piątek, 17 października 2014

KILKA UWAG O INTERPELACJACH RADNEGO /Część I/


Tylko z pozoru tradycyjny punkt obrad każdej sesji Rady Miasta w Bolesławcu : interpelacje - wnioski - zapytania należy do mało znaczących. Dotyczy on nie tylko doraźnych interwencji i spostrzeżeń rajców, ale też spraw zapomnianych, zaniedbanych, ciekawych i ważnych. Mam spore doświadczenie z tego zakresu, ale ograniczę się tylko do kilku przykładów spraw załatwionych pozytywnie lub negatywnie spośród ponad 60 zgłoszonych na forum publicznym uwag w toku trwania bieżącej kadencji Rady.

Jako radny II kadencji i ówczesny członek Zarządu Miasta /przed 14 laty .../ zgłosiłem wniosek o nadanie jednej z ulic miasta imienia MIECZYSŁAWA ŻOŁĄDZIA, zasłużonego artysty plastyka, znanego także poza lokalnym środowiskiem rzeźbiarza, architekta, grafika, stolarza artystycznego, konserwatora zabytków, a nawet … reżysera sztuk teatralnych wg. własnych tekstów i scenografii, który zmarł w 1996 roku. Mieszkał w Bolesławcu przez wiele lat, tutaj rozkwitł jego talent artystyczny, a swoje dzieła tworzył także m.in. w Jeleniej Górze, Lwówku, Grodźcu /uratował przed ruiną i częściowo własnoręcznie odremontował monumentalną historyczną budowlę - zamek obronny na szczycie bazaltowego powulkanicznego kopca/, obrazy związane ze sztuką sakralną pozostawił po sobie w kilkunastu kościołach Dolnego Śląska. Wniosek zyskał akceptację radnych, ale nie doczekał się realizacji. 

Trauma po śmierci ukochanej żony wyłączyła mnie z ubiegania się o mandat radnego i z życia społecznego w środowisku przez trzy kolejne kadencje. Z marszu - bez banerów, plakatów, szaleńczej propagandy wizualnej, bez rytuału wojen podjazdowych i brudnych anonimów - wygrałem rywalizację z wieloma “pewniakami” . Zostałem radnym któryś raz z rzędu, jak zawsze niezależnym, skupionym w działaniu na sprawach lokalnej wspólnoty.

Już na początku kadencji powróciłem w interpelacji do nazwania ulicy imieniem Mieczysława Żołądzia. Poszerzyłem pierwotną propozycję o rozwiązania alternatywne : jeśli nie nazwa ulicy /chociaż mamy w mieście dziwne i nic nie znaczące nazwy, np. ul. Śluzowa czy 10 Marca/, to nazwanie imieniem mistrza pędzla i palety czy rzeźbiarskiego dłuta reprezentacyjnej SALI ŚLUBÓW w Ratuszu, którą sam zaprojektował i ozdobił trwałymi ściennymi freskami i okiennymi witrażami, a sąsiednie pomieszczenie także galerią portretów historycznych władców, wizerunkami Orłów na przestrzeni dziejów i innymi akcentami historycznymi. Kolejna możliwość godnego uczczenia pamięci zasłużonego dla miasta człowieka to umieszczenie PAMIĄTKOWEJ TABLICY na murze kamienicy przy tzw. Bramie Piastowskiej, którą zdobią powiększone kompozycje przestrzenne dawnych pieczęci miejskich, zaprojektowane i wykonane przez zmarłego artystę. W tej kamienicy mieszka do dzisiaj jego żona i rodzina.

Wrocławskie “Ossolineum” opóźnia się z przygotowaniem i wydaniem okolicznościowego albumu z reprodukcjami dzieł bolesławieckiego twórcy. Warto zatem - bo to najwyższa pora - zdobyć się na dodatkowy wysiłek i godnie uczcić jego pamięć, o co bezskutecznie zabiegałem już w dość odległej przeszłości.

Kończy się kadencja Rady Miasta, a ulicy im. Mieczysława Żołądzia wciąż nie ma. Pozwolę sobie na przybliżenie czytającym dwóch dokumentów akceptujących interpelację i tajemnicze “zdjęcie” z porządku obrad gotowej do przegłosowania uchwały w tej sprawie. Cuda zdarzają się także w Bolesławcu, o czym za chwilę napiszę w komentarzu.

7 lutego 2011 roku otrzymuję sympatyczny list podpisany przez I Zastępcę Prezydenta Miasta, którego fragment cytuję :

“Odpowiadając na Pana interpelację w sprawie uczczenia pamięci zasłużonego dla Bolesławca artysty plastyka Pana Mieczysława Żołądzia informuję, że z aprobatą przyjmuję Pana inicjatywę”.

/ … /Skan dokumentu w załączeniu.

Dnia 02.06.2011 r. gotowy jest druk Uchwały Rady Miasta “w sprawie nadania nazwy ulicy na terenie miasta Bolesławiec”.

Po wyszczególnieniu podstawy prawnej w p. 1 sformułowano zapis:

“Nowo utworzonej ulicy /drodze wewnętrznej/ położonej w południowo - wschodniej części miasta, stanowiącej działkę nr 564 o pow. około 0,2060 ha /.../ Bolesławiec - 13 nadaje się nazwę “ulica Mieczysława Żołądzia”.

P.2.Przebieg i granice ulicy wymienionej w ust.1 oznaczone są na mapie stanowiącej załącznik do niniejszej uchwały.” /.../

Załączam także skan uzasadnienia uchwały - w oryginalnym dokumencie. Miałbym prawo do pełnej satysfakcji osobistej, gdyby nie tajemnicze kulisy tej sprawy, o których nikt mnie nie poinformował ani wcześniej, ani później. Cóż - daleko nam do manier Wersalu …

Pada wniosek o zdjęcie z porządku obrad sesji Rady Miasta uchwały poprzednio zaakceptowanej przez wszystkie komisje. Tylko ja głosuję przeciw. ‘Nec Herkules contra plures” - jak głosili starożytni Rzymianie. Dopowiem więcej - już od siebie. Mściwość jest cechą ludzi prymitywnych i złych. Nie wiem, komu porywczy artysta nastąpił na odcisk, tylko domyślam się intencji wysokiego sądu, tym razem omylnego i zaściankowego.Wyrok dotyczył tym razem poglądów, a nie zasług. W cywilizowanym świecie obowiązuje zupełnie inna metodologia oceny zjawisk społecznych i osobowości jednostki, człowieka. Mamy prawo różnić się między sobą. Nie tylko w zakresie statusu majątkowego. Trzeba szanować psychiczną odrębność człowieka.Wielcy artyści też popełniali błędy, nawet jeśli w portretowanych postaciach apoteozowali ludzi miernych czy niesympatycznych. To specyficzny przywilej ich autonomicznego talentu i niezależności w mysleniu.

A Bolesławiec nadal nie ma ulicy imienia Mieczysława Żołądzia. Jesteśmy na szczęście w Europie. Demokratycznej Europie. Może w następnej kadencji Rady Miasta - już beze mnie - któryś z rajców powtórzy moją interpelację z pełnym skutkiem? Tego życzę mieszkańcom pięknego i dumnego nadbobrzańskiego grodu.

Kolejny wniosek dotyczył nazwania reprezentacyjnej SALI RAJCÓW miejskiego Ratusza w Bolesławcu /ta nazwa to mój pomysł z II kadencji rady/ imieniem urodzonego tutaj wybitnego niemieckiego poety i polskiego dyplomaty MARCINA OPITZA /1597 - 1639/. Byłoby to zarazem symboliczne podkreślenie partnerskich więzi naszego miasta z Siegburgiem /RFN/ w XX rocznicę podpisania umowy o współpracy /jubileusz wypadał w roku 2012/ i wyeksponowanie uniwersalnych wartości kultury, która nie uznaje granic w zjednoczonej Europie. Bolesławiecki poeta stworzył podstawy niemieckiego języka literackiego i co dla nas szczególnie interesujące, ważne i istotne - na długie lata związał swoje losy z Polską jako dyplomata w służbie jedynego polskiego “morskiego” króla Władysława IV Wazy.

Ten ostatni fakt - związków wybitnego poety z morzem - spowodował wzniesienie na posesji byłej “morskiej” szkoły nr 8 okazałego pomnika ku jego czci jako oryginalnej inicjatywy szkolnej społeczności. Kompozycja została zbudowana z dwu fragmentów oryginalnych greckich kolumn z białego marmuru zwieńczonych miniaturą wykutego w miedzi średniowiecznego żaglowca /dar Zakładów Górniczych “Konrad”, dzieło pracownika kopalni p. Jana Siarkowskiego/ oraz okrętowej kotwicy i granitowych głazów narzutowych. Mimo upływu czasu pomnik na posesji dzisiejszego Gimnazjum Nr 3 zachował się niemal w pierwotnej postaci - z wyjątkiem zaginionego lub zniszczonego żaglowca.

Przed zakończeniem II wojny światowej istniał w naszym mieście inny pomnik Marcina Opitza, eksponowany na starych pocztówkach.

Sugerowałem przyjęcie następujących wniosków. Nazwanie SALI RAJCÓW imieniem MARCINA OPITZA, co służyłoby symbolicznie dalszemu zbliżeniu i ożywieniu współpracy polsko - niemieckiej na szczeblu miast partnerskich, ale również w szerszym wymiarze regionalnym. Poetyckie przesłanie stanowiłoby symboliczny nakaz dla rajców, aby w tym miejscu mówić pięknie i mądrze - nawet przy różnicy poglądów. Akt nadania sali imienia można było połączyć z powtórnym - oficjalnym - odsłonięciem odrestaurowanego pomnika Marcina Opitza przy Gimnazjum Nr 3 - wzbogaconego o okolicznościową tablicę pamiątkową. Udział gości z innych miast partnerskich nadałby imprezie rangę międzynarodową jako oryginalna forma promocji Bolesławca w Europie.

Pomysł nie został przyjęty do realizacji, a szkoda.

Opiszę los jeszcze jednej niespełnionej, praktycznie bezkosztowej inwestycji w kulturę i dekorację miasta. Interpelacja miała swoją wagę i rangę głównie z punktu widzenia symboliki i estetyki miasta, gdyż Bolesławiec posiada największą i najcięższą w kraju KOTWICE OKRĘTOWĄ wagi ponad 10 ton, która stanowi główny akcent kompozycji pomnikowej poświęconej “LUDZIOM MORZA” /treść tablicy pamiątkowej na kamiennym obelisku stojącym obok kotwicy/ przy budynku Gimnazjum Nr 3. Lokalizacja pomnika nie ma dziś związku z pracą nowej placówki oświatowej /nasyp ziemny przy końcowej - dobudowanej części gmachu szkoły/. Tymczasem interesująca historia cennego eksponatu zasługuje na pełniejsze wyeksponowanie, gdyż łączy się z “morskim” rozdziałem dziejów miasta, które miało w niezbyt odległej przeszłości nawet swój statek - imiennik m/s “Bolesławiec”.

Kotwica stanowiła element wyposażenia największego polskiego morskiego masowca /tankowca/ o wyporności ponad 100 tysięcy ton i została “zgubiona” /zerwała się z łańcucha/ przy zacumowaniu u wejścia do portu w Świnoujściu. Patronat nad kolosem okrętowym m/s “Karkonosze” sprawowało miasto Jelenia Góra jako naturalna stolica gór Karkonosze. Olbrzymią kotwicę zlokalizowali w akwenie i nie bez trudu wyłowili płetwonurkowie z miejscowego garnizonu Marynarki Wojennej, ale przeznaczyli ją nie dla miasta - imiennika statku, ale dla “morskiej” szkoły Nr 8 i dla “najbardziej morskiego miasta w głębi lądu”, jakim w owym czasie był Bolesławiec. Pominę inne szczegółowe i nader ciekawe fakty z tym związane, można je odnaleźć w kronikach szkolnych i notatkach prasowych. Przykładowo - miasto nie miało odpowiedniej wielkości dźwigu dla wyładowania kotwicy i ustawienia jej w odpowiednim miejscu, dopiero radziecki garnizon wojskowy w Trzebieniu przyszedł z pomocą, długo szukaliśmy odpowiedniego bloku skalnego granitu dla utworzenia kompozycji pomnikowej, znaleźliśmy wreszcie czarny sjenit na tablicę pamiątkową, wykonaliśmy ze stali nierdzewnej dekoracyjne nakrętki itp, Wszystko bezpłatnie, wszystko stanowiło dar serca i odruch dobrej woli licznych darczyńców, bezinteresownych sponsorów. Mieliśmy tę satysfakcję, że imponujący urodą i rozmiarami pomnik poświęcony Ludziom Morza odsłaniał autentyczny Człowiek Morza - Kapitan Ż. W. Tadeusz Kalicki.

Po wizji lokalnej radnych, członków Komisji Oświaty, Kultury i Nauki na budowie Parku Wodnego /dzisiejszy kompleks kąpielowy “Orka”/ wszyscy byli zgodni, że przy krytej pływalni jest najlepsze miejsce dla przeniesienia kotwicy - pomnika jako symbolu wody, morza, historii fascynacji edukacją morską w naszym mieście. Byłaby to jeszcze jedna z ciekawostek i atrakcji naszego grodu nad Bobrem, pod warunkiem starannego zagospodarowania tego niecodziennego zabytku w otoczeniu imponującego nowoczesnością ośrodka wodnego.

Czy coś się zmieniło od czasu złożenia interpelacji? Tak, została doszczętnie zniszczona tablica pamiątkowa z pięknym i godnym napisem wykutym w kamieniu : LUDZIOM MORZA. Czy rzeczywiście trzeba wymazać z ludzkiej pamięci długoletni epizod związków z morzem naszego miasta? Boli mnie postawienie takiego pytania.

Paweł Śliwko

piątek, 10 października 2014

POMNIK DZIECIOM WOJNY

To nie jest pomnik żołnierskiej chwały, chociaż odsłaniany w 75 lat po wybuchu krwawej, okrutnej II wojny światowej.
To zaklęty w kamieniu przejmujący krzyk bezsilnej rozpaczy setek tysięcy bezbronnych dzieci polskich i całej Europy skazanych na los niewolników w XX wieku pod hasłem robót przymusowych w III Rzeszy niemieckiej. Dzieci wydartych przemocą z ramion matek i ojców, skazanych na wynarodowienie albo zagładę w imię szaleńczych celów nazistów. Także całe rodziny polskich patriotów były skazane na okrutny los wegetacji w głodzie i chłodzie  na nieludzkiej niemieckiej ziemi przesiąkniętej nienawiścią do niższej rasy, do której zakwalifikowano nas, Polaków,
Byłem dzieckiem wojny, chociaż tego pojęcia nie znalazłem w Wielkiej Encyklopedii Powsszechnej PWN. W pamiętnym roku 1942 jechałem przez kilkanaście dni w tzw, bydlęcym wagonie do Prus Wschodnich na długą głodówkę i rozstanie z połową rodziny. Nie wytrzymał okrutnej gehenny młodszy brat, zmarł w zarządzonej ucieczce przed nacierającym od wschodu frontem. Nie odnalazłem nigdy miejsca jego pochówku. Żandarmi zabrali ojca na prowizoryczny posterunek. Już do nas nie wrócił i nie znam jego dalszego losu, mimo poszukiwania przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż. Czy to tylko jednostkowy przykład doznanych krzywd? Nic bardziej błędnego.
W Niemczech czekała nas ciężka katorżnicza praca od świtu do nocy u bauera Dawida Penschucka w wielkim gospodarstwie rolnym. Nas - to znaczy także dzieci. Wiosną przebieraliśmy zmarznięte ziemniaki z wielkich kopców, zimą zwoziliśmy grube gałęzie z drzew i pnie przeznaczone na opał, piłowaliśmy je i rąbaliśmy ciężkimi siekierami, latem pasłem wielkie i krnąbrne konie pociągowe. Byliśmy zawsze głodni i cierpieliśmy na choroby układu pokarmowego. Codzienne menu - to zupa z brukwi, lebiody, a nawet młodej pokrzywy. Osolona
nadawała się do jedzenia.Podobnie jak ziemniaki z odrobiną zsiadłego mleka. Wiecznie brakowało chleba, czarnego, podobno pieczonego z dodatkiem do mąki trocin. Pamiętaliśmy jeszcze smak polskich chlebowych sucharów, które wieźliśmy w lnianych woreczkach do Prus Wschodnich, twardych jak kamień, ale po zamoczeniu w wodzie pachnących Ojczyzną.   Smacznych, za którymi tęskniliśmy do końca wojny. Ponad 3 lata na  wrogiej obczyźnie.
Mieszkaliśmy w drewnianych, podszytych wiatrem barakach. Szpary w ścianach rodzice uszczelniali mchem i słomą. Zima oznaczała pasmo chorób i wycieńczenia. Nie widzieliśmy lekarza czy nawet pielęgniarki. Słabsze dzieci po prostu umierały. Nikt nie słyszał o szkole dla dzieci - niewolników. Kiedy skończyła się  wojna - miałem 10 lat i nie umiałem ani czytać, ani pisać. Z trudem nadrabiałem stracony czas życia. A Janusz Korczak - wielki znawca i przyjaciel dzieci - tak mądrze i pięknie pisał w swoich książkach:
‘Bez pogodnego, pełnego dzieciństwa życie dorosłe staje się kalekie”.
Nam brutalnie, przemocą zabrano dzieciństwo, wojna zdeptała prawo do miłości i radości, wykoślawiła dziecięce pełne człowieczeństwo. Jeszcze nikt nie opisał wyczerpująco kilkuletniej katorgi setek tysięcy dzieci - niewolników w XX-wiecznej, cywilizowanej Europie. Ten bolesny rozdział dziejów wypadł z kroniki Europy. To  nie zmowa milczenia,  ale  niewiarygodna wręcz trudność przekazania  bezkresu dziecięcego cierpienia  i płaczu, które nie znajdują nazwy w ludzkiej  mowie i pojedyńczych słowach. A przecież trzeba o tym pamiętać nawet po przebaczeniu zbrodni w zgodzie z chrześcijańską etyką. Ta kompozycja pomnikowa nie jest wezwaniem do nienawiści, jest przypomnieniem smutnej prawdy o tragedii wojny, która i dzisiaj zbliża się do granic starej i zadufanej w swoim bezpieczeństwie Europy.
Cytowany Janusz Korczak wypowiedział i taką złotą myśl, która stanowiła motto pracy pedagogicznej szkoły, którą kierowałem w Bolesławcu przez wiele lat.
“Dziecko to pełny człowiek, tylko bardziej bezbronny”.
Bolesławieccy uczniowie byli znani w świecie ze swoich mądrych pokojowych inicjatyw. W Międzynarodowym Roku Dziecka wysłali apel do ONZ z wołaniem o trwały pokój na kuli ziemskiej, na który odpowiedział ówczesny Sekretarz Generalny ONZ Kurt Waldheim w serdecznym liście do szkoły. Na wniosek bolesławieckiej młodzieży ten wielki mąż stanu został odznaczony słynnym i jedynym w świecie “Orderem Uśmiechu”, korespondował zresztą z tą placówką oświatową, co było sensacją eksponowaną przez wiele gazet na świecie.
Na serdeczny list bolesławieckiej młodzieży odpowiedział też ówczesny Prezydent Stanów Zjednoczonych Ronald Reagan, eksponując rangę pokoju i demokracji i życząc młodym szczęśliwego życia w świecie bez wojen. Przykładów mądrego zaangażowania młodych można przytoczyć wiele i stanowi to optymistyczne przesłanie ku przyszłości. Dajmy dzieciom prawo głosu, możliwość wypowiedzenia się w zgodzie z uchwaloną przez ONZ Deklaracją Praw Dziecka. Kiedy dziecku dzieje się krzywda - cały świat powinien płakać. Bolesławiec był zawsze miastem niezwykłym, wyróżniającym się, przecierał pionierski szlak postępu i zbiorowych ambicji. Ten symboliczny obelisk jest nawiązaniem do martyrologicznej przeszłości, ale też apelem i wezwaniem do patriotycznej reflleksji, do obywatelskiego zaangażowania w tworzenie nowej  rzeczywistości ojczystego kraju.
Czasy się zmieniają. 75 lat po wybuchu II wojny światowej w niemieckim parlamencie przemawiał polski Prezydent Bronisław Komorowski. To wiele  mówiący symbol pojednania i przebaczenia, ale nie zapomnienia bolesnej prawdy o przeszłości. Ten pomnik również o tym zaświadcza. To ostrzeżenie - nigdy więcej wojny.
Niech nad naszą piękną Ojczyzną - Polską - zawsze świeci słońce, słońce wolności, nadziei, słońce - symbol miłości i twórczej ludzkiej pracy.
A skromny obelisk - ten znak narodowej ludzkiej pamięci o martyrologii pokolenia dzieci wojny  niech będzie małym uzupełnieniem historycznej wiedzy o losach ludzi, którym wojna zabrała prawo do radosnego, pełnego dzieciństwa.
Ziemia - upodlona wojną - zawsze rodzi gorzkie owoce i bezmiar bólu. Jeszcze raz powtórzę to ważne zdanie : n i g d y   w i ę c e j     w o j  n  y .
---oooo0oooo--
    
/ Moje wystąpienie na uroczystości odsłonięcia pomnika DZIECI WOJNY w Bolesławcu dnia 18 września 2014 roku/.

Komentarz autorski.PAMIĘĆ ZAKLĘTA W KAMIENIU.
Całe dojrzałe życie i pracę pedagogiczną w szkolnictwie poświęciłem edukacji patriotycznej i modelowaniu postaw obywatelskich młodego pokolenia Polaków. Wzorem Janusza Korczaka usiłowałem wyzwolić w dziecięcym życiu uczniów wszystkie barwy tęczy, zrekompensować uczuciem całą siermiężność powojennego losu sierot i półsierot, do których sam również należałem. Świadomie eliminowałem z zakątków pamięci przeżyty czas pogardy, strachu, przemocy, zniewolenia, zezwierzęcenia etyki i obyczajów, które pozostawia po sobie smuga cienia wojny. Kiedy dziś o wojnie mówią złotouści kaznodzieje, którzy nie przeżyli jej grozy i okrucieństwa - w głębi duszy budzi się protest i sprzeciw. Trzeba uhonorowac w książkowym tekście prawdę, obnażyć autopsję, co jest nawet po latach szczególnie bolesnym zabiegiem. Prawdę o cierpieniu, strachu, śmierci, bolesnych rozstaniach, przemocy, autentycznym niewolnictwie. Żeby żaden wnuk nie powiedział ; - Dziadek, koloryzujesz i fantazjujesz …
Nie ma w tym tekście próby szukania sławy i zasług, nie ma słowa o bohaterstwie. Nie byliśmy bohaterami, bo i wiek nie ten i możliwości buntu - źadne, żadnych praw wolnego człowieka, bo zdeptał je ciemiężca. Mieliśmy jedynie prawo do cierpienia i umierania. “Ludzie ludziom zgotowali ten los …” - jak napisała w swojej książce znana pisarka. Katorżnicza praca rujnowała zdrowie i organizm małych dzieci, niweczyła wątłą nić życia i trwania. Nikt nie myślał o barykadach i walce.
To była autentyczna zbrodnia przeciw ludzkości, którą rozliczyć może tylko sprawiedliwy Demiurg, Stwórca.
Dawno zneutralizowały się i zagasły w nas pokłady złych myśli, mściwości - jeśli w ogóle w nas były. Ktoś wypowiedział mądre zdanie:
“Cóż z tego, że czerpiesz z życia pełnymi garściami, kiedy to co najcenniejsze przecieka ci między palcami …” W rozbitych, zdeformowanych wojną sierocych rodzinach nie dało się czerpać z życia pełnymi garściami, bo tkwiło w nich pokolenie bezbronnych i okrutnie skrzywdzonych dzieci wojny z bagażem tragicznego losu i życiowego doświadczenia. Pokolenie bez dzieciństwa, utopione w oceanie łez, bojące się nieznanego jutra.

A przecież szukaliśmy miłości, ciepła domowego ogniska. Chcieliśmy być normalni, żyć normalnie, tworzyć normalne kochające rodziny. Moja żona /zmarła przed 14 laty/ nie znała swoich rodziców zamordowanych przez Ukraińców na Rzeszowszczyźnie. Też tragiczne dziecko wojny, boleśnie skrzywdzone przez okrutny los. Przeżyliśmy razem we wspólnym domowym gnieździe prawie 44 piękne, niezapomniane lata. Wypełnione po brzegi pracą i miłością. Na przekór losowi. Samodzielnie, w trudzie i znoju. Szczęśliwi do końca.
Nie zawsze udawało się nam podążać za swoimi marzeniami, chociaż człowiek jest stworzony do modelowania rzeczy pięknych i wielkich, do pozostawienia po sobie trwałego śladu. Pozostaną po nas synowie i wnuczęta, oni pomnożą - być może - trud i dorobek naszego życia w zwielokrotnionym wymiarze. I to byłby cenny laur w rodowej biografii.
Na festiwalu piosenki w Sopocie rosyjska artystka /wokalistka/ Miansarowa śpiewała piękną piosenkę o życiu- “Puść wsiegda budziet-sołnce”/Niech zawsze będzie słońce/. Dziś świeci już jasne słońce nad polską ziemią, błękitnieje niebo, matki pochylają się nad kołyskami dzieci, ojcowie czują się bezpieczni. Pogodne dzieciństwo stało się codziennym przywilejem.
Mojemu pokoleniu dzieci wojny tego zabrakło. I to bardzo boli nawet na ostatnim etapie krętej ścieżki losu.
Paweł Śliwko
PS. Redaktorka lokalnej TV “Azart-Sat” opracowała wzruszający reportaż z tego niecodziennego wydarzenia, trafnie i bardzo inteligentnie rozszyfrowując istotę problemu złożonego w swojej wewnętrznej strukturze poznawczej i polityczno - społecznej. Wioletta Juchaniuk nie  pierwszy raz ukazała swój mistrzowski profesjonalizm i dzienikarski talent na przekór urzędowej sztampie i tzw, jedynej słusznej racji. Za to składam autorce wyrazy pełnego uznania i szacunku jako były długoletni prasowy dziennikarz. Nie wnikam w szczegóły, bo to już przebrzmiała historia, jedna z piękniejszych i smutniejszych - z racji tematu - kart w  dziejach naszego miasta.Dodam jednak kilka luźnych uwag do tematu, bo ma on swoje “drugie dno” i wymaga drobnego uzupełnienia.
Na sesji Rady Miasta zgłosiłem interpelację w sprawie budowy pomnika “Dzieci Wojny” w innej postaci słownej treści. Konkretnie - był to projekt wykorzystania stojącego przy murach obronnych ul. Kosiby dużego granitowego kamienia wśród zagospodarowanych roślinnych skwerów /zieleńców/ dla umieszczenia na nim czarnej granitowej tablicy pamiątkowej z krótkim cytatem Janusza Korczaka :”Dziecko to pełny człowiek, tylko bardziej bezbronny” oraz merytorycznym tekstem :
“DZIECIOM WOJNY - TRAGICZNYM NIEWOLNIKOM III RZESZY NIEMIECKIEJ NA ROBOTACH PRZYMUSOWYCH. Mieszkańcy Bolesławca”. Kwiecień 2014 r.
Ze wzgłędu na dobrosąsiedzkie stosunki z Niemcami lokalne władze samorządowe zrezygnowały z pełnej prawdy historycznej na rzecz wiedzy uogólnionej bez wykazania imiennie sprawców tragedii narodowej nie tylko Polaków. Nie jestem germanofobem, rachunku moich osobistych krzywd nie da się wyrównać, przeżyłem już boleśnie upokorzenie jakim było utworzenie Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie i wypłacenie symbolicznej jałmużny przez bogate państwo niemieckie setkom tysięcy żyjących jeszcze - nierzadko w skrajnej biedzie - dziś już bardzo starych i schorowanych byłych “dzieci wojny” deportowanych do robót przymusowych w III Rzeszy. Może przesadziłem z ilością osób “uszczęśliwionych” markową jałmużną , nie wiem. Za trzy lata niewoli - głodu, chłodu i codziennego ocierania się o śmierć - trzy tysiące złotych z drobnymi groszami, za krótszy pobyt nawet tylko kilkaset złotych. Kpina, nieporozumienie, niewiedza - nie umiem nazwać tej decyzji, międzynarodowego porozumienia.
Wstydzę się szerzej komentować ten bolesny i smutny temat uwłaczający godności Polaka i obywatela wspólnej Europy.
A mimo wszystko dziś nie noszę w piersi złych uczuć, wołam jedynie o prawdę i modlę się o nią w kościele. Może nasze prawnuki dopiszą kilka nowych zdań na pomniku. Z pominięciem współczesnych emocji i różnicy zdań. Ja swoje credo wyłożyłem młodzieży w toku wystąpienia przed odsłonięciem pomnikowej kompozycji. Rzetelnie, prawdziwie, bez cienia fałszu czy przesady. Tak było. Niestety.
A na kamiennym obelisku utrwalony na pamiątkowej tablicy napis brzmi :
“DZIECIOM - BEZBRONNYM OFIAROM WOJEN”.


piątek, 22 sierpnia 2014

MEDALE PROWOKUJĄ DO WSPOMNIEŃ …


Mimo 40 - letnich emocjonalnych związków z morzem i udanego ze wszech miar ważnego eksperymentu /innowacji pedagogicznej?, nowatorstwa? - mniejsza o nazwę/, który opisałem w kilkudziesięciu artykułach /straciłem ich rachubę, mogę odtworzyć dziś tylko te najważniejsze, głównie z czasopism ogólnnokrajowych/ - nie zaliczyłem ani rejsu pełnomorskiego, ani nawet skromnego relaksu pod żaglami po naszym szarym Bałtyku, który po prostu, zwyczajnie, po ludzku pokochałem i kocham do dzisiaj. Przepraszam, wiele razy płynąłem wojskowymi jednostkami floty wojennej z Gdyni na Hel dzięki uprzejmości oficerów Marynarki Wojennej, którzy ułatwiali w ten sposób kontakty z zaprzyjaźnionym garnizonem, przedsiębiorstwem rybackim “Koga” i miejscową szkołą podstawową. Ten malutki pólwysep i jego bohaterskie dzieje jako ostatniej reduty obronnej bohaterskich marynarzy w tragicznym Wrześniu 1939 roku utrwaliłem na stałe /mam taką nadzieję/ mieszkańcom Bolesławca budując granitowy pomnik przed gmachem “Ósemki”, włączając go do bogatej obrzędowości i tradycji szkoły.Ale nie koniec na tym inicjatyw związanych z morzem i wychowaniem patriotycznym młodzieży. Na wniosek szkoły /personalnie - opracowany w całości przeze mnie/ jedna z ulic i największy w mieście park otrzymały dumną nazwę Obrońców Helu. Przykłady oddziaływania szkoły na lokalne środowisko można mnożyć, nie w tym jednak rzecz.

Skąd w moich skromnych zbiorach kolekcjonerskich zestaw cennych zapewne medali pachnących morzem? Wielokrotnie więcej zostawiłem ich w skarbcu Szkoły Nr 8, w przepięknej i przebogatej Sali Tradycji Szkoły, którą zrujnowano wkrótce po moim odejściu na emeryturę. Zginął też w tamtym czasie Honorowy Kord Oficerski z wygrawerowaną na klindze dedykacją dla zasług szkoły i jej nazwą, zatem nikt nie ma prawa szczycić się tą pamiątką przeszłości, bo jej dzisiejszy właściciel jest po prostu złodziejem. A nie jest to pamiątka byle jaka : to pierwszy w Polsce autentyczny kord Marynarki Wojennej wręczony uroczyście na pokładzie ORP “Błyskawica” w Gdyni przez kontradmirała Piotra Kołodziejczyka w obecności szkolnej delegacji młodzieży z grodu nad Bobrem, w tym czasie najbardziej morskiego miasta w głębi lądu. Ceremoniał wręczenia tego cennego trofeum utrwalił I Program TV, mieliśmy w szkole videomagnetofonowy zapis wydarzenia, zainteresowani mogą zapewne i dziś dotrzeć do zapisu w archiwalnych zbiorach warszawskiej TV. A warto to uczynić.


Czy dziś żałuję, że nie pływałem po morzach i oceanach? Nie, nie mam w sobie żyłki odkrywcy i podróżnika, a zdecydowanie więcej radości dawał mi fakt wysyłania po morską przygodę i spotkanie z Neptunem młodych jungów, wychowanków pasjonujących się wielką wodą, łaknących nietypowych doznań, szukających w przyszłości swojego miejsca daleko od rodzinnych stron. Jeśli coś chciałem odkryć - to pełną prawdę o duszy dziecka, skali jego potrzeb psychicznyych, dojrzewaniu, bogaceniu osobowości, rodzeniu się obywatelskich i patriotycznych postaw, altruistycznej etyki, drogi do współczesnego skomplikowanego świata pełnego paradoksów. To był ten tajemny warsztat nauczycielskiej pracy i pełnej satysfakcji osobistej, kiedy się dzieli i radość, i wzruszenie, i sympatię, i miłość, kiedy daje się dzieciom z porywu serca namiastkę szczęścia. Rzecz zdumiewająca i niewiarygodna, ale dzieci to wyczuwały intuicyjnie, czasem spontanicznie i bez chwili namysłu wciskając do ręki cukierek, jabłko, ciastko albo ofiarowując swój rysunek czy kartkę świąteczną. Uśmiechał się zapewne w tym momencie poczciwy Stary Doktor, któremu stworzyłem bliźniaczą szkołę wypełnioną słońcem i uśmiechem.

A skąd wzięły się medale?

Trzeba zacząć od Gdyni, miasta, które skumulowało w sobie i zmonopolizowało ludzką życzliwość. To tutaj mieszkało najwięcej ofiarnych darczyńców, których o nic nie trzeba było prosić. Wielki gmach Polskich Linii Oceanicznych stał przed nami otworem. Dobrym duchem był mgr Ryszard Kulczewski, który miał nieograniczony dostęp do medali i morskich suwenirów, a przedsiębiorstwo bardzo dbało o swój prestiż i sławę, toteż nie zapominano o żadnym wodowaniu statku czy dziewiczym rejsie do nowego, nieznanego portu. Wszyscy zachłysnęliśmy się dostępem do szerokiego wybrzeża Bałtyku i faktem, że polska bandera powiewa na wszystkich światowych akwenach, że staliśmy się krajem morskim. Tej zasługi całego narodu nie przekreśli żaden historyk czy badacz ojczystych dziejów. Dziś i jutro mamy prawo szczycić się tym faktem.

Szerokim strumieniem płynęły więc medale i metaloplastyczne plakiety do Bolesławca, a stąd do wielu przyjaciół szkoły w trakcie licznych spotkań i odwiedzin. Dodam, że morskie medale pamiątkowe PLO otrzymali np.wszyscy Kuratorzy lub Wicekuratorzy Oświaty w liczbie 49 osób, którzy wizytowali szkołę pod kierownictwem Wiceministra Gały. Łatwo wyobrazić ich zaskoczenie i zdumienie, kiedy w lądowym Bolesławcu uczniowie wręczali im morskie pamiątki i suweniry. Gdzie Rzym, gdzie Krym … A jednak.

Z mniejszą częstotliwością, ale dopływały też do nas medale od innych armatorów Wybrzeża : Polskiej Żeglugi Morskiej i “Transoceanu” ze Szczecina, Polskiej Żeglugi Bałtyckiej,”Kogi” - Przedsiębiorstwa Rybackiego w Helu, nie licząc Marynarki Wojennej. Ciekawą historię ma na swoim koncie medal upamiętniający historię jedynego polskiego statku pasażerskiego m/s “Stefan Batory”, następcy słynnego przed wojną m/s”Batory”.

Na tym luksusowym statku brałem udział w uroczystym bankiecie z okazji narodzin /może raczej “odrodzenia się”/ Ligi Morskiej jako uczestnik zjazdu założycielskiego. To była największa uczta w moim długim życiu w stylu hedonistycznych form ucztowania w starożytnym Rzymie. Oczywiście przepych nikogo nie zwalniał z form przestrzegania reguł tzw. wysokiej kultury. Obowiązywała elegancja, pełny komfort, szacunek dla kultury żywego słowa i tym mogła imponować zarówno załoga w paradnych, odświętnych strojach, jak i goście, nie tylko ci z pierwszych stron gazet. Słowem - inny świat i wejście na kilka godzin do krainy baśni arabskich z tysiąca i jednej nocy.

Bogate menu pięknie zaserwowane: homary, langusty i inne owoce morza, srebrna zastawa, Świece na stołach, orkiestra, piosenkarki, szampan i … pamiątkowe medale pachnące morzem. Prawie niewidoczna, dyskretna obsługa. Wreszcie bal z udziałem chyba setek par. Światła wyselekcjonowane, stwarzające intymny nastrój, łagodne lub mocno jarzące się w wielu miejscach. Egzotyczne owoce i kawa po zmianie dekoracji stołu. Zupełnie inny świat luksusu.To prawda, że morze żywi i bogaci.

Namiętnym zbieraczem gadżetów, a więc i medali, był naczelnik Henryk Sikorski. Wyłożył nimi ściany obszernego mieszkania, ale też chętnie dzielił się nimi z przyjaciółmi, do których zaliczył także mnie i moją szkołę. Jeszcze inne podejście do tematu reprezentował niezapomniany Teofil Grydyk. On dzielił trofea imiennie, wiedząc, że otrzymane dary i tak przekażę do zbiorów muzealnych “Ósemki”. Rytuał rozmowy darczyńcy był zawsze podobny :

- Pamiętaj, te medale daję tobie do prywatnej kolekcji. Dla szkoły mam inne, kilkanaście sztuk, ale sprawdzę, czy zachowałeś te, na których mi bardziej zależy. Mam wielu przyjaciół nowe nabytki to żaden problem.

Nie były to czcze przechwałki. Teoś wszędzie trafił, dla szkoły wślignąłby się do mysiej dziury, by zdobyć nowe eksponaty. Wspaniały, wyjątkowy człowiek. Potrafił skutecznie zaczarować nawet dowódców kolejnych statków czy zebrać wśród marynarzy macierzystej załogi dewizowe datki na zakup np. maski murzyńskiego szamana.

Jeszcze wspomnę o “wizytacji” sopockiego Grand - Hotelu na zaproszenie Kapitana Ż. W. Jana Wiśniakowskiego, który na mój wniosek został Honorowym Obywatelem Bolesławca, jednym z pierwszych po wojnie. To też było przyjęcie ekskluzywne, tyle że w małym, kameralnym kręgu. Nienaganne maniery, kultura osobista, sympatyczna narracja - to dokładnie zapamiętałem. Kapitanowie statków to była wyróżniająca się kulturą elita w służbie morskiej Rzeczypospolitej. Wspaniali ludzie,ofiarni, prawdziwi patrioci.

Zapamiętałem przepiękny drewniany rzeźbiony stół w kolorze czerwieni w prywatnym gabinecie mieszkania kapitana. Arcydzieło hinduskiej sztuki snycerskiej, zadziwiające urodą w precyzyjnym wykonaniu każdego detalu. Marzyłem o takim meblu we własnym lokum z myślą o upodobaniach żony. Niestety, nie wszystkie marzenia spełniają się w ludzkim życiu. Żony nie ma już od 14 lat, więc i stół z Indii w moim eremie nie jest potrzebny. Ale marzenia o minionym szczęściu uparcie powracają.

I jeszcze jedno medalowe wspomnienie. To wyróżnienie otrzymałem z okazji 60 - lecia Gdyni. To miasto jest młodsze ode mnie, ale jakże piękne i bliskie mojemu sercu. Kocham Gdynię, kolebkę wielu przyjaźni i niezapomnianych przeżyć. Czy jeszcze ją zdążę zobaczyć, bo już wszyscy druhowie lat dojrzałych odeszli na drugą stronę życia … A przecież ich wszystkich pamiętam.




wtorek, 12 sierpnia 2014

ODDAJMY GŁOS MŁODYM /Część II/.



.Najcenniejsze z wyróżnień – "Szkarłatna Róża" – ofiarowane przez same dzieci, 
z ich własnej inicjatywy. Otrzymałem od nich także "Order Uśmiechu" 
i wiele dowodów autentycznej sympatii. 
Tym mam prawo szczycić się nawet dzisiaj, w zaawansowanej starości.
Autorka pracy magisterskiej trafnie akcentuje fakt, że w szkole jednoznacznie eksponowaliśmy fakt akceptacji korczakowskiego modelu “szkoły serca”, bliskiej dzieciom i ich oczekiwaniom. Cytuję opinię piszącej pracę magisterską nauczycielki :

“Dzieci były najważniejsze, dzieci były kochane przez wszystkich w sensie dosłownym. Nad drzwiami parteru umieszczone zostało nawet bardzo korczakowskie hasło :”Uśmiechnij się - jesteś wśród przyjaciół”, a także cytowane już uprzednio zdanie Starego Doktora jako wiodące motto pracy “Ósemki”/honorowane do dziś w nowej placówce oświatowej/. Nauczycielka zauważa /cytuję/ :

Prezydent Miasta Gdynia z okazji 60 urodzin
 morskiego grrodu nad Bałtykiem nadal mi
 pamiątkowy medal "z wyrazami wdzięczności". 
To wyróżnienie zawdzięczam efektywnej współpracy
 z gdyńską Szkołą Nr 14, ale nie tylko
“Dyrektor i grono pedagogiczne pozwalali sobie na pełną swobodę działania w zakresie koncepcji pedagogicznych, a opierały się one na poglądach Janusza Korczaka i Owidiusza Decroly’ego”. Dodam, że na poglądach odpowiednio wzbogaconych współczesnym dorobkiem naukowym, poszerzonych własnymi przemyśleniami i doświadczeniem, adekwatnych do postępu psychologii w zakresie układów interpersonalnych /sprzężeń zwrotnych/ i bieżącej analizy kierunków innowacyjności i postępu w sferze metodyki pracy szkolnej,np. wykorzystanie nowoczesnych narzędzi poznawczych ułatwiających uczniom przyswojenie wiedzy.

Autorka pracy trafnie i pięknie definiuje kluczową ideę pedagogiczną w relacjach wychowanek - wychowawca jako partnerstwo polegające na wzajemnym zaufaniu. Cytuję: 

“Dziecko miało ufać wychowawcy, ale równocześnie wychowawca powinien móc zaufać dziecku. Wychowankom Korczaka wpajano przekonanie, że “uczciwosć, sprawiedliwość i uczucie powinny rządzić światem. Zaufanie i szczerość były podstawą wzajemnych stosunków”. 

Muszę zacytować niejako odkrywczy i charakterystyczny fragment dłuższej wypowiedzi młodej pani magister, która rozszyfrowuje swoisty fenomen optymalnego uspołecznienia wychowanków i czyni to bezbłędnie.

Dowództwo Marynarki Wojennej w Gdyni nagrodziło 
moją pracę wychowawczą symbolicznym medalem. 
Także garnizon Marynarki Wojennej Helu nie zapomniał
 o moich zasługach nadając medal
 i honorowy tytuł Zasłużonego Nauczyciela – Wychowawcy.
 To wzruszające momenty w pedagogicznej karierze.
“Te zasady wprowadzano z dużym powodzeniem w Szkole Podstawowej Nr 8. Najlepszym dowodem efektywności pracy wychowawczej był fakt, że żaden przedmiot, który był w szkolnych zbiorach nigdy nie uległ zniszczeniu. Dyrektor mówił dzieciom : w korczakowskiej szkole serca nie ma miejsca na destrukcyjną niechęć, wrogość, nienawisć, niszczenie wspólnego dorobku. To nie jest moja szkoła, ani tylko twoja, to nasza wspólna własność całej szkolnej społeczności. Wszyscy macie niewątpliwy dorobek w kształcie szkoły, w jej osiągnięciach, sławie, urodzie. To jest dla was wartość bezsporna w kategoriach materialnych, hojny dar dla przyszłości.

Tutaj każdy eksponat był zawsze do dyspozycji dzieci, jednak był to rodzaj umowy pomiędzy dyrektorem Pawłem Śliwko a uczniami tej szkoły. Dzieci wierzyły w te słowa i nie dopuszczały do żadnych zniszczeń”.

Zaskakująca w treści i formie jest przenikliwość i kompetencja autorki wartościowego, pouczającego dzieła, które mimo upływu czasu nie straci ani dziś, ani jutro swojej wartości. To ciekawy dokument dorobku pojedyńczej szkoły, ale dorobku o charakterze unikatowym a zarazem uniwersalnym. Zamiast autooceny - posłużę się dalszym celnym i trafnym cytatem.

“W języku pedagogiki nazywało się to realizacja celów wychowania moralno - społecznego. Nie poprzez słowa, a poprzez sytuacje wychowawcze i praktyczną działalność, poprzez stworzenie okazji do samorealizacji, sprawdzenia się w życiu grupy. Ucząc odpowiedzialności i umiejętności życia w zespole, nie można było zapomnieć o modelowaniu świadomego stosunku do wytworów ludzkiej pracy jako własności społecznej”.

Trudno zliczyć wszystkie medale i odznaki,
 których nie szczędzili ani mnie, ani mojej szkole
 życzliwi pracy edukacyjnej ludzie morza. 
To medal jubileuszowy PLO z okazji 
XXX=lecia żeglugi liniowej do Azji.
Czytając przebogaty tekst opracowania nierzadko wzrusza mnie przypomnienie pozornie nieistotnych epizodów i bardzo empatyczne podejście do nich wrażliwejj emocjonalnie informatorki, która potrafi wyszukac w nich momenty i treści zasługujące na uwagę i wyczerpujący, rozważny komentarz. Znów sięgnę do cytatów, bo one najpełniej ilustrują istotę rozważań i uogólnionych refleksji.Nauczycielka opisuje szacunek dzieci dla wybitnych dzieł malarskich eksponowanych na korytarzu i zmienianych co dwa tygodnie przez Biuro Wystaw Artystycznych w Jeleniej Górze. Wszystkie trafiły - bez najmniejszego uszczerbku - do twórców, artystów malarzy.Świadczy to - zdaniem autorki - o zrozumieniu idei wzajemnego zaufania, szczerości i odpowiedzialności za swoje czyny w relacjach wychowawca - wychowanek występujących w tej szkole.

Międzynarodowy Rok Dziecka, który ogłosiła ONZ, skłonił nas do niekonwencjonalnych działań. Z naszej inicjatywy na nasz wniosek Sekretarz Generalny ONZ dr Kurt Waldheim otrzymał "Order Uśmiechu", o czym pisała prasa światowa. Wielki mąż stanu zrewanżował się korespondencją i swoją portretową fotografią z dedykacją dla szkoły.


“Był to korczakowski wzorzec wychowawczy zmodyfikowany zgodnie z potrzebami czasów. Eksponował uczuciową sferę osobowości, która rodziła w konsekwencji postawy obywatelskie i społeczne motywacje działań młodych ludzi. Hierarchizowano i stopniowo wzmacniano, a przy tym wzbogacano i rozszerzano świat dziecięcych doznań. Modelowano sferę emocjonalną w sposób zaprogramowany i obliczony na długie lata. Była to przecież nieco bardziej nowoczesna korczakowska “szkoła serca”. Przeżyć pozytywnych było tutaj co niemiara: towarzyszyły pasowaniu na ucznia klasy pierwszej, obietnicom zuchowym, przyrzeczeniom harcerskim, dziesiątkom uroczystości, spotkań z ludźmi spoza szkoły, wizytom w fabrykach i instytucjach, kontaktom z rówieśnikami z całej Polski, wycieczkom”.

Pierwszy w Polsce szkolny folder
 Izby Pamięci Narodowej opracowany 
przeze mnie i wydrukowany w lokalnej drukarni. 
Projekt okładki – Regina i Lesław Kasprzycki
Ta opinia pochodzi z nagrania mojej wypowiedzi, ale nie to jest najważniejsze. Satysfakcjonuje mnie i urzeka subtelne i inteligentne wkomponowanie w tekst imponującej rozprawy racjonalnej argumentacji uzasadniającej przyjęte tezy i kronikarskie dokumenty oraz uporządkowane myślowo konkluzje i wnioski. Efekt? Czyta się książkę z największym zainteresowaniem, chociaz jest to lektura dedykowana w zasadzie nauczycielom.

‘Szkoła chlubiła się także własnym systemem nagród i wyróżnień: medalami “Primi inter Pares”/Pierwszemu między Równymi/, który otrzymywali nie tylko dorośli, ale i uczniowie za specyficzne zasługi /bynajmniej nie za piątki i grzeczne zachowanie/ i “Przyjaciel - Mecenas”, odznakami “Wzorowy Uczeń” /specjalne plakietki z legitymacją dla młodszych i starszych dzieci/, “Miłośnik Morza”, “Ambasador Przyjaźni”, “Absolwent Szkoły”, “Przewodnik po Izbie Pamięci Narodowej”.

Szkoła chciała być szkołą otwartą na wszystko, co mądre, piękne i twórcze, co polskie i patriotyczne. Chciała być szkołą - jak mówił dyrektor Paweł Śliwko - sercem malowaną”/artykuł w “Motywach” nr 1/1979/.







.Kolejne, bogatsze wydawnictwo szkoły poświęcone
 Izbie Pamięci Narodowej z reprodukcją otrzymanego
 przez "Ósemkę" medalu 200-lecia
 Komisji Edukacji Narodowej. 
To pierwsze i jedyne tego typu ministerialne
 wyróżnienie w bolesławieckim szkolnictwie.
Autorka sięgnęła także do moich danych biograficznych w korelacji z charakterystyką monografii placówki oświatowej, doszukując się zależności między charakterem personalnej osobowości a kierunkami poczynań pedagogicznych, z dużą sympatią odnoszac się do znaczących wydarzeń w mojej biografii, które pozwoliły na modelowanie głównie szerokich działań wychowawczych, ale nie tylko. Może nie zasłużyłem aż na tak pochlebną recenzję, ale przyznaję się do wszystkich wymienionych inicjatyw i przedsięwzięć, które nadały szkole rozgłos ogólnopolski - bez fałszywej skromności. Nie będę ich wymieniał, bo zainteresowany czytelnik bez trudu znajdzie je w moim internetowym blogu, który stanowi niejako uzupełnienie dojrzałej, obiektywnej, bogatej i wszechstronnej pracy magisterskiej Agnieszki Szulc - Jednoróg. Pochlebia mi stwierdzenie, które cytuję :

“Paweł Śliwko to człowiek wielu zainteresowań, nauczyciel. dziennikarz, ale przede wszystkim pasjonat sztuk plastycznych - obok własnej twórczości zajmował się również tworzeniem muzealnych kolekcji i krytyką artystyczną. Był on również aktywny w życiu lokalnej społeczności będąc kilka kadencji radnym Rady Miasta”.

Jedno z wielu ważnych wydarzeń w biografii "Ósemki" – kolejna uroczystość o patriotycznym wydźwięku. W tle można podziwiać unikatowy, olbrzymi plakaz z Białym Orłem i dwoma mieczami, symbolem grunwaldzkiej wiktorii. To piękne dzieło nauczycielki Reginy Kasprzyckiej.
Rzeczywiście przez 30 lat byłem poprzez prasę regionalną/wrocławska “Gazeta Robotnicza” i “Słowo Polskie”/ niemal codziennym kronikarzem dziejów grodu nad Bobrem, publikowałem artykuły w prasie centralnej i czasopismach Wybrzeża, prowadziłem szeroką korespondencję nierzadko z wybitnymi, znanymi ludźmi, np.prof. Tiborem Csorbą’. Tą drogą zdobyłem dla szkoły wielu przyjaciół i mecenasów, dałem jej skrzydła do wysokich lotów. Dowodzi tego autorka przytaczając w swojej pracy kilkadziesiąt moich artykułów, na które się powołuje.

Przewodniczący Rady Państwa Profesor Henryk Jabłońsk
i – na moją prośbę przekazał do zbiorów Izby Pamięci
 bogatą kolekcję medali i innych odznaczeń 
państwowych i wojskowych.
Fotografia ilustruje tylko część otrzymanego zbioru.
Wspomina o mojej karierze w administracji szkolnej - byłem w wieku 22 lat najmłodszym w kraju wizytatorem oświatowym jako Podinspektor Szkolny w Bolesławcu. Nie odpowiadała mnie praca urzędnika państwowego, chciałem pracować wśród dzieci i dla dzieci, toteż zostałem założycielem i kierownikiem /ówczesne nazewnictwo/ szkoły Nr 4 w Bolesławcu, która weszła do historii miasta jako pionierska placówka oświatowa, która pierwsza w nadbobrzańskim grodzie i powiecie bolesławieckim otrzymała imię Jana Matejki i własny sztandar. Pierwsza w kraju miała prawdziwą pracownię malarską ze sztalugami, pierwsza nawiązała owocne kontakty ze statkiem - imiennikiem m/s ‘Jan Matejko”, pierwsza zorganizowała imponujące 4-izbowe muzeum morskie. Tutaj na wniosek wrocławskiego Kuratorium Oświaty i Wychowania zorganizowałem pierwszy w kraju wakacyjny kurs dla 50 nauczycieli wychowania plastycznego. W tej placówce oświatowej też odcisnąłem trwały ślad swoją obecnością i pracą. Tu powstała moja pierwsza książka metodyczna /praca zbiorowa/ ‘O wychowaniu estetycznym w szkole podstawowej”/ i około 20 artykułów o metodyce wychowania przez sztukę.

Urny z ziemią z pól bitewnych polskich
 żołnierzy walczących
 na wschodzie i zachodzie Europy,



                                                       
Bardzo życzliwie wspomina autorka pracy dyplomowej moje zasługi i wyróżnienia w nowej szkole Nr 8, w której pracowałem jako dyrektor przez 19 lat, do czasu przejścia na emeryturę. To było swoiste apogeum, szczyt rozmachu wieloorakich inicjatyw i osiągnięć, podejmowanie działań na forum ogólnokrajowym i międzynarodowym. To wszystko wyłuszcza precyzyjnie i w sposób uporządkowany pani magister. Nie zapomina, że pracując równolegle jako dziennikarz byłem redaktorem naczelnym lokalnego pisma “Głos Bolesławca”, przez dwie kadencje reprezentowałem Dolny Śląsk w Krajowej Radzie Postępu Pedagogicznego, kilkanaście lat zasiadałem w Radzie Redakcyjnej resortowego pisma dla nauczycieli “Oświata i Wychowanie” jako jedyny mieszkaniec regionu. Opublikowałem tu kilkadziesiąt artykułow z dziedziny tematyki wychowania, psychologii i pedagogiki.




Za działalność społeczną w czasie obchodów Tysiąclecia Państwa Polskiego otrzymałem Odznakę Tysiąclecia Nr U - 0275. Na wniosek warszawskich kombatantów, żołnierzy Armii gen. Franciszka Kleeberga zostałem odznaczony Krzyżem Kawalerskim i Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski za zasługi w patriotycznej edukacji młodzieży. Za pracę zawodową w resorcie szkolnictwa wyróżniono mnie Brązowym i Złotym Krzyżem Zasługi oraz 2 razy Medalem Komisji Edukacji Narodowej.

Najcenniejszy historyczny eksponat 
– wykonany na księżowskim ornacie sztandar 
Zgrupowania Partyzanckiego "Jeszcze Polska nie zginęła" 
dowodzonego przez płk. Roberta Satanowskiego
 na Kresach Wschodnich.
Minister Gospodarki Morskiej nadał mi złotą odznakę i godność “Zasłużonego Pracownika Morza”, a Dyrektor Dolnośląskiego Zjednoczenia Przemysłu Węglowego w Wałbrzychu honorowe tytuły i odznakę “Przodownika Pracy Socjalistycznej” i “Technika Górniczego I stopnia”. Jedno z trzech najwyższych wyróżnień w historii kopalni rudy miedzi przypadło mnie w udziale : godność i tytuł “Honorowy Górnik ZG “Konrad”. Górnicy z górnośląskiej kopalni “Nowy Wirek” odznaczyli mnie Honorową Szpadą Górniczą. W roku 1978 otrzymałem nagrodę główną Klubu Twórczych Nauczycieli za krzewienie idei korczakowskiej. Związek Kombatantów i b. Więźniów Politycznych w 2001 roku wyróżnił mnie odznaką za zasługi dla środowiska kombatanckiego, a Związek Rzemiosła Polskiego Złotym Mdalem im. Jana Kilińskiego.

Otrzymałem też różne odznaczenia marynistyczne, m.in. zaszczytny tytuł “Zasłużonego Nauczyciela i Wychowawcy Młodzieży” - nadany przez młodych marynarzy z Flotylli na Helu i medal 60 - lecia miasta Gdynia. Mogę przyznawać się do do autorstwa i skutecznego tworzenia pedagogicznej koncepcji wychowania morskiego młodzieży, którą opracowałem teoretycznie i zweryfikowałem empirycznie przez prawie 20 lat pracy i kierowania szkołą nr 8 w Bolesławcu.

W roku 1983 w ogólnopolskim plebiscycie zostałem mianowany przez młodzież “Człowiekiem Roku” w ramach poszukiwań tzw.”Sylwetki ‘83” to znaczy osoby, która wyróżniała się zaangażowaniem społecznym i pracą wychowawczą w kręgu ludzi młodych. Legitymację wraz z metalową plakietką oraz podpisem Przewodniczącego Zarządu Głównego ZSMP dr Jerzego Jaskierni, ówczesnego posła na Sejm RP wręczono mnie na uroczystym spotkaniu w Warszawie. Do tych wszystkich faktów i odkryć /nierzadko zapomnianych przeze mnie/ mozolnie dotarła autorka pracy magisterskiej, co świadczy o jej rzetelności, pracowitości i sumienności godnej najwyższej pochwały i uznania.. .

Lesław Kasprzycki prezentuje sztandar 
Związku b. Więźniów Politycznych z Bolesławca
 wykonany z pasiakowego, więziennego płótna.
Uogólniając - można stwierdzić bez cienia przesady, że praca magisterska Pani Agnieszki Szulc - Jednoróg reprezentuje poziom wiedzy, poszukiwań i twórczych dociekań godny wytrawnego naukowca, badacza i odkrywcy, a wyróżnia ją w szczególności inteligencja, elokwencja i erudycja autorki. To dzieło pionierskie w treści i formie, okupione wielkim wysiłkiem intelektualnym i mogące zapoczątkować tworzenie dojrzałej i odkrywczej rozprawy doktorskiej. Imponuje kompleksowość w ujęciu opisywanych zjawisk i procesów, świadoma wybiórczość najważniejszych faktów i ich obiektywizacja, rzetelność i odpowiedzialność za słowo.

Gratuluję autorce benedyktyńskiej pracowitości, dzięki której powstała książka o walorach pedagogicznego poematu - pięknego, mądrego i bogatego.

Paweł Śliwko

PS.Równolegle powstaje mój blog internetowy, w którym zainteresowany tematem czytelnik znajdzie więcej szczegółów. Symbolicznie autorka pracy magisterskiej zamknęła swoje opracowanie na roku 1991, kiedy odszedłem na emeryturę. Dla mnie w tym momencie szkoła Nr 8 zamknęła swoją biografię, chociaż istniała jeszcze kilka lat. Ta sama, chociaż już nie taka sama - bez Janusza Korczaka, Owidiusza Decroly’ego, Tibora Csorby.

Dziękuję, Pani Agnieszko.

Przewodniczący Koła ZboWiD przy Zakładach Chemicznych "Wizów" Franciszek Zieliński w obecności Dyrekcji Szkoły przegląda dokumenty z lat wojny w Izbie Pamięci.


Uroczystość szkolna w sanktuarium przed Izbą Pamięci Narodowej.


Załączone reprodukcje fotografii w jakimś stopniu odzwierciedlają atmosferę życia i nauki w “Szkole sercem malowanej”..

piątek, 8 sierpnia 2014

ODDAJMY GŁOS MŁODYM

 MONOGRAFIA SZKOŁY PODSTAWOWEJ NR 8 AGNIESZKI SZULC-JEDNORÓG
/1964 - 1991/

Praca dyplomowa magisterska napisana pod kierownictwem dr hab. Kazimiery Jaworskiej w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej im. Witelona w Legnicy w roku 2014.

Pasowanie na ucznia pierwszoklasistów zgodnie z morskim ceremoniałem i z udziałem króla morza Neptuna.
Nie będzie to skrót obszernego objętościowo dzieła młodej i ambitnej nauczycielki, byłej uczennicy tej placówki oświatowej, która jest emocjonalnie związana z “Ósemką” i zaczynała swoją szkolną edukację, kiedy ja odchodziłem na emeryturę. Dziś pracuje w tym samym - ale jakże innym budynku jako nauczycielka mieszczącego się tutaj gimnazjum. Niewiele pozostało reliktów świetlanej przeszłości, ale ocalał np. wielki ceramiczny Klucz Mądrości na skarpie przy gmachu Tysiąclatki i kilka pomników - Obrońców Helu, Generała Franciszka Kleeberga i jego żołnierzy, Ludzi Morza z największą w kraju kotwicą z największego polskiego statku - stutysięcznika “Karkonosze”. Trwa reanimacja uszkodzonnego pomnika wielkich przyjaciół dzieci - Janusza Korczaka i Henryka Jordana w postaci dwóch ogromnych głazów z tablicami pamiątkowymi sławiącymi dorobek z ich panteonu chwały, które stoją na wspólnym granitowym postumencie w dawnym mini - parku Pokoju i Przyjaźni. To już zasługa nowej Pani Dyrektor Szkoły mgr Ireny Sikora-Kołodyńskiej, która chce odtworzyć jeszcze kilka faktów z dawnej świetności nietypowej szkoły Nie będę zdradzał szczegółów przed czasem, do czego zobowiązałem się z pełną świadomością danego słowa. Powróciła na korytarzową ścianę wykuta w miedzi przez górników ZG”Konrad” metaloplastyczna tablica głosząca życiowe credo Starego Doktora, które przejęliśmy jako motto codziennej pracy wychowawczej “Ósemki” :

“Dziecko to pełny człowiek, tylko bardziej bezbronny”.

Brakuje jeszcze jednej złotej myśli tego samego autora, która stanowiłaby cenne uzupełnienie modelu unikatowych działań pedagogicznych z młodym pokoleniem:

“Bez pogodnego pełnego dzieciństwa całe życie jest kalekie”.

Ale wracam do tematu arcyciekawej i mądrej merytorycznie pracy magisterskiej. Nie będzie to zwyczajna laudacja, próba krytycznej oceny zebranego merytorycznego materiału i jego syntetycznego ujęcia przez autorkę, bo łatwo było zagubić się w mnogosci kronikarskich szczegółów.Zresztą sam rejestr dokonań - bez analizy przyczyn i skutków - nie miałby pełnej wartości dla praktyki szkolnej i możliwości wykorzystania gotowego wzorca w zupełnie zmienionej rzeczywistości przy współczesnym skoku cywilizacyjnym w globalnej wiosce /to było nieznane i zupełnie obce pojęcie w pełnym okresie mojej pracy zawodowej/.

Prawie każdy dzień wzbogaca zasobność zbiorów muzealnych Izby Pamięci, a także pomnaża jej urodę i wartość.
Autorka trafnie wykorzystała w całej pełni wartość obiektywizacji faktów, próbę naukowego uporządkowania i świadomego wyboru płaszczyzn działań najważniejszych w bogatym życiu szkoły. Co więcej - pogłębiła teoretyczny wywód uzasadniający sens pracy pedagogicznej szkoły w takiej formie i takiej postaci w oparciu o znajomość prekursorskich poczynań poprzedników Trafnie dostrzega zbieżność form funkcjonowania placówki oświatowej z koncepcjami głoszonymi i wdrażanymi przez przedstawicieli idei Nowego Wychowania reprezentowanymi m.in. przez Janusza Korczaka i Owidiusza Decroly’ego. Ten ruch pedagogiczny /zwany “Nowym Wychowaniem”/ rozwinął się na przełomie XIX i XX wieku i wnosił świeży oddech w zatęchłe mury ówczesnego szkolnictwa. Jak pisze Z. Kwieciński i B. Śliwerski w pracy “Pedagogika”/poręcznik akademicki/,s.165- “Nowe Wychowanie” żądało od wychowania i i edukacji szkolnej zindywidualizowania, uwzględniania samorzutnych zainteresowań młodzieży, swobody, pielęgnowania samodzielności i aktywności uczniów, pomagania wychowankom w autoedukacji i samowychowaniu oraz w uzyskiwaniu jednostkowego sukcesu”.

Myśmy to nazwali partnerstwem i poszanowaniem praw dziecka - mówiąc w największym i niepełnym uproszczeniu.Wyeksponowaliśmy rozwój twórczej aktywności ucznia w obszarze umysłowym i artystycznym. Trafnie zauważa autorka dzieła, że idee Nowego Wychowania w wielu fragmentach były zbieżne z założeniami pedagogiki socjalistycznej i dały się połączyć - po pewnej modyfikacji - w harmonijną całość, co pozwalało mnie skutecznie obronić przed władzami oświatowymi własny, autorski pomysł nowatorskich rozwiązań pedagogicznych głównie w sferze wychowania. Krytykowane - a będące chlubą i dumą szkoły - bogate sale muzealne to przecież nic innego, jak preferowane przez Owidiusza Decroly’ego “ośrodki zainteresowań” unowocześnione i przystosowane zgodnie z prawami postępu społecznego do współczesności. Wiele godzin spędziłem na dyskusji z prof.Bogdanem Suchodolskim na posiedzeniach Rady Redakcyjnej “Oświaty i Wychowania” o potrzebie modyfikacji pracy szkoły poprzez zapalenie zielonego światła dla innowacji i nowatorstwa. Miałem z jego strony pełne poparcie dla moich inicjatyw.

Autorka pracy magisterskiej słusznie stwierdza, że w szkole realizowaliśmy koncepcję placówki oświatowej bliskiej dzieciom, a postać Janusza Korczaka i jego altruistyczna osobowość wypełniona po brzegi miłością do biednych dzieci stanowiła wzór pedagoga i twórcy modelu “szkoły serca”. Ale to temat do odrębnych, poszerzonych refleksji, którym poświęcę dalszy ciąg opracowania.

Zamieszczone poniżej fotografie chociaż w części odzwierciedlają atmosferę pracy “szkoły innej niż wszystkie”.

Artysta malarz Mieczysław Kozłowski wzbogacił szkolną galerię malarstwa im.prof.dr Tibora Csorby o kilkanaście swoich nowoczesnych dzieł, pięknych i cennych. To bezinteresowna przyjaźń na wagę złota.


Bronisław Miazgowski, gość ze Szwajcarii, wybitny marynista i twórca Międzynarodowego 
Instytutu Kultury Morskiej gościł w naszej szkole.


Dwa razy gościliśmy ogólnopolską uroczystość wręczania "Orderów Uśmiechu" przyjaciołom dzieci z całego kraju. To wielkie przeżycie i barwne widowisko, coś niepowtarzalnego. Na fotografii powitanie gości na tarasie przed wejściem do szkoły.


Elżbieta Shankar, gość z Indii w tradycyjnym barwnym stroju na spotkaniu w Klubie Neptuna przed otwarciem sali muzealnej jej imienia


Goście z Gdyni pod kierownictwem mgr Zofii Świerczyńskiej to najlepsza wizytówka auten
tycznej, bezinteresownej przyjaźni. I trwa to wiele, wiele lat


Grupa nauczycielek w oczekiwaniu na uroczystość przed Izbą Pamięci. Od lewej strony - Danuta Śliwko, Grażyna Gzubicka, Helena Hołubowicz i Helena Tarnowska.



Harcerska warta honorowa przed Izbą Pamięci Narodowej w trakcie jej zwiedzania przez gości. W czasie uroczystości ustawiały się tu poczty sztandarowe szkoły i Szczepu ZHP imienia PLO

Górnicza epopeja nie ma końca. Dzieci tłoczą się w ciasnej imitacji kopalnianego podziemia, wyszukując tu prawdziwe skarby. Stąd setki pytań - one są naprawdę ciekawe świata, a szkoła tę ciekawość zaspokaja.

Henryk Sikorski, przedstawiciel PLO w  Gdyni, przywiózł do zbiorów muzealnych cenne eksponaty marynistyczne.

Jedno z wielu spotkań z żywymi kronikarzami ojczystych dziejów, bohaterami II wojny światowej.


Każda wizyta marynarzy oznaczała wielkie i piękne przeżycie, była przygodą z morzem i wzbogaceniem szkolnego skarbca darów Neptuna. Efekt uboczny, ale ważny - to nie ścieżka, ale szeroki trakt wydeptany ku morzu przez naszych absolwentów, który odkrywaliśmy po wielu latach ich nauki.


Kolejna sympatyczna wizyta w gdyńskiej "Czternastce". W składzie bolesławieckiej delegacji znalazły się dwie nauczycielki - Danuta Molenda oraz Grażyna Starzyńska i niezawodny Zygmunt Wydrych wraz ze mną


Kolejne uroczyste wydarzenie, które ubarwia życiorys szkoły, mieszcząc w sobie elementy emocjonalne i intelektualne.To inny rodzaj tradycyjnego uczenia się w szkole.

Najlepsi uczniowie otrzymują odznaki "Wzorowy Uczeń", a także szkolne medale "Primi inter Pares" za szczególnie wybitne osiągnięcia.


Naczelnik Henryk Sikorski z Dyrekcji PLO wraz z małżonką czują się u nas jak w swoim domu …



Na spotkaniu z młodzieżą gdyńskiej Szkoły Nr 14. Przemawiam do kilkuset uczniów życzliwej nam placówki oświatowej.

Odsłonięcie pamiątkowej kompozycji rzeźbiarskiej "Chwała Bohaterom" w sanktuarium Izby Pamięci. Wykute w kamieniu dynamiczne sylwetki żołnierzy, całość pokryta złotolem imitującym  lśniący metalicznie mosiądz.



Moment podpisywania umowy o stałej współpracy z Młodzieżowym Domem Kultury w Bolesławcu. Dyrektorka placówki oświatowej przekazała nam z tej okazji stary sztandar byłego Domu Harcerza. Wanda Patora na fot. składa podpis pod dokumentem.