejmie Panu dziękuję za list, który dopiero teraz otrzymałem, ponieważ żona wysłała mi go do Chin, jak również Pana wychowankom za przemiłe życzenia świąteczne. Korzystamy obecnie z okazji i przebywamy na wycieczce w Pekinie, skąd przesyłam Panu jak również Pana wychowankom gorące pozdrowienia i życzę owocnych wyników w pracy i nauce. Przepraszam, że tylko tyle piszę. Na list Pana odpiszę po powrocie z wycieczki.





Shanghai, 16.05.1973 r.

Szanowny Panie !

Uprzejmie Panu dziękuję za list, jak również za życzenia i kartki od Pana wychowanków z okazji Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku. Te przyjemne święta spędziłem we włoskim porcie Genora. Do kraju wróciłem w drugiej dekadzie stycznia. Krótki postój w Gdyni, obowiązki służbowe związane z remontem gwarancyjnym, sprawy rodzinne załatwiane w tak krótkim czasie nie pozwoliły mi odpowiedzieć na list Pana i kartki Pana wychowanków. Postanowiłem więc odpowiedzieć będąc już w trakcie nowego rejsu. Że robię to dopiero dziś - bardzo przepraszam.

Dziękuję również za zaproszenie do Bolesławca. Jeżeli będę w tym rejonie kraju - z wielką przyjemnością skorzystam z Pana zaproszenia. Kiedy Pan będzie w Trójmieście -również proszę mnie odwiedzić.

Obecnie pływam na statku m/s “Władysław Orkan” na linii chińskiej. Robię na tym statku drugi rejs półroczny. Po tym rejsie chcę zejść na urlop i wypocząć. Portów na tej linii mamy mało. W tym rejsie mieliśmy Las Palmas, Singapoore, Hoinkong i obecnie przebywamyw Shanghaju. W powrotnej drodze /wyjście około 25 bm./ mamy Singapoore, Casablankę, Hamburg i Gdynię. Spodziewamy się wrócić do kraju na początku sierpnia. Z ciekawostek w tym rejsie to zwiedzanie Pekinu, Chińskiego Muru i grobów Minghów. Reszta- to normalny szary, długi rejs.

Nawiązując do treści Pana listu - jest mi ogromnie przykro, że władze oświatowe mogły w ten sposób postąpić. No cóż - istnieje wiele hien w naszym społeczeństwie żerujących na ludzkim zapale, czyjejś twórczości i przywiązaniu do swojego zawodu. Odpowiem tylko na to - cóż to wszystko znaczy w porównaniu z satysfakcją i wdzięcznością młodych ludzi, którym daje Pan nie tylko wiedzę, ale też przykład jak należy podchodzić do wykonywania swoich obowiązków. Ten kapitał, którym Pan obdarza młode pokolenie już procentuje i będzie jeszcze więcej procentował, kiedy Pana wychowankowie staną przy warsztacie pracy. Proszę mi wierzyć, że wyrwany, a prawie skradziony Panu sukces i satysfakcja nie mogą być uważane przez Pana za porażkę, a tylko i wyłącznie za zwycięstwo. Zniszczyć i zaprzepaścić, zabrać komuś co stworzone - to bardzo łatwo. Gorzej jest coś samemu stworzyć i nie każdego na to stać. Jestem zupełnie pewien, że w nowej szkole, którą obecnie Pan kieruje, zostanie stworzony podobny obiekt. Sądzę, że my wszyscy, z którymi Pan utrzymuje kontakt - na pewno pomożemy.

Na tym zakończę, życząc Panu sukcesów w życiu osobistym i w pracy zawodowej oraz mile pozdrawiam -

Tadeusz Kędzierski

PS. Przesyłam również pozdrowienia dla Pana wychowanków, życząc im dobrych ocen na świadectwach i przyjemnych wakacji. Do listu załączam 6 małych fotografii obrazujących chiński mur.



Krótki komentarz. Stare porzekadło głosi, że prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie. Nowa szkoła to była wielka pustynia, na którą wyrzucono mnie bez powodu, bezdusznie i bez prawa do apelacji. Wszystko trzeba było zaczynać od nowa. Jeśli powstało dzieło jeszcze piękniejsze i bardziej spójne niż moja poprzednia placówka oświatowa - dużo w tym zasługi marynarskiej braci, ludzi morza, których ceniłem i kochałem.

To byli prawdziwi, niezawodni przyjaciele.


Ateny, 7. 02. 1972

Stoimy obecnie w porcie Pireus. Korzystając z wolnego czasu zwiedziłem Ateny, skąd wysyłam tę widokówkę. Przedstawia ona Akropol od strony stadionu olimpijskiego.

Przesyłam Panu, całemu Gronu Nauczycielskiemu i Wychowankom serdeczne pozdrowienia. 
T. Kędzierski





Najszczersze i najserdeczniejsze życzenia przesyłają jednak dzieci. Niech zostanie po nich trwały ślad w blogu.

“Moc pozdrowień dla ukochanego P. dyrektora zasyła Katarzyna Kaczmarek”.

Dziś już nie pamiętam twarzy dziewczynki /dziś zapewne dojrzałej kobiety i matki własnych dzieci/ , ale to wyznanie wzrusza i otwiera długi zestaw ciepłych radosnych wspomnień. Warto było oddać dzieciom serce : umiały się hojnie odpłacić empatią, uśmiechem, błahą gawędą, ofiarowanym po wycieczce polnym kwiatem. Klasyk - polityk, nie pedagog, powiedział kiedyś mądre zdanie :

“Nie ma piękniejszego zawodu, niż zawód nauczyciela, który rozumie swoje powołanie”.

Dlatego całe życie poświęciłem pracy z dziećmi i dla dzieci, przekształcając dwie szkoły nadbobrzańskiego grodu w kolorowe pałace i patriotyczne sanktuaria. I nie ma żadnego znaczenia fakt, że w opozycji pozostawały wobec moich działań lokalne władze oświatowe i partyjne. Przyjaciół miałem w całym świecie, dlatego wytrwałem do końca w realizacji chlubnej misji. Zawsze mogłem liczyć także na mądre, niezawodne w społecznym działaniu dzieci. I to są najpiękniejsze, najbardziej wartościowe i cenne wspomnienia, które wyciągam uparcie z lamusa. Żałuję, że mam coraz mniej czasu na ich upublicznienie. Że po prostu nie zdążę.


Prezentuję kolejny list - tym razem w języku angielskim, który otrzymałem od Polaka mieszkającego w Australii. Pismo dostarczył mnie Kapitan statku patronackiego m/s “Pekin”. Ciśnie się uparte stwierdzenie, że nasi rodacy - dumna z kraju pochodzenia Polonia - powoli zatraca znajomość ojczystego języka, chociaż ich serca biją nadal po polsku …


Reklamowa pocztówka z wizerunkiem pięknego statku PLO z serii poetyckiej - m/s “K. I. Gałczyński” i odręczna, chociaż urzędowa korespondencja pełnomocnika armatora d/s patronackich mgr Ryszarda Kulczewskiego. Poznałem go jeszcze na pokładzie m/s “Jan Matejko”, potem przyjaźniliśmy się przez kilkanaście lat, kiedy kierowałem szkołą Nr 8. 

“Serdecznie dziękuję Panu za przesłane życzenia z okazji Dni Morza, a za pośrednictwem Pana całej Radzie Pedagogicznej i Dyrekcji Szkoły.

PS. Uprzejmie zapraszam przedstawicieli szkoły do odwiedzenia Polskich Linii Oceanicznych, a wówczas przygotujemy zwiedzanie statku.”

Ryszard Kulczewski

Gdynia, 1.VII.1974

Kolejne kartki pocztowe.

“Serdecznie Panu dziękuję za miłą pamiątkę z naszego pobytu w Bolesławcu. Obiecuje, że mój kontakt z “Ósemką” będę utrzymywał i na kolejnych moich statkach. Serdeczne ukłony dla Pańskiej Małżonki, Pana oraz znajomych.”

Zenon Bogucki

Gdynia, 11.7.1974




“Szanowny Panie !

Serdecznie dziękuję za miłą przesyłkę z prawdziwymi słowami, które sprawiły mnie i moim kolegom wielką przyjemność. Często nie bliscy, a zupełnie obcy ludzie umieją sprawić chwilę prawdziwego przeżycia. Wiele pozdrowień dla Pana oraz pomyślności w Nowym Roku.” 
R. Kozłowski
Casablanca, 27. o1. 1975




“Szanowny Panie Dyrektorze,

Bardzo dziękuję za kartkę i zdjęcia. Zadowolony jestem, że młodzież tej szkoły mnie tak bardzo polubiła. Ja również mile wspominam spędzone chwile w Waszym gronie.

Przesyłam monetę z Getta Łódzkiego. Jak również przesyłam pozdrowienia dla Pana wraz z Małżonką, dla grona pedagogicznego i młodzieży”.

Teodor Pałyzga

Gdańsk, 10. 09. 1974



“Drogi Panie Dyrektorze !

Serdecznie dziękuję za miłą kartkę i pozdrowienia. Napewno zjawimy się w Ustce żeby Was zobaczyć ! Dziękujemy za notatkę prasową. Nasze zdjęcia / Andrzeja / udane, oglądaliśmy próbki, przywieziemy do Ustki. Do kartki dołączam koperty z okolicznościowymi pieczątkami dla Pana Kasprzyckiego. Na razie tyle.

Adresy : Zenon Borek, Gdynia / … /

Teodor Pałyzga, Gdańsk / … /

Przepraszam, że piszę z opóźnieniem, ale byłem kilka dni w Warszawie na rodzinnym zjeździe.

Serdecznie pozdrawiamy przemiłą Żonę i ściskamy Pańską dłoń.”

Tadeusz Kalicki

01.07.1974 Gdańsk


wtorek, 11 sierpnia 2015

SKARBY Z LAMUSA -cz. I

Korespondencja kryje w sobie ogrom wiedzy merytorycznej, ale też zdradza charakterystyczne rysy dotyczące osobowości piszącego, stanowi trwały odcisk swoistych linii papilarnych. Ma rangę dokumentu, potwierdza istnienie między ludźmi empatii, zażyłości, przyjaźni, otwiera szerokie horyzonty dla wymiany poglądów. Dziś wyrażamy swe myśli krótko i lapidarnie, nagubiły się manuskrypty,pośrednikiem międzyludzkich kontaktów stał się uniwersalny komputer, fotografia zastępuje słowo. Cóż - czasy dię zmieniają, obowiązuje prawo postępu.



Mam przebogatą kolekcję listów i pocztówek otrzymanych z wielu zakątków kuli ziemskiej, najczęściej pisanych przez marynarzy, ale także przez przedstawicieli Polonii zagranicznej urzeczonej polskim patriotyzmem nietypowej szkoły z Bolesławca. W ślad za tym wędrowały eksponaty do muzeum morskiego, przyjeżdżali też ofiarodawcy, np. ksiądz z Kanady czy wojskowi spod znaku ONZ z Bliskiego Wschodu. Oznaczało to szerokie otwarcie szkoły na świat i coraz szerszy krąg dziecięcych i młodzieżowych zainteresowań, nowe kontakty i znajomości, skuteczną efektywność pracy wychowawczej. Nauka stawała się wielką przygodą, a szkoła unikatowym uniwersytetem odkrywającym nieznane zakamarki globu, który dziś nazywamy globalną wioską. Uczniowie wysyłali nie setki, a tysiące listów, których treści nie znam /szanowaliśmy ich prawo do intymności, darzyliśmy pełnym zaufaniem, nie obowiązywała cenzura, a sposób działania był prosty i przejrzysty : informacja na cotygodniowym apelu o korespondencji z któregoś z patronackich statków, umieszczenie listu od marynarzy w gazetce ściennej na korytarzu pierwszego piętra, wyznaczenie daty wysłania zbiorczej korespondencji na adres rezydenta armatora w zagranicznym porcie lub odrębne indywidualne wysłanie listów przez zainteresowanych uczniów/. Ta forma kontaktów w pełni zdawała egzamin.



Zacytuje jedynie kilkanaście listów w całości lub we fragmentach, bo wszystkich po prostu nie da się zmieścić w blogu czy wydawnictwie z uwagi na ich mnogość. Przypominam, że dotyczy to epoki przedkomputerowej, ale zagubiły się na stałe manuskrypty. Królowały maszynopisy, kilka z nich załączam po zeskanowaniu, co potwierdza ich autentyczność.


Korespondencja z egzotycznym łowcą piranii z Wenezueli /Ameryka Południowa/, który przekazał szkole pięknie spreparowane okazy fauny, w tym drapieżne piranie, żółwie i małego krokodyla. 

Caracas, 27 sierpnia 1969 r.

Szanowny Panie Kierowniku !

Przepraszam za tak długie milczenie i jednocześnie dziękuję za pamięć i ostatnią pocztówkę. W związku ze zbliżającym się początkiem nowego roku szkolnego przesyłam dla wszystkich, zarówno grona nauczycielskiego z Panem na czele, jak i wychowanków szkoły, najserdeczniejsze życzenia powodzenia w pracy i nauce.

Ja osobiście planowałem w tym roku spędzenie paru miesięcy u nas w Kraju, niestety jak do tej pory nic z tego nie wyszło. W obecnej fazie moich czynności zawodowych trudno mi było oddalić się z Wenezueli na dłuższy okres czasu, a krótko

terminowe wakacje nie opłacają mi się ze względu na szalenie wysoki koszt przelotu z Ameryki Południowej do Polski. Nie wiem jeszcze czy nie uda mi się “wyskoczyć” na parę miesięcy w okresie świąt Bożego Narodzenia , ale raczej wolałbym odłożyć przyjazd do wiosny - mówiąc szczerze - obawiam się trochę gwałtownej zmiany temperatury w okresie zimowym.

Praca moja tutaj płynie normalnym trybem. Obecnie jest u nas tutaj pora dżdżysta, a więc stale deszcze, powodzie, co bardzo utrudnia mnie połów i suszenie ryb. Praktycznie o tej porze roku w Interiorze poruszać się można wyłącznie drogą wodną. Ostatnio pojawił się w miesięczniku “Kontynenty” /wydanie lipcowe/ reportaż na temat połowu i preparowania piranii. Jest bardzo dobrze napisany i zgodnie z prawdą, tak że polecam go wszystkim, których ten temat mógłby interesować. Zawiera on dokładne szczegóły zwyczajów i życia piranii, stosunkowo mało znanych, a więc i bardzo rzadko dostępnych w literaturze naukowej.

W okresie mojego następnego pobytu w Kraju chciałbym zwiedzić niektóre obszary Ziem Zachodnich, specjalnie stron górzystych, tak że może losy mnie rzucą gdzieś w okolice Bolesławca. Naturalnie pragnąłbym bardzo Pana poznać osobiście i zwiedzić szkołę, o ile naturalnie ten okres nie zbiegnie się z wakcjami, kiedy z pewnością jest ona zamknięta.

Pozdrawiam Pana serdecznie wraz z gronem nauczycielskim i młodzieżą i łączę wyrazy głębokiego szacunku.

Z. Milko


Jeszcze raz wracam do odręcznego manuskryptu dra Bronisława Miazgowskiego, którego imię nosiło Muzeum Morskie bolesławieckiej Tysiąclatki z numerem 8 w herbowej tarczy. Tym razem list został wysłany z Warszawy i napisany czytelnym, starannym pismem. To prawdziwa perła w moich zbiorach.


Warszawa, 28. vii. 75

Nowolipki 24 m 88

Szanowny i Drogi Panie,

Jestem w Polsce już od 22 VI, byłem m.in. 3 dni we Wrocławiu w ramach spotkania polonijnego, ale nie było czasu na skontaktowanie się z Panem. Jestem wciąż bardzo zajęty, likwiduję ostatnie swoje polskie sprawy /bibliotekę przede wszystkim/, ale - jak zapowiedziałem - gotów jestem przyjechać na 2 - 3 dni do Bolesławca. Przyjechałbym 29 sierpnia po południu lub wieczorem /chyba samolotem do Wrocławia, bo to mniej męczące, zostałbym w Bolesławcu przez sobotę i niedzielę. Wtedy dzieci będą wolne, dorośli też. jeżeli zorganizuje Pan z nimi spotkanie. Ale przyjadę przede wszystkim do dzieci i do Pana. Proszę o informację, jak się jedzie z Wrocławia do Bolesławca, czy to daleko, jaka komunikacja? Pociąg, autobus?

Jak Pan sobie wyobraża mój pobyt w Bolesławcu? Oprócz rozmowy mogę im przeczytać trochę prozy i kilka wierszy./Dr B. Miazgowski miał swój znaczący dorobek literacki - przypisek PS/.Gdyby było spotkanie autorskie z dorosłymi - mogę im przeczytać trochę prozy, jeżeli zechcą - to i wiersze, ewentualnie - jeżeli ich to zainteresuje - opowiedzieć o Instytucie. Oczekuję Pańskich propozycji.

Może jest Pan na urlopie i list ten będzie na Pana długo czekał. W razie konieczności proszę wysłać telegramem / … / czy i kiedy mam przyjechać? To jedyna okazja, bo jest to zapewne mój ostatni pobyt w Polsce. 

Łączę pozdrowienia i uścisk dłoni
dr B. Miazgowski


wtorek, 21 lipca 2015

WIELKA MISJA STEFANII TAJCHER


Kiedy tak tańczymy swój chocholi taniec na żywym wciąż jeszcze ciele Rzeczypospolitej - w imię potrzeb patriotycznej i obywatelskiej edukacji młodego pokolenia Polaków warto sięgnąć do przeszłości, przypomnieć lata pionierskie. Może narodzi to choćby u niektórych spośród nas refleksje o twórczym sensie pracy, codziennym znoju, o potrzebie działania praktycznego - zamiast taniego gadulstwa i narzekania na rozkojarzoną codzienność.

Brakuje nam nierzadko wyobraźni, by uwierzyć w prawdy czasu minionego, w fakty zaczerpnięte z ojczystych dziejów, tych oddalonych zaledwie o 70 lat. Zaledwie - czy może aż o 70 lat, które wielu chciałoby odłożyć do lamusa, wykreślić z historii jako lata stracone.

Polskie życie na ówczesnych Ziemiach Odzyskanych rodziło się z surrealistycznego pejzażu, z ruin, zgliszcz, niebytu narodowego, na świeżych żołnierskich mogiłach radzieckich i polskich bohaterów wojny. Później była już tylko praca, szara i zwyczajna, satysfakcjonująca lub niedoceniona, organiczna, mrówcza praca ponad siły pokolenia pionierów, które już odeszło i wykrusza się zgodnie z obiektywnym prawem przemijania. Nie było pogardy dla pracy, bo to niegodne człowieka uczciwego, patrioty i obywatela. Był czas tworzenia i drobnych zwycięstw, drobnych radości, budowania polskich rodzinnych gniazd w morzu wrogiej niemczyzny. Strzały zza węgła - już coraz rzadsze : w okolicach Bolesławca grasowały bandy “Werhwolfu”. Do dziś cmentarne krzyże znaczą mogiły naszych żołnierzy i cywilów, którzy zginęli z wyroku hitlerowskiego podziemia - już po wojnie, wśród nich takze burmistrz grodu nad Bobrem Bolesław Kubik. Takie są korzenie Dolnoślązaków, także młodych mieszkańców Bolesławca z kolejnej generacji czasu pokoju. 


1 września zasiądą znów w szkolnych ławach najmłodsi z podstawówek, gimnazjaliści, adepci przyszłych profesji ze szkół zawodowych. W odnowionych szkołach, w radosnej gromadzie, bo to przecież przywilej i prawo młodości, w życzliwym kręgu zatroskanych nauczycieli. Może warto sięgnąć w tym dniu myślą do przeszłości, oddać głos pionierom, nauczyć się od nich pasji tworzenia, działań autentycznie społecznych i obywatelskich. Nauczyć się czynu bez otoczki wielkich słów. Pracy bez werbalnego patosu. Budowania pro publico bono …


… Bezcenny, pożółkły tom kroniki najstarszej bolesławieckiej szkoły, popularnej “jedynki”, zapisany pięknym, starannym pismem pierwszej po wojnie i najstarszej nauczycielki STEFANII TAJCHER, która do grodu nad Bobrem trafiła prosto z obozu koncentracyjnego kobiet w Ravensbru”ck /numer ewidencyjny 7906 /. Zmarła przed kilkunastoma laty - nie doczekała się wielkich splendorów i odznaczeń. Te ostatnie otrzymała z inicjatywy organizacji ZBoWiD u schyłku życia, stroniąc od polityki i jej zawirowań ideologicznych. Nie ma do dziś ulicy swojego imienia, o co występowałem jako radny ostatniej kadencji. Pracowała z poświęceniem i pasją, bezinteresownie, za psie pieniądze, bo nauczyciele nigdy nie byli finansowo uprzywilejowani, a przecież była szczęśliwa, co zawsze podkreślała w spotkaniach z młodzieżą. Dumnie i z honorem pełniła swoją życiową misję pedagogiczną, w samotności, otoczona książkami i autentyczną miłością dzieci, swoich wychowanków. Bo szczęście tkwi wewnątrz człowieka, a nie poza nim, jak głoszą dziś demagogicznie legiony pseudoznawców przedmiotu. Być bogatym wewnętrznie, hojnie dawać innym, a nie wyciągać dłonie po cudze, być godnym i niezależnym w sądach filozofem, a nie żebrakiem oczekującym na jałmużnę, rozdzielać uśmiech, pogodę życia, emanować wiedzą, uczyć szacunku dla innego człowieka, tolerancji dla jego odrębności - to skrót życiowego credo pedagoga z krwi i kości, Zasłużonego Nauczyciela PRL, Stefanii Tajcher.


Czytamy we wstępie kroniki szkolnej bolesławieckiej “jedynki” uwagi i opinie pierwszej polskiej nauczycielki pod datą 5 października 1945 roku:


“Zawierucha wojny światowej, jaką rozpętał Adolf Hitler w roku 1939 - pociągnęła za sobą miliony ofiar z całej Europy, najwięcej jednak z Polski. Hitleryzm wzniecił wśród narodów nienawiść rasową i narodowościową, jakiej dotychczas historia świata nie zna. Hitleryzm w pierwszym rzędzie chciał wytępić narody słowiańskie, a szczególnie naród polski. /… / Niemcy bez wypowiedzenia wojny uderzyli na naszą Ojczyznę. Pracowałam wówczas w powiecie lubelskim. Germanie, którzy szerzyli zachodnią kulturę, zaczęli w pierwszym rzędzie redukować nauczycieli i otwierać szkółki o 2 - 3 nauczycielach. Dnia 1 stycznia 1940 r. też zostałam zwolniona z pracy. Zostałam bez środków do życia. Zaczęłam więc uczyć dzieci tajnie po domach, aby mieć kawałek chleba.


/ … / 9 maja 1941 roku zostałam aresztowana przez gestapo i wywieziona do więzienia w Lublinie. Straszne uczucie ogarnia człowieka przy wejściu do więzienia. Zatrzaśnięcie i zamknięcie drzwi przez dozorców - yo jakby przejście przez wrota piekielne. Musi mieć człowiek dużo hartu ducha, żeby się nie załamać. 19 maja zabrano mnie do gestapo celem przesłuchania.Straszne to było przesłuchanie. Skuto mnie w kajdany, nogi związano grubą liną, położono na stół, a wówczas pięciu gestapowców poczęło mnie bić. Kiedy zaczęłam krzyczeć, zakneblowali usta swetrem, / … /. Przesłuchanie trwało od godz.5 do 7.


Byłam zbita i cała czarna. Zaprowadzili mnie do celi, gdzie trzęsłam się z temperatury i bólu. Obecne tu więźniarki owinęły mnie mokrym prześcieradłem i tak się zdrzemnęłam. O godz. 9 wieczorem gestapowcy zabrali mnie znów na zamek. Po przebudzeniu zaczęłam bez przerwy mdleć - nie można mnie było ocucić. Trwało to dosć długo, gdy trochę oprzytomniałam - nieco mnie ubrano i samochodem wróciłam do więzienia.”


To była wierna inwokacja do przyszłych losów więźniarki obozu koncentracyjnego w Niemczech, nauczycielki tajnego nauczania, Stefanii Taicher. Darujmy sobie opis obozowej makabry z psami w tle, długie miesiące i lata agonii, poniżenia i upodlenia wyrwane bolesne karty z życiorysu młodej kobiety. Opisała je oszczędnie, przejmująco, nie czyniąc z osobistej tragedii tytułu do chwały i bohaterstwa. - Zwyczajny polski los - powtarzała uparcie słuchaczom. - Nie byłam bohaterką, ale niewolnicą III Rzeszy. Trwałam, by żyć dla innych, by jeszcze być potrzebną, zachłysnąć się wolnością, mieć ludzkie prawa. Nie wierzyłam, że zło może zatriumfować nad światem, niszczyć ludzi, wykorzenić w nich dobre uczucia. Czasem się załamywałam, jak każdy człowiek …


We wrześniu 1945 roku przybywa do zrujnowanego Bolesławca.


“W miejscowości tej nie było ani władz szkolnych, ani szkół. Tymczasowo zaczęłam pracować w Starostwie, myśląc jednak o zorganizowaniu szkoły. / … / Udałam się do Lignicy / ówczesna nazwa Legnicy - PS/, otrzymałam pełnomocnictwa Inspektora Szkolnego / … / Dano ogłoszenie do publiczności, zapisy zostały przeprowadzone. Ogółem zgłosiło się 58 dzieci. / … / W dniu 1 października 1945 r. odbyło się uroczyste nabożeństwo i otwarcie pierwszej polskiej szkoły. Na otwarciu obecni byli : zastępca Starosty ob. Wiśniewski, burmistrz ob. Mieczysław Żojdź, przedstawiciele partii i wielu innych gości. / … / I tak dzień ten będzie zapisany w Bolesławcu złotymi literami. / … / W pierwszych dniach uczyłam sama, po kilku dniach zgłosiła się druga nauczycielka - Eugenia Trzaskowska.


15 października 1945 r. Wobec tego, że liczba dzieci zwiększyła się z 58 do 95 - przybyła trzecia nauczycielka - Maria Rożenkówna. Powstało 6 klas. Nauka odbywała się na dwie zmiany”.

Oderwijmy się na chwilę od kronikarskich zapisków. Syntetycznych i prawdziwych w każdym calu, ale przecież nie malujących pełnego obrazu panoramy lat pionierskich. W innych relacjach ta sama nauczycielka opowiada o kilku miesiącach pracy bez wynagrodzenia. O skromnym menu jedynej jadłodajni / zupa ziemniaczana, placki ziemniaczane, rzadziej - konserwy wojskowe, niedostatek chleba/, o braku światła w mieście, o przeciekających dachach zimnych mieszkań, zabezpieczanych dyktą oknach,stosach gruzu na zasypanych ulicach wokół spalonych kamienic Rynku.


Nie zanotowała - przez wrodzoną skromność - opisu własnych wędrówek w głąb ruin w poszukiwaniu sprzętu szkolnego. W rumowisku wyszukiwała drewniane ławki i połamane najczęściej stoły, zabierała wykorzystane tylko jednostronnie kartki biurowych papierów, które zastępowały później uczniom zeszyty, malowała farbą prosto na odrapanych ścianach prowizoryczne czarne prostokąty tablic szkolnych do pisania na nich kredą, co nie zawsze kończyło się sukcesem : po gładkiej płaszczyźnie ściany kreda ślizgała się i łamała. Zastępowała ją w końcu glinka ceramiczna moczona w wodzie.Wykonywała z drutu i drewienek prymitywne cyrkle i inne “pomoce naukowe” służące na co dzień dzieciom siedzących w zimnych pomieszczeniach w płaszczach, szalikach, znoszonych butach, a nierzadko w czapkach na głowie..


To się nie mieści w wyobraźni współczesnego młodego Polaka, a przecież jest najprawdziwszą prawdą. Kto dziś pamięta o rysikach, którymi pisało się po twardych tabliczkach, o wiecznych kłopotach ze stalówkami, które zawsze pozostawiały atramentowe kleksy? Kto pamięta o pokoleniu “przerośniętych” nastolatków, którzy przez okres okupacji nie mogli uczęszczać do szkoły? Nierzadko w pierwszej klasie zasiadały obok siebie dzieci 7-letnie i młodzież 12-13-letnia, zaczynając wspólną naukę abecadła. Wieczorami w tych samych zimnych izbach lekcyjnych zasiadali dorośli-analfabeci, mozolnie kreśląc spracowanymi, sękatymi dłońmi koślawe litery w zeszytach o podwójnych liniach i kiepskim gatunku papieru. Taki zeszyt to był prawdziwy rarytas …


Czy życie lat pionierskich było smutne, szare i pozbawione pozytywnych doznań? Nic podobnego : było po prostu inne, trudniejsze, obciążone wojenną traumą, bardziej odpowiedzialne, ale przecież nie pozbawione ludzkiej radości, wzruszeń, wielkich uczuć, twórczej pasji. Nie brakowało wspaniałych ludzi - humanistów, patriotów, godnych szacunku obywateli. Nie brakowało wydarzeń w wymiarze historycznym, w których wszyscy uczestniczyli świadomie, z porywu serca, przeżywając ich smak i znając ich rangę.


Jaka więc była szkolna rzeczywistość w twardych ramach realiów dnia codziennego, powszechnego niedostatku, trudu tworzenia od podstaw, startu z punktu zerowego? Wbrew pozorom - kolorowa, wielopłaszczyznowa, entuzjastyczna. To nie tania demagogia, ani nie sterowana propaganda. Sam należę do pokolenia dzieci wojny, które przeżyło piekło robót przymusowych w Prusach Wschodnich - ponad 3 lata głodu, chłodu, pracy ponad siły rachitycznego nastolatka, permanentnego chorowania , śmierci bliskich, własnego kalectwa. Witałem wolność i wyrwanie się z niemieckiej niewoli jako 10 - letni analfabeta bez ojca, brata i domu na rodzinnym Podlasiu. A jednak chciałem żyć nawet w otchłani biedy - już w Polsce, mojej wytęsknionej na barakowej pryczy Ojczyźnie. To była jedna z najszczęśliwszych chwil mojego długiego, bo 80 - letniego życia. Taką euforię ciepłych uczuć przeżywała zapewne pierwsza polska nauczycielka w Bolesławcu pani Stefania Tajcher. Niech przemówią cytaty ze szkolnej kroniki - jej autorstwa, obiektywne i lapidarne w swojej treści.


“2 listopada 1945 r. Na dzień Wszystkich Świętych dzieci zupełnie samorzutnie zaproponowały, aby uczcić pamięć poległych i umęczonych za Ojczyznę. Wykonały trzy piękne wieńce ozdobione biało - czerwonymi wstęgami z odpowiednimi napisami. Wszystkie dzieci z gronem nauczycielskim udały się do kościoła, a stamtąd z procesją i licznie zebranymi ludźmi na cmentarz. Wieńce złożono pod Krzyżem Poległych za Ojczyznę.


6 grudnia 1945 r. Wobec tego, że był to czas przedświąteczny, a na tych ziemiach po raz pierwszy polska szkoła powstała, dziatwa szkolna urządziła tradycyjnego Mikołaja. Odegrano sztuczkę, która wedle orzeczenia publiczności wypadła imponująco. Dzieci obdarzono słodyczami, do których zdobycia przyczyniły się partie polityczne, a przede wszystkim PPR oraz społeczeństwo. Wstęp był za drobnymi datkami. Dochód wynosił 2351 zł i przeznaczony został na cele szkoły.

7 grudnia 1945 r. W grudniu liczba dzieci wynosiła 145 i przyszła czwarta nauczycielka Olga Zyzoniowa. Szkoła przeniosła się do drugiego gmachu, gdyż w poprzednim było zimno. Było centralne ogrzewanie za pomocą gazu, ale gazownia nie była czynna.

10 grudnia 1945 r. Przy szkole założona została drużyna harcerska im. Królowej Jadwigi dnia 1 listopada 1945 r.”


To ostatni grudniowy zapis. Rok 1946 zostaje ogłoszony Rokiem Kościuszkowskim, temu faktowi poświęcono akademię. Potem dowiadujemy się o piątej zatrudnionej nauczycielce Marii Markowskiej, powstają aż dwie pierwsze klasy / 60 dzieci /, a w kwietniu liczba uczniów przekracza 200. Do pracy zgłasza się szósty w kolejności nauczyciel - Bronisław Mazur. Budynek ma już 9 sal lekcyjnych, z tego jedną rezerwową z braku sprzętu. W kwietniu 1946 r. dzieci szkolne wręczają kwiaty żołnierzom sztafety biegnącej ze Śląska do Gdyni.

Potem wydarzenia zagęszczają się. Charakterystyczny jest opis pod datą 5 kwietnia 1946 r. “Oczekiwany przyjazd Polaków z Jugosławii jeszcze w styczniu br.- /transport/ przybył dnia 5 kwietnia 1946 r. Dzieci szkolne zebrały się na stacji kolejowej z chorągiewkami, z kwiatami, żeby ich przywitać na prastarych ziemiach polskich. PUR / Państwowy Urząd Repatriacyjny - przypisek PS / wręczył dzieciom naszym cukierki, celem rozdania dzieciom polskim z Jugosławii.”


Wzruszający i jakże symboliczny to fakt z powojennej historii Bolesławca. Nie wspomina kronika szkolna o innym głęboko patriotycznym akcencie - symbolu : kiedy długi transport kolejowych wagonów zatrzymał się przed częściowo zburzonym dworcem kolejowym, dziewczyna z dalekich gór Bośni, która pierwsza wysiadła - z szacunkiem przyklękła i ucałowała ziemię, która stała się nową ojcowizną.

Ta ziemia zaczęła rodzić nowy chleb. Dla zwartej grupy około 18 tysięcy reemigrantów stawała się odzyskaną w trzecim pokoleniu Ojczyzną. Boleśnie doświadczeni wojną, solidarni w obcym narodowościowo żywiole, stawali się pełnoprawnymi obywatelami nowej, odzyskanej Polski.


Warto te fakty przypomnieć młodym zasiadającym w szkolnej ławie. Bolesławieckie szkoły uczciły pamięć pionierów obeliskami i pomnikami, a także wydaniem książkowych wspomnień dziadków i rodziców zasłużonych dla środowiska lokalnego. To piękna forma trwałej pamięci, szacunku i hołdu. Bo przecież mimo upływu niewielu dziesięcioleci - to już historia, która ma uczyć i wychowywać młode pokolenia Polaków. Taki jest najgłębszy sens działań pedagogicznych każdej współczesnej szkoły, co przekazała potomnym w swoim niepisanym testamencie zasłużona nauczycielka Stefania Tajcher.
Paweł Śliwko


PS. Aż trudno w to uwierzyć, ale jednoosobowym organizatorem bolesławieckiej oświaty w najtrudniejszym powojennym czasie była nauczycielka po przejściach w niemieckim obozie zagłady dla kobiet w Ravensbruck. W artykule inaugurującym tworzenie Galerii Dolnoślązaków przeczytałem o zasługach innego mieszkańca Bolesławca, Adama Kowalskiego, którego znałem osobiście. Zacny człowiek, skromny, cierpliwy, wielki miłośnik i znawca czasomierzy. Ale trudno porównywać jego zasługi z dziełem wspaniałej nauczycielki, organizatorki bolesławieckiego szkolnictwa, która serce i życie ofiarowała dzieciom i wielkiej misji edukacyjnej, Cieszyła się w swojej prywatnej samotności olbrzymim autorytetem, dla wychowanków była przyjacielem, guru i ostateczną wyrocznią, przewodnikiem po meandrach skomplikowanej rzeczywistości, trudnego zdewastowanego wojną świata. Umknęła śmierci, ale obozowa martyrologia wyeksponowała jej wewnętrzne cechy - dobroć, miłość, solidaryzm społeczny, gotowość pomocy i zrozumienie dla drugiego człowieka. Była w trudnym i pięknym zawodzie jak brylant najczystszej wody, dlatego trzeba o niej pamiętać.