wtorek, 21 lipca 2015

WIELKA MISJA STEFANII TAJCHER


Kiedy tak tańczymy swój chocholi taniec na żywym wciąż jeszcze ciele Rzeczypospolitej - w imię potrzeb patriotycznej i obywatelskiej edukacji młodego pokolenia Polaków warto sięgnąć do przeszłości, przypomnieć lata pionierskie. Może narodzi to choćby u niektórych spośród nas refleksje o twórczym sensie pracy, codziennym znoju, o potrzebie działania praktycznego - zamiast taniego gadulstwa i narzekania na rozkojarzoną codzienność.

Brakuje nam nierzadko wyobraźni, by uwierzyć w prawdy czasu minionego, w fakty zaczerpnięte z ojczystych dziejów, tych oddalonych zaledwie o 70 lat. Zaledwie - czy może aż o 70 lat, które wielu chciałoby odłożyć do lamusa, wykreślić z historii jako lata stracone.

Polskie życie na ówczesnych Ziemiach Odzyskanych rodziło się z surrealistycznego pejzażu, z ruin, zgliszcz, niebytu narodowego, na świeżych żołnierskich mogiłach radzieckich i polskich bohaterów wojny. Później była już tylko praca, szara i zwyczajna, satysfakcjonująca lub niedoceniona, organiczna, mrówcza praca ponad siły pokolenia pionierów, które już odeszło i wykrusza się zgodnie z obiektywnym prawem przemijania. Nie było pogardy dla pracy, bo to niegodne człowieka uczciwego, patrioty i obywatela. Był czas tworzenia i drobnych zwycięstw, drobnych radości, budowania polskich rodzinnych gniazd w morzu wrogiej niemczyzny. Strzały zza węgła - już coraz rzadsze : w okolicach Bolesławca grasowały bandy “Werhwolfu”. Do dziś cmentarne krzyże znaczą mogiły naszych żołnierzy i cywilów, którzy zginęli z wyroku hitlerowskiego podziemia - już po wojnie, wśród nich takze burmistrz grodu nad Bobrem Bolesław Kubik. Takie są korzenie Dolnoślązaków, także młodych mieszkańców Bolesławca z kolejnej generacji czasu pokoju. 


1 września zasiądą znów w szkolnych ławach najmłodsi z podstawówek, gimnazjaliści, adepci przyszłych profesji ze szkół zawodowych. W odnowionych szkołach, w radosnej gromadzie, bo to przecież przywilej i prawo młodości, w życzliwym kręgu zatroskanych nauczycieli. Może warto sięgnąć w tym dniu myślą do przeszłości, oddać głos pionierom, nauczyć się od nich pasji tworzenia, działań autentycznie społecznych i obywatelskich. Nauczyć się czynu bez otoczki wielkich słów. Pracy bez werbalnego patosu. Budowania pro publico bono …


… Bezcenny, pożółkły tom kroniki najstarszej bolesławieckiej szkoły, popularnej “jedynki”, zapisany pięknym, starannym pismem pierwszej po wojnie i najstarszej nauczycielki STEFANII TAJCHER, która do grodu nad Bobrem trafiła prosto z obozu koncentracyjnego kobiet w Ravensbru”ck /numer ewidencyjny 7906 /. Zmarła przed kilkunastoma laty - nie doczekała się wielkich splendorów i odznaczeń. Te ostatnie otrzymała z inicjatywy organizacji ZBoWiD u schyłku życia, stroniąc od polityki i jej zawirowań ideologicznych. Nie ma do dziś ulicy swojego imienia, o co występowałem jako radny ostatniej kadencji. Pracowała z poświęceniem i pasją, bezinteresownie, za psie pieniądze, bo nauczyciele nigdy nie byli finansowo uprzywilejowani, a przecież była szczęśliwa, co zawsze podkreślała w spotkaniach z młodzieżą. Dumnie i z honorem pełniła swoją życiową misję pedagogiczną, w samotności, otoczona książkami i autentyczną miłością dzieci, swoich wychowanków. Bo szczęście tkwi wewnątrz człowieka, a nie poza nim, jak głoszą dziś demagogicznie legiony pseudoznawców przedmiotu. Być bogatym wewnętrznie, hojnie dawać innym, a nie wyciągać dłonie po cudze, być godnym i niezależnym w sądach filozofem, a nie żebrakiem oczekującym na jałmużnę, rozdzielać uśmiech, pogodę życia, emanować wiedzą, uczyć szacunku dla innego człowieka, tolerancji dla jego odrębności - to skrót życiowego credo pedagoga z krwi i kości, Zasłużonego Nauczyciela PRL, Stefanii Tajcher.


Czytamy we wstępie kroniki szkolnej bolesławieckiej “jedynki” uwagi i opinie pierwszej polskiej nauczycielki pod datą 5 października 1945 roku:


“Zawierucha wojny światowej, jaką rozpętał Adolf Hitler w roku 1939 - pociągnęła za sobą miliony ofiar z całej Europy, najwięcej jednak z Polski. Hitleryzm wzniecił wśród narodów nienawiść rasową i narodowościową, jakiej dotychczas historia świata nie zna. Hitleryzm w pierwszym rzędzie chciał wytępić narody słowiańskie, a szczególnie naród polski. /… / Niemcy bez wypowiedzenia wojny uderzyli na naszą Ojczyznę. Pracowałam wówczas w powiecie lubelskim. Germanie, którzy szerzyli zachodnią kulturę, zaczęli w pierwszym rzędzie redukować nauczycieli i otwierać szkółki o 2 - 3 nauczycielach. Dnia 1 stycznia 1940 r. też zostałam zwolniona z pracy. Zostałam bez środków do życia. Zaczęłam więc uczyć dzieci tajnie po domach, aby mieć kawałek chleba.


/ … / 9 maja 1941 roku zostałam aresztowana przez gestapo i wywieziona do więzienia w Lublinie. Straszne uczucie ogarnia człowieka przy wejściu do więzienia. Zatrzaśnięcie i zamknięcie drzwi przez dozorców - yo jakby przejście przez wrota piekielne. Musi mieć człowiek dużo hartu ducha, żeby się nie załamać. 19 maja zabrano mnie do gestapo celem przesłuchania.Straszne to było przesłuchanie. Skuto mnie w kajdany, nogi związano grubą liną, położono na stół, a wówczas pięciu gestapowców poczęło mnie bić. Kiedy zaczęłam krzyczeć, zakneblowali usta swetrem, / … /. Przesłuchanie trwało od godz.5 do 7.


Byłam zbita i cała czarna. Zaprowadzili mnie do celi, gdzie trzęsłam się z temperatury i bólu. Obecne tu więźniarki owinęły mnie mokrym prześcieradłem i tak się zdrzemnęłam. O godz. 9 wieczorem gestapowcy zabrali mnie znów na zamek. Po przebudzeniu zaczęłam bez przerwy mdleć - nie można mnie było ocucić. Trwało to dosć długo, gdy trochę oprzytomniałam - nieco mnie ubrano i samochodem wróciłam do więzienia.”


To była wierna inwokacja do przyszłych losów więźniarki obozu koncentracyjnego w Niemczech, nauczycielki tajnego nauczania, Stefanii Taicher. Darujmy sobie opis obozowej makabry z psami w tle, długie miesiące i lata agonii, poniżenia i upodlenia wyrwane bolesne karty z życiorysu młodej kobiety. Opisała je oszczędnie, przejmująco, nie czyniąc z osobistej tragedii tytułu do chwały i bohaterstwa. - Zwyczajny polski los - powtarzała uparcie słuchaczom. - Nie byłam bohaterką, ale niewolnicą III Rzeszy. Trwałam, by żyć dla innych, by jeszcze być potrzebną, zachłysnąć się wolnością, mieć ludzkie prawa. Nie wierzyłam, że zło może zatriumfować nad światem, niszczyć ludzi, wykorzenić w nich dobre uczucia. Czasem się załamywałam, jak każdy człowiek …


We wrześniu 1945 roku przybywa do zrujnowanego Bolesławca.


“W miejscowości tej nie było ani władz szkolnych, ani szkół. Tymczasowo zaczęłam pracować w Starostwie, myśląc jednak o zorganizowaniu szkoły. / … / Udałam się do Lignicy / ówczesna nazwa Legnicy - PS/, otrzymałam pełnomocnictwa Inspektora Szkolnego / … / Dano ogłoszenie do publiczności, zapisy zostały przeprowadzone. Ogółem zgłosiło się 58 dzieci. / … / W dniu 1 października 1945 r. odbyło się uroczyste nabożeństwo i otwarcie pierwszej polskiej szkoły. Na otwarciu obecni byli : zastępca Starosty ob. Wiśniewski, burmistrz ob. Mieczysław Żojdź, przedstawiciele partii i wielu innych gości. / … / I tak dzień ten będzie zapisany w Bolesławcu złotymi literami. / … / W pierwszych dniach uczyłam sama, po kilku dniach zgłosiła się druga nauczycielka - Eugenia Trzaskowska.


15 października 1945 r. Wobec tego, że liczba dzieci zwiększyła się z 58 do 95 - przybyła trzecia nauczycielka - Maria Rożenkówna. Powstało 6 klas. Nauka odbywała się na dwie zmiany”.

Oderwijmy się na chwilę od kronikarskich zapisków. Syntetycznych i prawdziwych w każdym calu, ale przecież nie malujących pełnego obrazu panoramy lat pionierskich. W innych relacjach ta sama nauczycielka opowiada o kilku miesiącach pracy bez wynagrodzenia. O skromnym menu jedynej jadłodajni / zupa ziemniaczana, placki ziemniaczane, rzadziej - konserwy wojskowe, niedostatek chleba/, o braku światła w mieście, o przeciekających dachach zimnych mieszkań, zabezpieczanych dyktą oknach,stosach gruzu na zasypanych ulicach wokół spalonych kamienic Rynku.


Nie zanotowała - przez wrodzoną skromność - opisu własnych wędrówek w głąb ruin w poszukiwaniu sprzętu szkolnego. W rumowisku wyszukiwała drewniane ławki i połamane najczęściej stoły, zabierała wykorzystane tylko jednostronnie kartki biurowych papierów, które zastępowały później uczniom zeszyty, malowała farbą prosto na odrapanych ścianach prowizoryczne czarne prostokąty tablic szkolnych do pisania na nich kredą, co nie zawsze kończyło się sukcesem : po gładkiej płaszczyźnie ściany kreda ślizgała się i łamała. Zastępowała ją w końcu glinka ceramiczna moczona w wodzie.Wykonywała z drutu i drewienek prymitywne cyrkle i inne “pomoce naukowe” służące na co dzień dzieciom siedzących w zimnych pomieszczeniach w płaszczach, szalikach, znoszonych butach, a nierzadko w czapkach na głowie..


To się nie mieści w wyobraźni współczesnego młodego Polaka, a przecież jest najprawdziwszą prawdą. Kto dziś pamięta o rysikach, którymi pisało się po twardych tabliczkach, o wiecznych kłopotach ze stalówkami, które zawsze pozostawiały atramentowe kleksy? Kto pamięta o pokoleniu “przerośniętych” nastolatków, którzy przez okres okupacji nie mogli uczęszczać do szkoły? Nierzadko w pierwszej klasie zasiadały obok siebie dzieci 7-letnie i młodzież 12-13-letnia, zaczynając wspólną naukę abecadła. Wieczorami w tych samych zimnych izbach lekcyjnych zasiadali dorośli-analfabeci, mozolnie kreśląc spracowanymi, sękatymi dłońmi koślawe litery w zeszytach o podwójnych liniach i kiepskim gatunku papieru. Taki zeszyt to był prawdziwy rarytas …


Czy życie lat pionierskich było smutne, szare i pozbawione pozytywnych doznań? Nic podobnego : było po prostu inne, trudniejsze, obciążone wojenną traumą, bardziej odpowiedzialne, ale przecież nie pozbawione ludzkiej radości, wzruszeń, wielkich uczuć, twórczej pasji. Nie brakowało wspaniałych ludzi - humanistów, patriotów, godnych szacunku obywateli. Nie brakowało wydarzeń w wymiarze historycznym, w których wszyscy uczestniczyli świadomie, z porywu serca, przeżywając ich smak i znając ich rangę.


Jaka więc była szkolna rzeczywistość w twardych ramach realiów dnia codziennego, powszechnego niedostatku, trudu tworzenia od podstaw, startu z punktu zerowego? Wbrew pozorom - kolorowa, wielopłaszczyznowa, entuzjastyczna. To nie tania demagogia, ani nie sterowana propaganda. Sam należę do pokolenia dzieci wojny, które przeżyło piekło robót przymusowych w Prusach Wschodnich - ponad 3 lata głodu, chłodu, pracy ponad siły rachitycznego nastolatka, permanentnego chorowania , śmierci bliskich, własnego kalectwa. Witałem wolność i wyrwanie się z niemieckiej niewoli jako 10 - letni analfabeta bez ojca, brata i domu na rodzinnym Podlasiu. A jednak chciałem żyć nawet w otchłani biedy - już w Polsce, mojej wytęsknionej na barakowej pryczy Ojczyźnie. To była jedna z najszczęśliwszych chwil mojego długiego, bo 80 - letniego życia. Taką euforię ciepłych uczuć przeżywała zapewne pierwsza polska nauczycielka w Bolesławcu pani Stefania Tajcher. Niech przemówią cytaty ze szkolnej kroniki - jej autorstwa, obiektywne i lapidarne w swojej treści.


“2 listopada 1945 r. Na dzień Wszystkich Świętych dzieci zupełnie samorzutnie zaproponowały, aby uczcić pamięć poległych i umęczonych za Ojczyznę. Wykonały trzy piękne wieńce ozdobione biało - czerwonymi wstęgami z odpowiednimi napisami. Wszystkie dzieci z gronem nauczycielskim udały się do kościoła, a stamtąd z procesją i licznie zebranymi ludźmi na cmentarz. Wieńce złożono pod Krzyżem Poległych za Ojczyznę.


6 grudnia 1945 r. Wobec tego, że był to czas przedświąteczny, a na tych ziemiach po raz pierwszy polska szkoła powstała, dziatwa szkolna urządziła tradycyjnego Mikołaja. Odegrano sztuczkę, która wedle orzeczenia publiczności wypadła imponująco. Dzieci obdarzono słodyczami, do których zdobycia przyczyniły się partie polityczne, a przede wszystkim PPR oraz społeczeństwo. Wstęp był za drobnymi datkami. Dochód wynosił 2351 zł i przeznaczony został na cele szkoły.

7 grudnia 1945 r. W grudniu liczba dzieci wynosiła 145 i przyszła czwarta nauczycielka Olga Zyzoniowa. Szkoła przeniosła się do drugiego gmachu, gdyż w poprzednim było zimno. Było centralne ogrzewanie za pomocą gazu, ale gazownia nie była czynna.

10 grudnia 1945 r. Przy szkole założona została drużyna harcerska im. Królowej Jadwigi dnia 1 listopada 1945 r.”


To ostatni grudniowy zapis. Rok 1946 zostaje ogłoszony Rokiem Kościuszkowskim, temu faktowi poświęcono akademię. Potem dowiadujemy się o piątej zatrudnionej nauczycielce Marii Markowskiej, powstają aż dwie pierwsze klasy / 60 dzieci /, a w kwietniu liczba uczniów przekracza 200. Do pracy zgłasza się szósty w kolejności nauczyciel - Bronisław Mazur. Budynek ma już 9 sal lekcyjnych, z tego jedną rezerwową z braku sprzętu. W kwietniu 1946 r. dzieci szkolne wręczają kwiaty żołnierzom sztafety biegnącej ze Śląska do Gdyni.

Potem wydarzenia zagęszczają się. Charakterystyczny jest opis pod datą 5 kwietnia 1946 r. “Oczekiwany przyjazd Polaków z Jugosławii jeszcze w styczniu br.- /transport/ przybył dnia 5 kwietnia 1946 r. Dzieci szkolne zebrały się na stacji kolejowej z chorągiewkami, z kwiatami, żeby ich przywitać na prastarych ziemiach polskich. PUR / Państwowy Urząd Repatriacyjny - przypisek PS / wręczył dzieciom naszym cukierki, celem rozdania dzieciom polskim z Jugosławii.”


Wzruszający i jakże symboliczny to fakt z powojennej historii Bolesławca. Nie wspomina kronika szkolna o innym głęboko patriotycznym akcencie - symbolu : kiedy długi transport kolejowych wagonów zatrzymał się przed częściowo zburzonym dworcem kolejowym, dziewczyna z dalekich gór Bośni, która pierwsza wysiadła - z szacunkiem przyklękła i ucałowała ziemię, która stała się nową ojcowizną.

Ta ziemia zaczęła rodzić nowy chleb. Dla zwartej grupy około 18 tysięcy reemigrantów stawała się odzyskaną w trzecim pokoleniu Ojczyzną. Boleśnie doświadczeni wojną, solidarni w obcym narodowościowo żywiole, stawali się pełnoprawnymi obywatelami nowej, odzyskanej Polski.


Warto te fakty przypomnieć młodym zasiadającym w szkolnej ławie. Bolesławieckie szkoły uczciły pamięć pionierów obeliskami i pomnikami, a także wydaniem książkowych wspomnień dziadków i rodziców zasłużonych dla środowiska lokalnego. To piękna forma trwałej pamięci, szacunku i hołdu. Bo przecież mimo upływu niewielu dziesięcioleci - to już historia, która ma uczyć i wychowywać młode pokolenia Polaków. Taki jest najgłębszy sens działań pedagogicznych każdej współczesnej szkoły, co przekazała potomnym w swoim niepisanym testamencie zasłużona nauczycielka Stefania Tajcher.
Paweł Śliwko


PS. Aż trudno w to uwierzyć, ale jednoosobowym organizatorem bolesławieckiej oświaty w najtrudniejszym powojennym czasie była nauczycielka po przejściach w niemieckim obozie zagłady dla kobiet w Ravensbruck. W artykule inaugurującym tworzenie Galerii Dolnoślązaków przeczytałem o zasługach innego mieszkańca Bolesławca, Adama Kowalskiego, którego znałem osobiście. Zacny człowiek, skromny, cierpliwy, wielki miłośnik i znawca czasomierzy. Ale trudno porównywać jego zasługi z dziełem wspaniałej nauczycielki, organizatorki bolesławieckiego szkolnictwa, która serce i życie ofiarowała dzieciom i wielkiej misji edukacyjnej, Cieszyła się w swojej prywatnej samotności olbrzymim autorytetem, dla wychowanków była przyjacielem, guru i ostateczną wyrocznią, przewodnikiem po meandrach skomplikowanej rzeczywistości, trudnego zdewastowanego wojną świata. Umknęła śmierci, ale obozowa martyrologia wyeksponowała jej wewnętrzne cechy - dobroć, miłość, solidaryzm społeczny, gotowość pomocy i zrozumienie dla drugiego człowieka. Była w trudnym i pięknym zawodzie jak brylant najczystszej wody, dlatego trzeba o niej pamiętać. 





wtorek, 7 lipca 2015

LISTY - CIĄG DALSZY



Kochany Pawełku !

Dziś rano rozmawiałem z Min. Kuberskim bardzo przyjemnie. Zaprosił mnie na kawkę. Była mowa o tobie też. Wiedział, że tam miałeś kłopoty, że ci “próbowano podkładać nogi”, ale “za plecami” - jak powiedział. Zadziałał i i już się uspokoiło. - Dzięki Bogu. To już ja.

Serdeczne gratulacje z powodu Orderu Uśmiechu. To zapewne najmilsze, co mogą takim ludziom jak ty jesteś dać.Cieszymy się serdecznie.Przywołałem Cię myślami, które już od paru tygodni mnie namawiają do napisania. Jednak czekałem na ten artykuł, za który ci gorąco dziękuję. Jutro wysyłam go do Vac z komentarzem, bo ja nie pisałem do nich właśnie, bo czekałem na artykuł twój i w ogóle, że się odezwiesz. Zrobiłeś to w dniu dzisiejszym. Dziękuję.

Żałuję, żałujemy że nie możesz się wybrać prędko do stolicy. Jest co do odebrania i omówienia. Niektórym ofiarodawcom trzeba oficjalnie podziękować. Węgrom po węgiersku napiszę. Byłoby dobrze zaraz na firmowy papier szkolny z pieczątką i podpis byś przyłożył po dostarczeniu list. Ale nie mam takich papierków. Polakom, do Pani Szymanowskiej byłoby najpilniejsze, bo rodzinka jej nie bardzo wierzy że to na ten cel, do galerii szkolnej poszło. Przy tej okazji trzeba też /podziękować/ Pani Grunwaldowej, która pliki rysunków ofiarowała. Część oprawiłem w paspartu. Myślę, że zawsze warto wymienić parę nazwisk w listach, z kim owe dary wiszą w galerii. To moglibyśmy razem ułożyć. Węgierski może być wzorem za twoim pozwoleniem i zgodą. Ministrowi też bardzo się podobało, że w galerii są węgierskie prace. On lubi Węgrów, do ciebie ma też pozytywny stosunek. Tak wywnioskowałem. Tymczasem 2 szkoły polskie dostaną nazwę Węgrów : Rakocziego i Csombora. To był główny powód naszego spotkania. Ciąg dalszy ma być po pierwszym /dniu nowego miesiąca/.

Mam pewne propozycje też, ale to nie nadaje się do korespondencji. Piszę ci odwrotną pocztą, bo ważne żeby zaraz choć trochę /przekazać informacji/. A w ogóle powinieneś zajrzeć do pracowni na trochę dłużej, bo są nowe, a może i ciekawe rzeczy do obejrzenia. Pośpiesz się !

Trochę o nas. Po udanej wystawie, odczycie, koncercie w Zakopanem - słoneczne, udane Węgry, spotkanie z Wami i parę dni na rodzinnej ziemi uroczego Spiszu.. Kontakty i radość, ze wóz i kierowca spisali się na medal. Powrót do Warszawy, a prawie zaraz /wyjazd/ do Gdyni, gdzie Haneczka prowadziła badania, a potem pojechałem po nią i tydzień zbijałem bąki, ale trochę mnie tam w tym szpitaliku w Witominie podleczyli /masaże, balneologia itd/. Oczywiście piętrzyły się sprawy pilne i złapanie dawnego rytmu nie szło tak lekko, ale już sytuacja opanowana jako tako.

Tyle na dziś, dużo, dużo serdeczności dla Was wszystkich, dla całej szkoły i Bolesławca. Ciebie Pawełku wiesz jak gorąco ściskamy, do miłego - 

Cs. Tibor
wujek

PS. Gdyby to było możliwe, wyślij mi 2 - 3 egz. artykułu. Komu wysłałeś Ty?




Kochani Nasi,

Gratulacje najserdeczniejsze z racji Orderu - najmilszego i najcieplejszego … Cieszę się, że w pierwszej setce Kawalerów Orderu Uśmiechu jesteś i Ty i mój Kochany Mąż - należało Ci się to już dawno - a teraz powinny polecieć i inne odznaczenia.

Twoje dzieło jest dostrzegane jako wybitne.

Naturalnie kto wyrasta ponad - płaci za to. Ale że to taki porządek - to się nie przejmuj. Wychowanie przez sztukę - to bardzo wielka rzecz i pięknie ją realizujesz. A teraz jeszcze rozszerzone na Węgry - to już bomba …

Czekamy Ciebie Pawełku i Was, a tymczasem serdeczne pozdrowienia -

HCsorba

00-561 Warszawa, 23. IX. 1978

Mokotowska 26 m 64




Jak zawsze - miód spływa na serce. Jakież to niesprawiedliwe, że tacy ludzie odchodzą na zawsze…




Teraz kolej na obszerny maszynopis wielkiego, wspaniałego Przyjaciela i Patrioty Kazimierza Burży, Kleeberczyka z Warszawy. Tylko krótka rekomendacja : spotkaliśmy się pierwszy raz przy metalowej burcie olbrzymiego morskiego kolosa - statku PLO m/s “Gen. Franciszek Kleeberg” przy wodowaniu w Stoczni Szczecińskiej jako rywale - patroni tej samej jednostki pływającej. Rozstaliśmy się jako prawdziwi przyjaciele na dobre i na złe, do końca życia. On - bohaterski żołnierz armii ostatniego generała broniącego w 1939 roku wolności i honoru Polski i ja - tragiczne dziecko wojny, bezbronne, okrutnie doświadczone niewolniczą pracą przymusową w Prusach Wschodnich. Całe życie uciekałem od tych martyrologicznych wspomnień budowanych strachem, płaczem i niemocą bezbronnego dziecka. Pochodziliśmy z różnych tragicznych w swoim doświadczeniu pokoleń, ale łączył nas autentyczny patriotyzm, miłość do ojczystego kraju.

Dosłownie cytuję treść niecodziennego tekstu pisma - listu, który wręczył mi kochany druh i przyjaciel Kazimierz już po drugim spotkaniu w Gdyni, gdzie naszemu statkowi nadano imię m/s “Generał Fr. Kleeberg” , na pokładzie wręczając mnie Złotą Odznakę “Zasłużony Pracownik Morza”. To było jednym z najpiękniejszych przeżyć w moim życiu. Ma w tym swój udział także Kazimierz.

“Wrażenia i doznania oraz refleksje Kleeberczyka, uczestnika patriotycznej uroczystości z okazji 40 rocznicy śmierci Generała Franciszka Kleeberga, która odbyła się w dniu 5 kwietnia 1981 r. w Szkole nr 8 im. Bojowników o Wolność i Demokrację w Bolesławcu.

“Szkoła jest piękna i dobra, kiedy ją kochamy. I dzieci i nauczyciele.
Na najwyższą ocenę zasługuje pedagog, ale tylko doskonały i kompetentny
w swojej specjalności,ale wrażliwy, życzliwy i sprawiedliwy, zaangażowany
i rozmiłowany w swojej pracy”.
Cytat z art. “Gospodarz szkoły słońcem malowane” zamieszczonego 
w “Oświacie i Wychowaniu” nr II/1980 r. o Szkole nr 8 i jej dyrektorze
mgr Pawle Śliwko.

Głębię myśli z tego cytatu poznaje się zwiedzając tę unikalną Szkołę. Na każdym niemal kroku widzi się w niej niepowtarzalne piękno, odczuwa się gorące, wrażliwe serce jej Gospodarza. Wpatrując się w harmonijny wystrój, podziwiając wspaniałą koloraturę wnętrz poszczególnych klas-gabinetów doznaje się jakiejś tęsknoty za czymś bliskim, w czasie odległym, już nieosiągalnym, za dzieciństwem, ławą szkolną, za atmosferą radości, słońca, beztroski.
I aż palącego pragnienia !
Oby dla wszystkich polskich dzieci starczyło miejsca w takich klasach. Oby wszyscy pedagodzy i wychowawcy choć w części z podobnym zaangażowaniem i rozmiłowaniem w swej pracy oddali się dobru dziecka. Każdy polski nauczyciel powinien zwiedzić tę szkołę serca, otwartą na wszystko co mądre, piękne i życzliwe i na jej przykładzie dążyć do wdrożenia do praktyki wychowawczej te piękne ideały. A w podzięce czekać go będzie najwyższa nagroda - promienny uśmiech dziecka.
Widziałem wiele tych wyrazów wdzięczności w spojrzeniach wychowanków przeznaczonych dla Pedagoga, gdy oprowadzając nas po szkole-muzeum oddawał im głos, traktując ich jak swoich partnerów i współautorów. Oni go serdecznie kochają. I z tym szlachetnym uczuciem pójdą w dalsze życie. To one, ukochane jego dzieci szkolne, tym cennym kapitałem otrzymanym w “Ósemce” bolesławieckiej, już jako dorośli obywatele - emanować będą na innych, integrując społeczeństwo tego pięknego piastowskiego grodu. 
Dziś garną się do niego z pełną ufnością, wiarą i miłością, jutro - już jako rodzice, w rozmowie z własnymi dziećmi, z głębokim szacunkiem wspominać będą niezapomnianego, żarliwego Pedagoga, tak bardzo szczodrego w rozdziale bogactw swej pięknej duszy, jakim jest Paweł Śliwko.
Stanie się wtedy niezbędne uzupełnienie cytatu, jak następuje :
“Szkoła jest piękna i dobra, kiedy ją kochamy.
I dzieci, i nauczyciele, i rodzice …”
Właśnie rodzice powinni kochać szkołę swych dzieci, czując wdzięczność i szacunek dla pedagogów i wychowawców za ich codzienny wieloletni trud i pomoc w przełamywaniu barier niewiedzy, modelowaniu twórczych postaw patriotycznych, za trud rzeźbienia charakterów i osobowości zaangażowanych, obywatelskich. “A wówczas wychowankowie szkoły będą prawdziwymi i dobrymi Polakami, spędzą życie godnie i szlachetnie, w trudzie i znoju, na swojej ojczystej ziemi - biednej, ale własnej.”
W czasie swego pobytu w Bolesławcu doznałem wzruszeń i uczuć, które nie opuszczą mnie nigdy. Zaczęły się one potęgować już od chwili, jakże serdecznego i przyjacielskiego powitania naszej delegacji na dworcu o godz. 6,15.
Serce we mnie zadrgało, gdy już na dziedzińcu szkolnym przechodziłem obok obelisku, spowitego jeszcze barwami narodowymi, podeszło zaś do gardła, gdy wchodząc do szkoły ujrzałem wielkiego, kutego w żelazie Białego Orła strzegącego wejścia do Sanktuarium i kompozycję Znaku Pamięci Narodowej.
Przypomniało mi to, że w ciągu mego życia szczególnie trzy wartości podrywały mnie zawsze z miejsca, powodowały skurcz gardła, wprowadzały niemal w ekstazę : nagły widok Godła Narodowego, dźwięki Hymnu Narodowego i Sygnał Wojska Polskiego.
W takim nastroju słuchałem objaśnień Dyrektora Szkoły i z pietyzmem oglądałem urny z ziemią z pól bitewnych, dokumenty, symboliczne kompozycje i inne unikalne eksponaty Izby Pamięci Narodowej im. Generała Fr. Kleeberga, Salę Sztandarową Białych Orłów, a następnie bardzo ciekawe i wartościowe zbiory Muzeum Górniczego, Morskiego, Antarktydy, Klubu Neptuna - niemal z całego swiata.


Dla mnie, Kleeberczyka, na szczególne przeżycie złożyły się serdeczne i ciepłe słowa otwierającego oficjalną uroczystość Gospodarza Szkoły o Generale Kleebergu i o nas, jego żołnierzach, odczytanie obszernego telegramu od Przewodniczącego Rady Ochrony Pomników Walk i Męczeństwa - ministra Janusza Wieczorka, następnie aktu o nadaniu imienia Gen. Fr. Kleeberga Izbie Pamięci Narodowej szkoły, nazwanie jednej z ulic Bolesławca im. Generała oraz odsłonięcie kamiennego obelisku z tak pięknym napisem i tak wiele mówiącym w swej treści podpisem “Młode pokolenie Polaków”.

 
Nawiedziła mnie chwila głębokiej zadumy. - Gdzie jest moje miejsce w tej sztafecie pokoleń?
Patrzę ze wzruszeniem na pułkownika w stanie spoczynku w mundurze Powstańca Wielkopolskiego, pełniącego wartę honorową przed obeliskiem /dotyczy Henryka Wawrzynowicza - przypisek PS/, a obok stojącym w wielkim przejęciu dzieckiem szkoły - i znajduję odpowiedź. To przecież jeden z tych bohaterów Powstania Wielkopolskiego, którzy byli wzorami dla nas, młodych chłopców, harcerzy okresu międzywojennego. /Wychowywałem się w Poznańskim, tam kończyłem gimnazjum w Śremie/. To im z szacunkiem kłanialiśmy się i ich mundurom salutowaliśmy, z nimi razem maszerowaliśmy w wieczornych, przejmujących, organizowanych z pochodniami capstrzykach w wigilię Świąt Narodowych. Na grobach ich ojców i braci, towarzyszy walk, poległych bohaterską śmiercią w krwawych zmaganiach o Niepodległość Ojczyzny, składaliśmy ze czcią polne kwiaty, zaciągaliśmy warty honorowe. To oni przekazali w nasze ręce sztafetę swego bohaterskiego Pokolenia. Zbliżając się do chwili uroczystości odsłonięcia pomnika wyczuwam ciepło w spojrzeniu Starego Wiarusa. Rozpalonymi oczami dziękuję w skupieniu za tę ocenę.
Tak ! Z dumą i czystym sumieniem patrzeć mi wolno w Twe siwe oczy. Nie zawiedliśmy Was i w 1939 roku i straszliwych następnych latach. Wzmacniały nas dodatkowo słowa z Ostatniego Rozkazu Wielkiego Generała spod Kocka, jednego z pierwszych dowódców naszej wspólnej 14 Dywizji Poznańskiej : “ wiem, że staniecie, gdy będzie potrzeba …”
Tak samo gorąco kochamy następne pokolenia, a szczególnie polskie dzieci. 
I pragniemy być dla nich wzorami, takimi jakimi Wy byliście dla nas.
Ku chwale Ojczyzny, Stary Wiarusie !
Ku chwale Ojczyzny, ukochane polskie dzieci - już dziś z ostrogami Młodego Pokolenia Polaków !
Z całego serca dziękuję Im i Tobie, Drogi Przyjacielu, z krwi i kości Pedagogu - Polaku za zorganizowanie tej wzruszającej uroczystości, takie przecież trudne w dzisiejszym okresie, za to, żeście nas Kleeberczyków zaprosili, za otwarcie przed nami Waszych polskich serc, za piękną amforę z uroczym napisem, która zdobić będzie nasze muzeum w Kocku, za miłe i śliczne pamiątkowe chusty i odznaki, za niezapomniane przeżycia. Wracać będziemy myślami do nich jako do ożywczego źródła wzmacniającego nasze nadwątlone już siły, kojącego nasze dolegliwości duszy i ciała. 

Zostawiamy tutaj cząstkę naszych serc - na zawsze. 

Kazimierz Burża

Viceprezes Środowiska Kleeberczyków

Warszawa dnia 23.04.1981 r.




PS. Komentarz - od siebie. Ten list - esej to prawdziwa epopeja pedagogiczna i mądra księga o wychowaniu patriotycznym młodego pokolenia Polaków. To zarazem testament tragicznych bohaterów - żołnierzy Września 1939 roku, którzy nie złożyli nigdy broni w walce z okupantem. Jeszcze raz walczyli w Powstaniu Warszawskim.
Takich wzruszających i mądrych listów od Kazimierza otrzymałem wiele. Z największym i najgłębszym żalem żegnałem Wielkiego Przyjaciela w drodze na drugą stronę życia. Szedł traktem ciernistym, ale z otwartym sercem dla Polski. Ojczyźnie służył do końca. Cześć Jego pamięci ! 




wtorek, 30 czerwca 2015

LISTY BEZ KOMENTARZA



Na odwrotnej stronie fotografii odręczna dedykacja Mistrza :
“Kochanym Pawełkom /włączył do tego tytułu także moją Żonę Danusię - przypisek PS/ wdzięczny i szczery Wujek Tibor Csorba”. 27. 05. 1980.


Autor listu -Tibor Csorba
Kochany Pawełku!

Sprawiłeś nam wielką radość wiadomością, że jesteś, zostałeś oficjalnie Korczakowcem. Vivat! Szczere gratulacje i dzielimy się Twoją, Waszą radością! Nikt tak na to nie zasłużył jak Ty! O tym jesteśmy przekonani. To najmniej co Ci mogą dać za Twoją pracę wychowawczą, organizatorską, za Twój humanistyczny stosunek do życia, szkoły i świata. Cieszymy się z Wami, Kochani. Nawiązując do dalszych słów Twojego listu / za co też serdecznie dziękujemy /, chcę Ci powiedzieć, że w obliczeniu wychodzi iż rok 1979 - to pół wieku, że działam /!?/ jako malarz i jako pedagog. Co prawda tu nie ma zwyczaju z takiej okazji dać “złoty dyplom” /u nas na Węgrzech jest to miłym wydarzeniem/, ale może to pośpieszyć wykonanie zaplanowanego tak pięknie przez Ciebie medalu. Chyba projekt tego i katalogu mi pokażesz? Będę rad.
Tyle, lecz odwrotną pocztą z powodu wielkiej naszej radości, z gratulacjami, życzeniami dalszych sukcesów i trzymania się z nami.

Ściskam serdecznie, do miłego -

C. Tibor, wujek

Warszawa, 17. XI. 1978 .

Mokotowska 26 m 64

Kochani nasi, Kochany Pawełku!

Najserdeczniejsze gratulacje - odznaczenie jest wyjątkowo piękne i szlachetne i cieszymy się, że przypadło Tobie w udziale. - Być w pochodzie życia Korczakowcem - to bardzo wiele, bo droga ta prowadzi na najwyższe wyżyny człowieczeństwa. Człowiekiem stajemy się na każdym kroku naszego życia - nie rodzimy się gotowi, dowodzimy swoim postępowaniem jakie horyzonty obejmujemy, jakie szczyty na tej drodze zdobyliśmy, a jest ich wiele. Korczak to w istocie jeden z najwyższych szczytów. Cieszymy się, że środowisko pedagogiczne /?/ to dostrzegło i że ogłosiło innym - oto człowiek-Korczakowiec - Paweł Śliwko !!!

Przyjaciele cieszą się z tego faktu najmocniej, węgierscy przyjaciele z Vac też się ucieszą jak im o tym napiszemy! Takie radości w życiu to najpiękniejsze kwiaty i gwiazdy! Zdobywaj dalsze wierzchołki niebosiężne.

Twój przyjaciel Tibor też jest takim zdobywcą. Jego droga życiowa jest już dłuższa - ale wciąż bardzo piękna.

Wszystko co robisz dla innych - dla szkoły - warte jest jak największego poparcia, owoce będą pełne witamin, serca dla naszych najmłodszych.

Wszystkiego najlepszego na tej drodze. Co pisałeś o przeszłości to bardzo wzruszające, jeszcze nigdy tego nie opowiadałeś.

Ściskamy Was i serdeczności -

Hanna Csorba 

Wzorowe, kochające się małżeństwo





00-561 Warszawa

Mokotowska 26 m 64

1985. 05. 10

Kochani Nasi, Pawełku i Danuśko!

Wyobraźcie sobie że Wasz wspaniały, pełen szczerego współczucia list z 25 marca, biorąc kilkakrotnie do rąk, przeczytać mogłem dopiero dziś. Dziękuję Wam bardzo. Jest to głos prawdziwego przyjaciela, który wszystko rozumie, co się wokół mnie stało. Wyciągam go z setek listów i depesz i włożę do albumu obok depeszy Jabłońskiego i innych. I tym razem nie zawiodłeś Pawełku !!! 

Serdecznie za to ściskam Was !

Trudno i bardzo boleśnie przyzwyczaić się do tego wymiaru.

Dobrze, że wiara mówi, że to jest tylko zmiana wymiaru i że jest z nami każdy, kto odszedł … Czuję to bardzo, a jednak … Są rzeczy, które powinny nieco pocieszać lub co najmniej uspokoić.Nie trwało to długo, to odejście. Dwa tygodnie, a pół wieku Pan Bóg pozwolił, że była z nami, nasza na co dzień. Od wielu lat dziękowałem za to Panu Bogu, bo to był dar Boski, ukoronowanie harmonijnego, radosnego, twórczego szczęścia i współpracy.Przerwało się nagle … Chcę dopisać i zakończyć, co razem rozpoczęliśmy…

Tydzień temu zmarł nam dobry braciszek na Węgrzech. 15 będą go chowali w Rad obok Rodziców. Pojechać nie możemy. To kłopotliwe. W sierpniu wybieram się znów na Węgry, a teraz byłem przez cały miesiąc. Jest ze mną siostrzyczka Alidka do końca maja i pomaga tu w codziennych sprawach. Dużo jeszcze administracyjnych spraw do załatwienia. Braciszek był też 70 lat naszym z nami !

Tyle na dziś z gorącym ucałowaniem Was wszystkich, a Ciebie i Danusię szczególnie.
 Do miłego - wujek C. Tibor + Alidka

PS. Kolega był i zgłosił się !




Mój krótki komentarz. Rozpacz po śmierci ukochanej żony Heleny kumuluje się w każdym słowie i napisanym zdaniu. Byli wzorowym małżeństwem - jakby żywcem wyjętym z filmowego serialu. Żyli tylko dla siebie, wspólnie tworzyli piękny, niepowtarzalny świat zdominowany miłością i pracą, apoteozą twórczego życia. Dobrana para naukowców i dobrych ludzi wzbogacających życie wszystkimi barwami otwartego altruizmu. Kochani, wielcy Przyjaciele, niedościgły wzorzec idealnego małżeństwa.

Tibor nie mógł pogodzić się ze śmiercią żony i wkrótce także On odszedł na drugą stronę życia podziwiać niebiańskie dzieło Stwórcy.Bardzo boleśnie przeżyliśmy z Danusią to rozstanie i bezpowrotną stratę Przyjaciół - mądrych, szczerych, otwartych, niezawodnych, bardzo kochanych, szanowanych i podziwianych. Bezinteresownych i wiernych. Aż trudno uwierzyć, że mogliśmy poznać takich pięknych, wspaniałych ludzi.

Zaskoczył mnie akapit listu, w którym Profesor mój manuskrypt stawia w albumie kondolencyjnym obok kondolencji Przewodniczącego Rady Państwa prof. Henryka Jabłońskiego. Gdzie Rzym, gdzie Krym, a gdzie Bolesławiec? Jeśli coś w moim piśmie było autentycznego - to ból i smutek, zrozumienie istoty ludzkiego dramatu, tęsknoty, samotności i oczekiwania na bezlitosną i nieuniknioną śmierć. Bo nawet nie pamiętam, czy znalazłem - po tym wstrząsie - dostatek słów pocieszenia.




00 - 561 Warszawa

ul. Mokotowska 26 m 64

7. II. 1977





Kochany Pawełku !

Kochana Młodzieży !

Znów piękne uznanie naszej ładnej nagrody, pracy i przyjaźni ! Dziś otrzymałem dziennik wojewódzki / … / Lud Pelofiego, a w nim o naszej galerii ! Autor uważa, że ten polski przykład powinno się naśladować. Cały artykuł zachowajcie. Przy okazji przetłumaczę go Wam.

Lublin się udał /wystawa malarska - PS/. Wybieram się na parę dni do Krynicy, jeżeli będzie tam miejsce.

Dużo serdeczności, ściskam Was i pozdrawiam - wujek Cz. Tibor

Dopisek - na tej samej pocztówce, jak zwykle, Małżonki Mistrza :

Listy, które przychodzą pisane przez Pawełka są na tak wysokim szczycie emocjonalnym, że wzruszają niepomiernie. Tacy ludzie jak Pawełek mogą góry przenosić i dęby przesadzać ! Wszystko na pochwałę pięknego i wyższego życia. Najlepsze pozdrowienia i uściski dla wszystkich - H. Csorba




Krótki komentarz. To słowa wybitnej humanistki, lekarza, profesora medycyny, mądrej kobiety i szlachetnego człowieka, której przyjaźnią mam prawo szczycić się do dzisiaj. Do dzisiaj pamiętam Twoje życzliwe spojrzenie, Twoje serdeczne słowa, urok osobisty i bogatą wiedzę - tę książkową i tę o realnym życiu. Taką wpisałaś się w moją świadomość - byłaś kimś niezwykłym, przebogatą osobowością i oceanem życzliwości, dobroci, opiekuńczości. Mimo upływu wielu lat - nie spotkałem więcej ludzi Twojego formatu. Tym boleśniej przeżywam Twoje odejście, niepowetowaną stratę Kochana Hanno. 

Są ludzie, których nikt i nic nie jest w stanie zastąpić …


Przy okazji nawiążę do innego epizodu związanego z historią mojej szkoły. Któregoś dnia sensację w mieście wzbudził wóz transmisyjny węgierskiej telewizji, który stanął przed gmachem “Ósemki” bez wcześniejszej zapowiedzi. Wizyta węgierskich pobratymców i przyjaciół znad Dunaju była dziełem naszego mecenasa i opiekuna profesora Tibora Csorby. Fachowi dziennikarze z kamerą zajrzeli w każdy kąt szkoły uzewnętrzniając wszystkie skarby mozolnie gromadzone przez długie lata : odkryli tu morze i przebogate królestwo Neptuna, znaleźli historię średniowiecznych gwarków - kopaczy złota, zadziwili się ilością kilkudziesięciu medalowych odznaczeń placówki oświatowej, wyszukali rodzimy polski folklor i egzotykę sal Indyjskiej, Indonezyjskiej,rosyjskiej, jugosłowiańskiej czy niemieckiej. Wypili herbatę z samowara w szkolnej białoruskiej herbaciarni, zjedli ciasto przy kawie w Klubie Neptuna, sfotografowali przebogate wnętrza Izby Pamięci Narodowej. Urzekł ich system pracy wychowawczej szkoły, kilkanaście sal - muzeów z tysiącami eksponatów, pomniki przed gmachem Tysiąclatki i przebogata galeria obrazów im.Prof. Dr Tibora Csorby oraz galeria rzeźb ludów Afryki i Azji.

Tak powstał najdłuższy, kilkuodcinkowy reportaż telewizyjny o życiu i pracy nietypowej szkoły autorstwa węgierskich dziennikarzy, dzieło kompleksowe i unikalne. Nasza TV centralna i wojewódzka we Wrocławiu przybywały tu dziesiątki razy, ale zawsze były to wycinki tematyczne, rozproszone, ciekawe, ale wyczerpujące tylko cząstkę problemów z większej całości. Może ktoś pokusi się o napisanie pracy magisterskiej na ten temat, bo warto. W ogóle dzieje i doświadczenia tej szkoły są prawdziwą kopalnią doświadczeń nie do powtórzenia, ale do przypomnienia działań i nowatorskich doświadczeń ambitnych nauczycieli w drugiej połowie minionego XX wieku. Warto im się przyjrzeć i odkurzyć, przywrócić dawny blask na zasadzie ochrony i obrony myśli pedagogicznej przed zniszczeniem i zapomnieniem. Bo nowatorstwo i innowacja rodziły się nie tylko w Warszawie, co udowadnia zainteresowanie prowincjonalną szkołą w Bolesławcu w dumnej stolicy i na dalekim Wybrzeżu, a nawet na Węgrzech.

Pomijam moją prywatną satysfakcję - ta legła w gruzach wraz z harakiry dokonanym na “Ósemce” i skutecznym zrealizowaniu przez złych ludzi u steru władzy hunwejbinowskiej zasady : zniszczyć do fundamentów przeszłość, budować nowy świat. Nie będę rozwijał tematu. Bo to jest Polska właśnie ...A ja mam już 80 lat długiego życia.


W innym miejscu cytowałem roboczy fragment korespondencji ze znanym pisarzem Stanisławem Strumph Wojtkiewiczem, który odwiedził mnie w Bolesławcu dla napisania eseju na zlecenie redakcji “Oświaty i Wychowania”. Ograniczę się zatem jedynie do zaprezentowania skanu krótkiego tekstu /widzieliśmy się później wiele razy w stolicy, łączyły nas także więzi korespondencyjne do chwili śmierci autora wielu mądrych książek/. Mogę mówić o czymś więcej niż zdawkowa sympatia, zrodziła się też dojrzała męska przyjaźń i to jest piękne w odkurzonych wspomnieniach.



Nie wymienię chyba wszystkich przyjaciół - tak wielu przewinęło się ich w moim długim życiu. Wspomnę w tym miejscu o pułkowniku WP Henryku Wawrzynowiczu, barwnej postaci przedwojennego oficera o nienagannych manierach, inteligentnego humorysty, który zaskakiwał nierzadko zrodzonymi na poczekaniu sytuacyjnymi dowcipami. Wyróżniał się kulturą języka i niepoprawnym życiowym optymizmem, trudno mu było dorównać w opowieściach o bogatych epizodach z własnej wielobarwnej biografii. 

Cytuję treść pocztówki wysłanej ze szpitala :

Bolesławiec, 30. 01. 1979

Drogi Pawełku !

Mogę jeszcze utrzymać długopis w ręku. Zawiadamiam Cię, że 7. 02. 79 przyjeżdża płk. Iwaszkiewicz /z Gruzji - PS/ do nas. Najgorsze mam poza sobą. Od 9. 12. 78 leczę się w szpitalach. Obecnie u p. W. Ratajskiej. Niedługo wyjdę. Serdecznie pozdrawiam i ściskam. Henryk.

PS. /na rewersie pocztówki/ Pozdrowienia dla miłych znajomych Pań i naszego kumpla płk. Romanowskiego, który otrzyma Honorowe Obywatelstwo Bolesławca.

Z tym “naszym kumplem” Henio przesadził - w kręgach wojskowych raczej nie przebywałem, zwłaszcza na imprezach towarzyskich, ale to charakteryzuje osobowość naszego bohatera - przychylić każdemu cząstkę nieba, bratać się przy kieliszku wina, otaczać się kręgiem wielu przyjaciół, być szarmanckim wobec kobiet. Zwłaszcza pięknych kobiet ...A płk. Aleksander Iwaszkiewicz tuż po wojnie otarł się o Bolesławiec i z tamtego czasu wywodzi się jego zażyłość i przyjaźń z Henrykiem. Miał zresztą domieszkę polskiej krwi w swoich żyłach, był spokrewniony z naszym pisarzem Jarosławem Iwaszkiewiczem, chociaż nigdy nie spotkali się ze sobą. Ale to już inna historia. Sala Przyjaźni w “Ósemce” nosiła imię płk. Aleksandra Iwaszkiewicza, który odwiedzał szkołę wiele razy. Otrzymywałem też od niego pisane po polsku listy i dziesiątki pocztówek z pięknymi krajobrazami Gruzji.




Warszawa, 13 lutego 2000

Bardzo przepraszam, że dopiero teraz po tak długim czasie korzystam z adresu Pana otrzymanego od Dr Niewodniczańskiego. Już dawno t. zn. zaraz po przeczytanniu “Epitafium”, kiedy mi zaświtało, że autorem może być właśnie Pan, chciałam napisać parę słów, a ostatnio przeszkodziły mi różne sprawy domowe i zdrowotne. Teraz z opóźnieniem chcę Panu powiedzieć, że popłakałam się jak bóbr czytając Pana wspomnienie. A stało się tak zanim spojrzałam na podpis, więc popłakałam się “obiektywnie”, jeżeli można w takim kontekście tak powiedzieć - było mi bardzo miło, że zdążyłam sobie skojarzyć osobę znaną mi z korespondencji z podpisem autora. Mam nadzieję, że “Trybuna” wyda kiedyś te pamiętniki w formie książki. Takie zestawienie byłoby bardzo ciekawe. Zgłosiłabym się - po pensjonarsku - do Pana po autograf na odpowiednim fragmencie.

Tyle już lat minęło i w Pana i w naszym przypadku, rany są ciągle takie same. Ze wzruszeniem wspominam Pana stosunek do Tatusia i to bardzo cenne wspomnienie w tych ciężkich czasach.

Serdecznie Pana pozdrawiam od nas wszystkich -

Ewa Wieczorek



PS. Od siebie muszę w tym miejscu dodać kilka słów wyjaśnienia. To list córki Przewodniczącego Rady Ochrony Pomników Walk i Męczeństwa, który wręczał mnie w Warszawie wysokie odznaczenie - Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski za zasługi w dziele patriotycznego wychowania młodzieży.Obecny na uroczystości był kolejny serdeczny przyjaciel i inicjator mojego wyróżnienia - Kazimierz Burża, oficer Armii Gen. Franciszka Kleeberga w bitwach pod Kockiem i innymi miejscowościami. W kilka tygodni po moim odznaczeniu Janusz Wieczorek już nie żył : serce nie wytrzymało nagonki na dzieło prawego, zasłużonego dla ratowania pamięci historii ojczystego kraju człowieka. Wysłałem kondolencje do jego rodziny, chociaż jej bliżej nie znałem. Z pełnym szacunkiem odnoszę się do życzliwego mnie ministra, z którym utrzymywałem łączność korespondencyjną. Mieliśmy zbliżone poglądy na współczesne przemiany zachodzące w Polsce, stąd wzajemna sympatia i szacunek. 

Cytowany artykuł “Epitafium” poświęciłem zmarłemu bratu, biednemu “dziecku wojny”, który dożył zaledwie 49 roku życia. Zdolny mgr inż odlewnik, budował m.in. odlewnię żeliwa w Koluszkach koło Łodzi, wcześniej odbywając staż merytoryczny w USA, przenosząc obserwacje i nabyte doświadczenia amerykańskie na grunt Polski. Wstrząsająca opowieść wzruszyła wielu czytelników, wśród nich autorkę listu, córkę ministra.




Kolejny list ze stolicy, tym razem przedstawicielki młodego pokolenia ambitnych dziennikarzy.

Warszawa, 23. 10. 2002

Szanowny, miły Panie Pawle.

Dziękuję za odpowiedź tak sympatyczną i osobistą. Wzruszające to doświadczenie - czytać o uczuciach tak szczerych, mocnych, wiernych. Pięknie pisze Pan o żonie i o swoim przyjacielu. Takie słowa zapadają w pamięć, w kolekcję dobrych, krzepiących opowieści.

Panie Pawle - ja też boję się, że świat zmienia się w złą stronę, że brak w ludziach idei, zapału, bezinteresowności. Bardzo jednak staram się dostrzegać każdy przejaw nadziei, że może są jeszcze na świecie ludzie tacy, jak dawniej - zaangażowani, pomocni, wspaniali po prostu. Wychowana byłam w domu, w którym nigdy nie zwracało się uwagi na pieniądze, nie liczyło na zysk. Oboje rodzice pracowali naukowo. Zawsze ważniejsze dla nich było , by robić coś, co się lubi, czym można pomóc ludziom. Oczywiste było dla mnie, że w pracy liczy się dzieło, odkrycia, szacunek ludzi - a nie zarobki. Gdy siedem lat temu zaczęłam pracować zawodowo /wówczas w redakcji miesięcznika Zwierciadło/, przez pierwsze dwa lata ciężkiej pracy nie zarobiłam prawie nic. O nic nie prosiłam, nie zabiegałam, nie stawiałam warunków. Ważniejsze było to, że uczestniczę w czymś ciekawym, kształcącym, rozwijającym. Oczywiście wzbudzałam taką postawą spore zdziwienie, ale okazało się, że nawet w obecnych czasach może to być docenione. Po jakimś czasie zaangażowano mnie , z czasem stałam się kierownikiem działu. Byłam szczęśliwa, że “awans” zawdzięczam właśnie tym wartościom, które wpojono mi w domu. Część moich znajomych miała podobne losy. Są więc ludzie w młodym pokoleniu, którzy starają się nie zatracić w pogoni za pieniędzmi.

Piszę to jako luźną refleksję, która może jakoś Pana - wieloletniego pedagoga, człowieka, który całe życie wpajał młodym ludziom szczytne idee - pocieszyć i natchnąć optymizmem. Nigdy nie ginie dobro, które się ludziom ofiarowało, trud, jaki się zadało, by nauczyć ich życiowych wartości. Ci, którzy lekceważą wszelkie zasady i kierują się wyłącznie zyskiem, są po prostu głośniejsi, bardziej widoczni. Ale jest jeszcze rzesza cichych, spokojnych młodych ludzi, którzy będą się starali swoim dzieciom przekazać to, co w życiu najważniejsze.

Proszę potraktować mój list jako chęć rozmowy z Panem. Jest ona dla mnie zaszczytem i przyjemnością.

Z wyrazami szacunku. Joanna Szulc

“Poradnik Domowy”

PS. Esej i opowieść o Tiborze Csorbie z chęcią pokażę moim rodzicom, którzy znali go osobiście. Ja poznałam jego postać wyłącznie z opowieści. Gdy Pan odbierał nagrodę przyznaną przez Muzykę i Aktualności, ja miałam zaledwie rok … Byłam jednak od wczesnego dzieciństwa karmiona przez bliskich rodzinnymi opowieściami i anegdotami. Czasem czuję się, jakbym rzeczywiście w tym wszystkim kiedyś uczestniczyła.


Nie prezentuję wszystkich pocztówek od kręgu przyjaciół, które przez wiele lat napływały do domowego i szkolnego archiwum. Zajęłoby to zbyt wiele miejsca. Pisanie i odpowiedzi na nie stanowiły tytaniczną pracę, ale i urok barwnego życia, wzbogacenie jego treści. Są jak iskry strzelające z wielkiego ogniska, jak synteza myśli z wielkiego świata, w którym autorzy rzadko pozwalają sobie na dziecięcy niemal zachwyt na urodą istnienia. Przykład? Pisze Tibor z Budapesztu :

31. VII.77 Kochani !

Szczęśliwie, choć z 2 godz. opóźnieniem, ale doleciałem ! Zajadam się upałem /?/, arbuzami, cudowną papryką i owocami. Serdecznie Was ściskam, pozdrawiam -

C. Tibor

Taki promyk węgierskiego słońca przesłany do Bolesławca …

Inna pocztówka .

11. X. 83 Kochani Nasi !

To miasto i cały zakręt Dunaju Was wspomina i marzymy tutaj… Pozdrowienia, ściskam serdecznie - Wujek C. Tibor

Dopisek Hani. Kochani, reklamują Was wszyscy - dlaczego Was nie ma? W tym roku też tutaj dobrze czuliśmy się, ale jeszcze Kiskunkalos okazał się serdecznym przyjacielem. Opowiemy wszystko w Warszawie po 25. X. 83

Hanka



Mało słów, dużo treści i ta cudowna empatia, wielka życzliwość i dobroć kochających serc … Żeby o tym pisać - trzeba być poetą i to wielkim poetą. Do takiej roli nie pretenduję. Szersza interpretacja tych paru słów emanuje wielką emocjonalnością łączącą adresatów i niech tak pozostanie.                

piątek, 12 czerwca 2015

KORESPONDENCJA Z “PŁOMYKIEM”


Warszawa 06.06.75 r

Panie Dyrektorze!

Dziękujemy za ciekawy materiał o bolesławieckiej szkole. Postaramy się zamieścić go w jednym z numerów “Płomyka”, może po wakacjach. Dla zachęty - może inne szkoły też pójdą Waszymi śladami. Bo pomysł ukwiecenia szkoły - bardzo piękny.

Serdeczne pozdrowienia dla Pana i Wychowanków 

Anna Horodecka



Efekt końcowy? Wizyta w szkole warszawskiej dziennikarki, wykorzystany w druku nasz materiał i sążnisty artykuł życzliwej pani redaktor, dalsza współpraca i wiele kolejnych informacji w piśmie młodzieżowym na temat “Ósemki”. Redaktorka ze stolicy na stałe wpisała się do kręgu przyjaciół dolnośląskiej Tysiąclatki i została odznaczona medalem “Primi inter Pares”. Po wielu kolejnych latach na wniosek dzieci ta sama redakcja odznaczyła mnie odznaką “Szkarłatnej Róży”, nietypowym i pięknym wyróżnieniem, które bardzo wysoko cenię.

Kolejny list z moich rodzinnych stron, z dalekiego Augustowa. Tak rodziły się - poprzez szkołę - kolejne przyjaźnie, które przetrwały długie lata.




Augustów, 3. 12. 1974.

Szanowny Panie!

Otrzymałam dzisiaj list Pana oraz zdjęcia. Serdecznie dziękuję za miłe słowa o twórczości mojej i zainteresowanie nią. Tak jak Pan pochodzę z Białostocczyzny, właśnie z Augustowa. Malowałam również motywy pejzażu Białowieskiego. Byłam szczęśliwa, gdy na płótnie udało mi się stworzyć urok leśnych głuszy. W puszczy Białowieskiej bywają plenery artystów plastyków. U nas również w trudnym okresie mego startu wielką pomocą służyli mi pedagodzy naszych szkół. Ostatnio skończyłam cykl 10 pejzaży augustowskich dla naszego Związku Nauczycielstwa Polskiego.

W naszych szkołach również jest wiele moich obrazów - darów i zakupów. W Waszej szkolnej galerii chciałabym mieć coś godnego tak niezwykłego mecenatu. Mecenat nowoczesny i ogromnie pożyteczny.

Zastanawiałam się - co za pejzaż powinien tam reprezentować nasze strony i bardziej realistyczne tendencje w sztuce. Pejzaż jest ogromnie dziś przez ludzi zmęczonych życiem poszukiwany. A przez pełnych jeszcze sił kochany jako coś, co jest dziś ogromnie zagrożone, a piękne. Postanowiłam namalować fragment Puszczy Białowieskiej.

Będzie to mój dar. Potrwa to pewien czas /technika olejna długo schnie/.

Dziękuję za zaproszenie. Z Dolnego Śląska - gdzie bywałam i nawet gdzie chciałam pracować - mam miłe wspomnienia.

Łączę serdeczne pozdrowienia z życzeniami owocnej pracy i mecenatu.

Irena Krzywińska



Krótki komentarz o genezie przyjaźni, która wzbogaciła galerię malarską im. Prof. dr Tibora Csorby nie jednym, a pięcioma olejnymi obrazami życzliwej artystki, w tym tryptykiem na temat Powstania Warszawskiego. Jakie jest źródło naszej znajomości i jak rodziła się bezinteresowna przyjaźń?

W jednym z kolorowych tygodników ukazał się obszerny reportaż o malarce z Podlasia z reprodukcją kilku przepięknych obrazów jej autorstwa. Bez zwłoki wysłałem obszerny list z informacją o szkolnej galerii i folderem informacyjnym oraz prośbą o wzbogacenie kolekcjonerskich zbiorów “Ósemki”. I to był strzał w dziesiątkę.


Takich listów wysłałem zapewne około czy ponad 300, bo tyle przepięknych obrazów liczyła wielka galeria. Tylko kilka z nich pozostało bez echa. Nie siła argumentacji decydowała o sukcesie. Po prostu ludzie są dobrzy,a artyści wyjątkowo wrażliwi i serdeczni. Prawdziwi i wielcy artyści gotowi są dzielić się z drugim człowiekiem nawet ostatnią kromką chleba. I to jest piękne, to wzrusza i uszlachetnia życiową codzienność. To poszukiwacze i darczyńcy utrwalonej na płótnie czy papierze urody życia, świata otulającego nas magią kolorów. Są jak poławiacze pereł nad brzegiem bezkresnego oceanu. Oni wzbogacają świat i ludzką wrażliwość własnym talentem.



KORESPONDENCJA Z “PŁOMYKIEM”- ciąg dalszy

Warszawa, 8. 08. 1976

Szanowny Panie Dyrektorze
Artykuł o Pana szkole ukaże się chyba w paździierniku /piszę “chyba”, gdyż drukarnia bardzo opóźnia druk/. Prawdopodobnie będzie miał Pan żal do mnie, że o wielu ważnych sprawach nie napisałam, ale naprawdę trudno mi było zmieścić i tak już obszerny materiał.
Proszę o wyjaśnienie pewnych danych :
Czy delegacja z Kapitanem Kalickim odwiedziła szkołę po wizycie na statku “Dembowski”, czy też przed tą wizytą?
Którego dnia i w którym roku została w kronikarskich zapiskach umieszczona informacja o nadaniu szkole medalu “Mecenas Sztuki”?
Czy m/s “Pekin” jest drobnicowcem?
Czy Ela pisała, że ma już płetwy rekina i żebro wieloryba do zbiorów /to chyba donosiła w jednej z kartek pocztowych?/
To chyba wszystko. Zamieścimy te zdjęcia, które od Pana otrzymałam, ale jeśli znalazł Pan coś lepszego /zwłaszcza fotografię szkoły/ - to bardzo proszę przesłać.
Dziękuję jeszcze raz za miłe przyjęcie i serdecznie pozdrawiam -

Anna Horodecka


Oczywiście w zapowiedzianym terminie ukazał się sympatyczny artykuł o szkole, wcześniej odpowiedziałem na zadane pytania /w tamtej epoce mogliśmy się porozumiewać tylko listownie lub telefonicznie, komputerów nie było .../. Kapitan Ż. W. Tadeusz Kalicki odwiedzał szkołę wiele razy/ to przecież jeden z Kawalerów “Orderu Uśmiechu”/, medal “Mecenas Sztuki” krakowskiego jury związanego z Akademią Sztuk Pięknych mieliśmy od wielu lat jako pierwsza i chyba jedyna do tej pory placówka oświatowa w Polsce, m/s “Pekin” był drobnicowcem i naszym pierwszym statkiem patronackim, Ela płynąca na statku m/s “Wineta” na łowiskach afrykańskich ryb informowała szczegółowo o wszystkich “zdobyczach” z królestwa Neptuna, które trafić miały do zbiorów muzealnych “Ósemki”. To był dobry czas - prawdziwy “złoty wiek” dla naszej ambitnej szkoły. Listy kryją w swoim wnętrzu często ważne, ale już zapomniane epizody. Wynikało to z ich natłoku i tempa szkolnego życia wplątanego w wielką pasję odkrywców i kolekcjonerów tworzących “szkołę inną niż wszystkie”, co zgodnie potwierdzali wszyscy piszący o nas dziennikarze, do których ja także się zaliczałem.


Dzięki moim lapidarnym notatkom prasowym o najważniejszych wydarzeniach w Tysiąclatce - mimo niekompletności kroniki - mogę odtworzyć dużą część minionych wydarzeń i faktów. Nie wszystkich, niestety.

W tę część opracowania wplatam wątki osobistej biografii, gdyż łączą się one logicznie w całokształt mojego życiorysu związanego z pracą dla szkoły - nawet poza jej murami. Stąd pełne uzasadnienie mają kopie dokumentów /zeskanowanych/, które przybliżają zasługi z zakresu dziennikarstwa / 30 lat pisania do gazet i periodyków na forum ogólnopolskim, zasiadanie w Radach Redakcyjnych czasopisma resortu “Oświaty i Wychowania” oraz miesięcznika rzemiosła polskiego “Super Kontakty”, wreszcie funkcja społecznego rzecznika prasowego Urzędu Miasta Bolesławiec w czasie II kadencji odrodzonego samorządu - jako radny i członek Zarządu Miasta, przynależność do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i Stowarzyszenia Autorów Polskich, wreszcie funkcja Redaktora Naczelnego miesięcznika “Głos Bolesławca”, który w 1996 roku zajął I miejsce w konkursie prasy lokalnej województwa Jeleniogórskiego/.



Jestem jedynym mieszkańcem Bolesławca, który chlubi się dyplomem i tytułem “Zasłużony dla Rozwoju Kopalni Węgla Kamiennego “Nowy Wirek” w Rudzie Śląskiej i nie ma w tym fakcie przypadku, podobnie jak godność Honorowego Górnika ZG “Konrad” w Iwinach koło Bolesławca oraz otrzymanie Honorowej Szpady Górniczej i tytułu Technika Górniczego I stopnia Dolnośląskiego Zjednoczenia Przemysłu Węglowego w Wałbrzychu. Nie ja zabiegałem o te splendory, ofiarowali je ludzie z zewnątrz, a więc obiektywni w ocenie zasług i dorobku. Czy zapomniano o szkole? Nic bardziej błędnego - po otwarciu w “Ósemce” imponującego, dwuizbowego Muzeum Górniczego zwiedzający je Minister Górnictwa i Energetyki wyróżnił naszą szkołę jako pierwszą w kraju - Honorową Szpadą Górniczą. Nasze muzeum górnicze też było pierwszym w kraju, dysponowało impoującymi zbiorami geologicznymi i historycznymi nawet z epoki gwarków średniowiecznych, stąd zwiedzający przecierali oczy ze zdumienia. Całość przypominała wnętrze kopalni rudy miedzi z tzw. chodnikiem “upadowa”, czyli skośnym zejściem w głąb kopalni. To dzieło niezapomnianego “nadwornego” twórcy dzieła - Zygmunta Wydrycha, z zawodu technika górniczego, Kawalera “Orderu Uśmiechu”.


Prezentuję w tej części opracowania kartę zaproszenia na “DNI MORZA”:87” w naszej placówce oświatowej ze względu na zakres i poziom wydarzenia, które przyciągnęło do Bolesławca gości z całej Polski, a głównie z Wybrzeża. Nie wymaga ono szerszego komentarza, może jednak zadziwiać - jeśli nie zdumiewać - ogromem faktów łączących się z harmonijnym morskim wychowaniem młodych ludzi. Przybliżę kilka szczegółów.

W samo południe odbywa się uroczystość na placu apelowym im. Marynarki Wojennej wzbogaconym wielką galą banderową rozwieszoną na wysokich masztach. Przy pomnikach Ludzi Morza sławiących ich bohaterstwo w czasie II wojny światowej - Obrońców Helu i generała Franciszka Kleeberga /patronackiego statku szkoły, największego i najbardziej nowoczesnego we flocie PLO w Gdyni/. Warty honorowe szkolnych jungów w strojach marynarzy. Uroczyste odsłonięcie pomnika ku czci Marcina Opitza, urodzonego w Bolesławcu wielkiego niemieckiego poety w służbie dyplomatycznej jedynego polskiego “morskiego” króla Władysława IV. Na białej marmurowej kolumnie stoi wykuty w miedzi żaglowiec, u stóp cokołu morska kotwica i wydobyte z wodnych głębin Bałtyku granitowe głazy. Młodzi marynarze składają wiązanki kwiatów pod pomnikami M. Opitza, Gen. Kleeberga i jego Żołnierzy, Bohaterskich Obrońców Helu i Ludzi Morza - z największą w kraju kotwicą ze statku m/s “Karkonosze”. To także wielki symbol związków szkoły i miasta z morzem.



Hymn szkolny i wyprowadzenie sztandaru. Wewnątrz gmachu - nowe przeżycia. Uroczyste odsłonięcie tablicy pamiątkowej przed Salą Kaszubską i nadanie jej imienia Zofii Świerczyńskiej.Przecięcie wstęgi pamiątkowej i oddanie do użyytku imponującej i zachwycającej urodą auli szkolnej. Otwarcie Sali Tradycji Szkoły.

W auli odbywa się program artystyczny pod hasłem SPOTKANIE Z MORZEM Imponują swoim kunsztem artystycznym szkolne zespoły artystyczne. Występuje zespól wokalny “Jantary”, laureat I nagrody w Wojewódzkim Festiwalu Piosenki Żeglarskiej ZHP, zespół wokalny “Mewy” /iii nagroda/. Imponuje album szkolnej poezji o morzu - w recytacji autorów, wreszcie koncert wokalny dedykuje ludziom morza reprezentacyjny szkolny zespół wokalno - muzyczny “Muszelki”.



Po południu SYMPOZJUM MORSKIE złożone z wielu wystąpień referentów - nauczycieli i uczniów. Program szczegółowy :
  • Wychowanie morskie młodzieży w “Ósemce” - Paweł Śliwko,dyrektor szkoły
  • Postać Marcina Opitza - G. Gzubicka
  • Nasz udział w Roku Morskim w Oświacie - M. Borowska
  • Związek szkoły z ludźmi morza - H. Hołubowicz
  • Morze i wychowanie estetyczne - R. Kasprzycka
  • Doświadczenia i perspektywy edukacji morskiej - D. Molenda H. Tarnowsk
  • Wystąpienia uczniowskie
  • Szkolna gazetka ścienna “Róża Wiatrów”
  • Formy kontaktów z ludźmi morza, szkolna obrzędowość morska, harcerstwo i morze - A. Kaliberda, przewodnicząca Samorządu Uczniowskiego.
  • Kilka fotografii prezentuje zbiory z Muzeum Morskiego, które założyłem w poprzedniej “mojej” szkole nr 4 im. Jana Matejki.