środa, 13 lipca 2016

KIEDY PAMIĘĆ LUDZKA ZAWODZI CZ.3


Dalszy rejestr publikacji poświęconych głównie problematyce wychowania w ogóle, a wychowaniu morskim w szczególności - w oparciu o konkretne doświadczenia szkolne. Pomijam drobniejsze informacje, które ukazały się z moimi inicjałami /PS/ w wielu czasopismach o zasięgu ogólnopolskim.


Śliwko P. “Pasja tworzenia i wychowania przez sztukę”, “Oświata i Wychowanie” nr 2/321/ 1974 rok.


Śliwko P. “Tryptyk o morskiej edukacji”, “Oświata i Wychowanie” nr 18/1983 rok.

Śliwko P. “Uwzględnienie akceleracji podstawą konstrukcji projektu programu szkoły dziesięcioletniej”, “Oświata i Wychowanie’ nr 8/369/,rok 1976.


Śliwko P. “Wiatr od morza i wychowanie”nr 4/470/, rok 1981.


Frenkel Józef - “Gospodarz szkoły “słońcem malowanej”, “Oświata i Wychowanie” nr 3 /448/ rok 1980. Artykuł poprzedza krótki komentarz redakcyjny /cytuję/ :”Reportaż Józefa Frenkla dotyczący działalności dydaktycznej a zwłaszcza wychowawczej, jednej ze szkół podstawowych w Bolesławcu, której dyrektorem jest długoletni /nasz/ korespondent, członek Rady Redakcyjnej naszego czasopisma, członek Krajowej Rady Postępu Pedagogicznego - Paweł ŚLIWKO”.

Paweł Śliwko - “Nauczycielska identyfikacja ze szkołą gminną. Jak we Wrocławskiem rozwiązuje się problem dowożenia dzieci ? / … /”, “Wychowanie” nr 20/21 rok 1973.

Paweł Śliwko - Z refleksji praktyka. O politechnizacji dobrze i źle”. “Wychowanie” nr 1,rok 1973.

Paweł Śliwko - “Praca dyrektora szkoły. Teoria i praktyka zarządzania. Stosunki międzyludzkie a efektywność pracy. Zasady kierowania szkołą. Psychologia o relacji : podwładny - przełożony. Postęp pedagogiczny i atmosfera pracy.” “Oświata i Wychowanie” nr 21 /361/ rok 1975.


Paweł Śliwko - “Kult przeciętności a losy współczesnego Janka Muzykanta. Przepisy szkolne o pracy z uczniem wybitnie zdolnym. Sito gubi diamenty. Doświadczenia bolesławieckich nauczycieli. Trudna decyzja : wybór zawodu. Progi, bariery, pułapki. Pedagogizacja rodziców. Garść uwag, propozycji i wniosków.””Wychowanie” nr 20/21 /297-298/, rok 1972.

Paweł Śliwko - “Z refleksji praktyka. Skarbiec Neptuna i wychowanie”. “Wychowanie” nr 10/308/. Rok 1973.

Paweł Śliwko - “Z refleksji praktyka. Dlaczego nie mamy programów pracy wychowawczej?” 

“Wychowanie” nr 15/292/, rok 1972.

Paweł Śliwko - “Jak zorganizowaliśmy w Bolesławcu szkołę - muzeum. - Konserwatyzm pedagogiczny w środkach masowego przekazu i wśród części nauczycieli nie jest iluzją. - Potrzeba zrozumienia różnorodnych motywów rzeczywistego nowatorstwa. - Rejestr problemów do rozwiązania. “Oświata i Wychowanie” nr 21 /445/ , rok 1979.


Paweł Śliwko - “Z refleksji praktyka. Pionierzy i komsomolcy w szkole”. “Wychowanie” nr 8 /306/, rok 1973.

Paweł śliwko - Z refleksji praktyka. “Jak uczyć bez “dwójek”?””Wychowanie” nr 6 /304/, rok

1973.

Paweł Śliwko - Z refleksji praktyka. “Dzieci zdolne - sprawa otwarta i … zaniedbana|”. “Wychowanie” nr 5 /282/, rok 1972.

Paweł Śliwko - Z refleksji praktyka. “Kiedy znów się spotkamy …” “Wychowanie” nr 4 /302/,

rok 1973.

Paweł Śliwko - “Patriotyzm, internacjonalizm i sprawy Niemiec”. “Wychowanie” nr 11 /225/, rok 1969.

Paweł Śliwko - “Regionalizm w pracy wychowawczej szkoły. O programowaniu elementów systemu wychowawczego szkoły - praktycznie. Kult dydaktyki i konsekwencje. Krytyka styku : teoria - praktyka. Podręczniki wciąż niedoskonałe. Pedagogizacja rodziców - slogany i rzeczywistość.” “Wychowanie” nr 20/21. Rok 1970.


Paweł Śliwko - “Ocenianie pracy ucznia w zakresie rysunku”. Opublikowane fragmenty odczytu pedagogicznego w wydawnictwie maszynowym Kuratorium Województwa we Wrocławiu w tomie zatytułowanym :”Fragmenty odczytów pedagogicznych z lat 1961-1963,

rok wydania 1964.

Paweł Śliwko - “Przyjaźń z”wilkami morskimi”. Biuletyn Informacyjny Polskie Linie Oceaniczne Gdynia, nr 137, lipiec 1968 r.

Paweł Śliwko - “40 lat rzemiosła w Bolesławcu i Lwówku Śląskim”, wydawnictwo broszurowe Cechu Rzemiosł Różnych w Bolesławcu i Bolesławieckiego Towarzystwa Kulturalnego. Rok 1986, str.24.

Paweł Śliwko - “40 lat Gminnej Spółdzielni “Samopomoc Chłopska” w Warcie Bolesławieckiej”, Bolesławiec 1987 r., wydanie broszurowe, s.24.

Paweł Śliwko - “Uroczystość nadania Szkole Podstawowej Nr 4 w Bolesławcu imienia Jana Matejki”.”Wychowanie techniczne w szkole. Wkładka “Plastyka w szkole”, nr 5,rok 1961.

Paweł Śliwko - “Lekcja na wystawie”. Artykuł nadesłany na konkurs, wydrukowany w nr 4, rok 1961, czasopisma “Wychowanie techniczne w szkole”, wkładka “Plastyka w szkole”.

Paweł Śliwko - “Galeria sztuki w życiu szkoły”. Wkładka do “Wychowania technicznego w szkole”- “Plastyka w szkole” nr 7, rok 1976.

Paweł Śliwko - “Ocenianie pracy ucznia”. Wkładka “Plastyka w szkole” nr 8 /13/ rok 1962.

/ r / Recenzje z czasopism pedagogicznych, wśród nich uwagi o moim artykule opublikowanym w “Wychowaniu” nr 21/1962. Ocena pracy organizacji dziecięcych na konkretnych przykładach. “Życie szkoły” nr 2, rok 1963.

Paweł Śliwko - “Tablice z flaneli i płótna”. Życie szkoły” nr 5/1963/. Opis praktycznych doświad czeń szkolnych w bolesławieckiej “czwórce”.

Paweł Śliwko - “Z dziejów Bolesławca”. Artykuł do katalogu Okręgowej Wystawy Filatelistycznej w Bolesławcu 16-24.04.1977.

Z.Szczepański, P.Śliwko. - “Rok pierwszy”. Wyd. Towarzystwo Miłośników Bolesławca, rok 1981. Syntetyczna wiedza o prapoczątkach odbudowy spalonego w blisko 70 procentach miasta.

Paweł Śliwko - “Dorobek XX-lecia”.”Miejsca krótkich spacerów”.”Dalsze wycieczki z Bolesławca”. Pierwszy folder informacyjno - turystyczny wydany po wonie w grodzie nad Bobrem. Obok mojego tekstu zmieścił informację miejscowego architekta Janusza Bachmińskiego pt.”Historia miasta”. Trzecim współtwórcą wydawnictwa był artysta Mieczysław Żołądź.


Lesław Kasprzycki - “Związki Bolesławca z morzem”. Interesujący artykuł autora, który żywo angażował się w życie kulturalne szkoły, przekazał też do “Galerii Malarstwa” im. Tibora Csorby kilkanaście obrazów olejnych własnego autorstwa.


Lesław Kasprzycki - “Człowiek wielu zainteresowań i sukcesów. Rozmowa z Pawłem Śliwko.”- “Rocznik Bolesławiecki” 2014. Dwa artykuły ukazały się w tym samym roczniku.


Synteza niektórych doświadczeń życiowych i ciekawszych wydarzeń biograficznych. Autor należał do kręgu zasłużonych sponsorów i mecenasów /pełnił w w tym czasie funkcję dyrektora Bolesławieckiego Ośrodka Kultury/.

czwartek, 9 czerwca 2016

KIEDY PAMIĘĆ LUDZKA ZAWODZI... CZ.2

Porządkuję dalsze publikacje prasowe - moje i innych dziennikarzy z zewnątrz, które dotyczą szkoły. To w gruncie rzeczy tytaniczna praca i wielki wysiłek, bo poprzez częste wypożyczanie oryginalnych druków część z nich bezpowrotnie utraciłem. Cóż - są i tacy “przyjaciele”, którzy gotowy cudzy dorobek potrafią powielić pod własnym nazwiskiem. Otwarcie swoistego domowego archiwum oznacza upowszechnienie faktów, ułatwienie dla autentycznie zainteresowanych nimi osób i rezygnację z pokusy przywłaszczania intelektualnego dorobku.

Machul H. “Szkoła morzem pachnąca”. “Słowo Polskie” nr 17, 20.01.1989.
Obszerny panegiryk wszechstronnie opisujący wielopłaszczyznowe dokonania szkolnej 
społeczności bolesławieckiej “8”.


Wielki konkurs “Słowa Polskiego” “Szli na zachód osadnicy”. Laureaci otrzymali nagrody. “Słowo Polskie” nr 128, 14 - 16.06.1985.
Nasza szkoła zgarnęła wszystkie prestiżowe nagrody, w tym cenne trofea metaloplastyczne wykute w pracowni metaloplastycznej Śląskiego Okręgu Wojskowego we Wrocławiu. Uczniowie odkryli biografie wojenne swoich dziadków.


Wis. Konkurs o skórę lwa. “Kurier Polski” nr 102, 27.05.1981.
Wielki sukces w skali ogólnopolskiej - I nagroda i zwycięstwo nad szkołą licealną z Wybrzeża. Owoc trudu nauczycielki Heleny Tarnowskiej.

Wojciechowski K. “O potrzebie wychowania morskiego”.”Oświata Dorosłych” nr 6/1966.


Wojnar I.”Teoria wychowania estetycznego.Zarys problematyki”. Warszawa 1964.

Wójcik T. “Szkoła na świat otwarta”.

W.Ś. “Szkolny Sejmik Morski w odległym Bolesławcu”.”Wieczór Wybrzeża” nr 95.

ZIS Nadany przez dzieci tytuł Ambasadora Przyjaźni. “Gazeta Robotnicza” nr 169, 26.07.1978.

Żerko J. “Wychowanie morskie w procesie dydaktyczno-wychowawczym szkoły podstawowej”, “Nautologia” nr 4/1982.

Sarota Jerzy - “Ulica Morska, dawniej Polna”, “Czas” nr 51, 23.12.1979.


Sarota Jerzy - “Ulica Morska, dawniej Polna”, “Czas” nr 6/1980. Polemika z dyrekcją Szkoły Nr 4 na temat pochlebnego dla “ Ósemki “ artykułu tego samego autora. Jak w krzywym zwierciadle odbija się złośliwość mojego następcy, który przejął po moim przymusowym odejściu funkcję dyrektora szkoły razem z przepięknie zagospodarowanym 4-izbowym muzeum morskim liczącym ponad 2 tysiące unikatowych eksponatów. Skąd ta niechęć, zawiść i złośliwość człowieka, który wyrządził mi krzywdę /był przecież bezpośrednim przełożonym jako Inspektor Szkolny i został zdegradowany z powodów, których nie będę po latach eksponował/ ? Tego nie rozumiem. Zapewne wynika to z niezdrowej małomiasteczkowej zazdrości o laury, które przypadły w udziale komuś innemu i niezdrowej rywalizacji o palmę pierwszeństwa w pracy pedagogicznej na płaszczyźnie innowacyjności i nowatorstwa. Istniało przecież zawsze szerokie pole do popisu w tym zakresie, otwarte szeroko horyzonty Nie podejmuję polemiki, bo autor od dawna pozostaje po drugiej, zapewne lepszej stronie życia. Wybaczam nawet nieuczciwość ocen, które w tamtych czasach niektórzy szefowie uzgadniali z nieprzychylnym mnie sekretarzem partii. Ja nigdy nie należałem do wybrańców lokalnych baronów i jakoś szczęśliwie - i znów niezupełnie z własnej woli - doczekałem się emerytury. I znów rozdrapano i zniszczono w oka mgnieniu bogaty skarbiec, którym stała się za czasów mojej dyrektorskiej kadencji szkoła. Szkoda, bo na tym straciło część swojej oryginalności miasto Ale to już inna historia, do której może zechcą sięgnąć apolityczni badacze w przyszłych pokoleniach. Pod warunkiem, że zostaną jeszcze resztki śladów dumnej i barwnej przeszłości.



Zacytuję tylko odpowiedź polemiczną autora artykułu “Ulica Morska, dawniej Polna”, który trafnie i treściwie wyważył argumenty i potwierdził to własnym nazwiskiem.

Od autora :

A jednak nie z własnej inicjatywy, lecz z zewnętrznej konieczności musiał Paweł Śliwko opuścić szkołę nr 4, której 14 lat wcześniej zaszczepił miłość do morza. Że natomiast przetrwała ona i kwitnie mimo jego odejścia - o tym przecież pisałem w reportażu. W czynieniu następnie całego Bolesławca miastem nie tylko śląskim, ale i morskim jest zasługą także innych osób, największa jej część przypada nadal Pawłowi Ś. Takie są moje ustalenia poczynione w Bolesławcu. Wyglądałyby na pewno inaczej, gdyby jedynymi moimi rozmówcami byli obecni autorzy listu. Przykładowo - w odpowiedzi na moje pytanie o genezę związków szkoły nr 4 z morzem usłyszałem w niej, że teraźniejszy jej dyrektor chciał być w młodości marynarzem. Ani słowa natomiast o Pawle Ś. Przemilczenia tego nie sposób nie nazwać niedelikatnym.

W liście natomiast określającym jako kłamliwy mój reportaż przydałoby się również coś na dowód. Bo z braku konkretnych zarzutów jest to strzelanie wprawdzie głośne, lecz bez prochu.” 
 Jerzy Sarota



Uczniowie klasy VII b. “Jesteśmy mu wdzięczni”, “Płomyk” /Szkarłatna Róża/ 10.II.1977,nr3 
“Nauczycielem godnym naśladowania, pełnym inicjatywy jest dyrektor naszej szkoły pan Paweł Śliwko. Jest on człowiekiem, który większość swego czasu poświęca szkole i uczniom. Od czasu objęcia przez niego funkcji dyrektora szkoła zaczęła tętnić życiem, a młodzież zaczęła garnąć się do wspólnej pracy na rzecz szkoły
Naszemu dyrektorowi zawdzięczamy nawiązanie wielu ciekawych kontaktów, między innymi z pisarzem-marynistą Bronisławem Miazgowskim, ze statkiem m/s “Pekin”, z jungami na statku m/s “Dembowski”, z uczniami jednej ze szkół w Australii oraz żołnierzami, którzy pełnią służbę na Bliskim Wschodzie. Dzięki naszemu dyrektorowi powstała w szkole piękna “Izba Pamięci Narodowej” oraz galeria malarstwa. Jesteśmy uczniami klasy VII b, która jest klasą morską. Właśnie dzięki naszemu dyrektorowi powstało nasze “Muzeum Morskie”. Na skarpie przed szkołą zasadzone są krzewy i kwiaty.
To tylko niektóre przykłady przemian dokonanych w naszej szkole przez dyrektora Pawła Śliwko. Jesteśmy Mu za to wszystko bardzo wdzięczni i chcielibyśmy, aby za swój wysiłek i pracę został odznaczony “Szkarłatną Różą”.
Uczniowie klasy VII b


Daleki jestem od samouwielbienia, przez całe życie noszę w sobie mnóstwo wad i nieuleczalnych kompleksów /piętno przeżytej straszliwej wojny/, zatem krytycyzm i samoocena korygują dziecięcy zachwyt i emocjonalną ocenę czynów i trwałych dokonań.
O tyle nie zdziwił mnie wniosek wychowanków, że w zainicjowanym przez jedną z naszych nauczycielek rozprawie /wypracowaniu-klasówce/ na temat człowieka, który mi imponuje i którego chciałbym naśladować - zostałem wybrany przez wszystkich sztubaków jako jedyny bohater. To było dla mnie absolutnym,nieprawdopodobnym zaskoczeniem i mówiąc szczerze - najwyższą nagrodą za długie lata pracy pedagogicznej. Upieram się przy twierdzeniu, że aż na taki splendor z pewnością nie zasłużyłem, natomiast jest to wynik mojego szacunku dla praw dziecka, a zatem i do wszystkich uczniów, z których wyrastają mądrzy i dobrzy ludzie z zakodowanymi pozytywnymi cechami charakteru i szacunkiem dla ogólnoludzkich humanistycznych wartości. Mistrzem w swoim zawodzie na pewno nie byłem, ale miałem wpływ na skuteczne modelowanie dziecięcej, bardzo plastycznej psychiki. I to się liczy najbardziej.

Paweł Śliwko-”Dziś i jutro Bolesławca”. Wyd. Dolnośląskie Towarzystwo Społeczno - Kulturalne. Wrocław 1985. Stron 115 oraz część ilustracyjna stron 20.
Pierwsza po wojnie próba zarejestrowania przeglądu wiodących zakładów przemysłowych, oszczędny komentarz historyczny, Wydawnictwo kilka lat przeleżało w redakcji pod pretekstem potrzeby adiustacji tekstu, co było typowym zjawiskiem minionego ustroju. Praktycznie był to rodzaj drobiazgowej cenzury znienawidzonej przez autorów, bo pozwalającej na korektę i daleko idące zmiany zgodnie z uznaniem adiustatora. Odnosi się to również do zawartości mojej książki powitane bez fanfar przez ówczesne władze siedzące już na walizkach przed odlotem w niepamięć. Nawet jako członek Stowarzyszenia Autorów Polskich nic nie miałem do powiedzenia w kwestiach skrótów i dowolnych poprawek. Cóż - było, minęło. Pamięć o dawnych fabrykach Bolesławca pozostała już tylko na kartach mojej skromnej i pionierskiej w tamtym czasie książki. Mogła być bogatsza, pełniejsza, doskonalsza, ciekawsza - ale to było poza zasięgiem mojego wpływu na biurokratyczną adiustację, której odpryski pozostają żywe do dzisiaj mimo upływu lat ,,,
Dziwne? Raczej smutne, ale prawdziwe. Z tą różnicą, że powstają na kredowym papierze luksusowe, grube “cegły”, ale za to nabijają kabzę piszących.

Odznaka Klubowa “Kosa”, “Motywy”, tygodnik Związku Harcerstwa Polskiego nr 47 z datą 19.11.1978.
Spośród 12 propozycji różnych nazw odznaki klubowej jedna brzmi zaskakująco : KOS Nowator. Komentarz redakcji : “W pierwszej wersji nazwaliśmy tę odznakę “imienia Pawła Śliwko - mając żywo w pamięci obraz dyrektora szkoły podstawowej nr 8 w Bolesławcu, która to szkoła rozwija wielostronną a niebanalną działalność pozalekcyjną i w wielu kategoriach ma zaskakująco imponujące osiągnięcia. “Tym “kosem” /Klub Otwartych Szkół”/ chcielibyśmy odznaczać szkoły, które wdrażają pomysły nowatorskie.


Sławomir Szokarski - “W tej metodzie nie ma szaleństwa” -”Gazeta Robotnicza”. 
Bardzo pochlebny materiał prasowy, cenny w sensie merytorycznym, syntetycznie ujmujący istotę problematyki wychowania morskiego wg. wzorca bolesławieckiego.

BIAŁE ORŁY w bolesławieckiej Tysiąclatce. Mój artykuł na łamach kombatanckiego czasopisma “Za Wolność i Lud”. Idea wychowania patriotycznego w praktyce.


Dni Morza’87” - Przykład rozmachu i pomysłowości w organizowaniu imponującej uroczystości dla szkoły i miasta.


Fragment morskich zbiorów muzealnych szkoły.

Teofil Grydyk - dobry duch opiekuńczy szkoły. Poświęcę Mu oddzielny fragment opracowania. Na odwrocie dedykacja: “Drogiemu i serdecznemu przyjacielowi Pawłowi - wielkiemu miłośnikowi morza - Teoś marynarz. Jeszcze data - Bolesławiec, 09.05.86.















Kazimierz Wojciechowski - “Wychowanie patriotyczne młodzieży”, Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowe, Warszawa 1968. Podsumowanie ogólnopolskiego konkursu. Cytuję fragment mojej wypowiedzi opublikowanej w książce :

“/str. 230/ Szczególnie trudna i odpowiedzialna praca przypadła w udziale nauczycielom pracującym na Ziemiach Odzyskanych. Pisze na ten temat Paweł Śliwko - nauczyciel Szkoły Podstawowej w Bolesławcu, województwo wrocławskie.

Nie szukaliśmy tutaj złotodajnego Klondike, ani przygód godnych westernów z Dzikiego Zachodu. Przyszliśmy na wydartą przed setkami lat ojcowiznę, krwią żołnierzy z białymi orłami na rogatywkach okupiliśmy powrót na piastowskie rubieże Rzeczypospolitej. Karabiny zamieniliśmy na pługi i w zaminowane pola wrzuciliśmy pierwsze ziarno. Kiedy na wypalonych murach domów pojawiły się pierwsze pisane po polsku ogłoszenia - ludzie płakali. Ciągnęli jak żurawie do rodzinnych stron przez gruzowiska wsi i miasteczek o obcych nazwach, a przecież już tutaj zaczynała się Polska.

Dziewczyna, która pierwsza wysiadła w 1946 roku z transportu reemigrantów z Jugosławii, uklękła i ucałowała ziemię. Nikt wówczas nie pisał kronik. Mówiliśmy : czasy pionierstwa i odwagi. Żyją jeszcze ludzie, których osobiste losy splotły się z historią. Nie były to łatwe czasy : przymierało się głodem, nocą gwizdały kule, nie było światła, gazu, wody. Wracali z obozów koncentracyjnych, z górniczych osiedli Francji, z dalekiej Bośni i Chorwacji, z rozległych terenów Związku Radzieckiego, zza Buga, z krytych słomą chat Podlasia i Mazowsza, z Rzeszowszczyzny. Pariasi, chłopi bez własnej ziemi, parobkowie z pańskich folwarków, żołnierze, robotnicy. Przyszłe Eldorado leżało w gruzach : strzaskane kikuty domów znaczyły niczym ospa wyrwy po armatnich i karabinowych pociskach, ruiny i gruz sięgały pierwszego piętra, śmierć czaiła się w zaminowanych latarniach ulicznych i polach. Wielu odeszło. Na ich miejsce przychodzili nowi, setki, tysiące.”


Na przekór losowi” - praca zbiorowa, dwa wydania :rok 1999 i 2001. Wydawca - Polskie Towarzystwo Walki z Kalectwem Oddział w Zielonej Górze. Pamiętniki i wspomnienia konkursowe osób niepełnosprawnych zebrał Janusz Koniusz. Mój skrócony tekst stanowi rozdział zatytułowany “Los bez aureoli”. Zdobył I nagrodę. To jedyny przypadek w mojej twórczości dziennikarskiej, kiedy pozwoliłem sobie na odrobinę szczerości w sprawach bardzo osobistych i wrażliwych, zresztą w wielkim skrócie myślowym, bez szerszej analizy psychologicznej. To tylko część czy może nawet drobna cząstka prawdy o doznaniach i losie człowieka “sprawnego inaczej” /jaka to delikatna nazwa?/ i mówiąc szczerze - natrętny powrót do tematu tworzy dyskomfort, więc lepiej o tym nie pisać. Przynajmniej ja tak to odczuwam. Nie akceptuję współczucia, bo przecież tysiące biednych ludzi trwają w dużo trudniejszej, dramatycznej sytuacji i im trzeba oddać najcenniejsze uczucia i pomoc z porywu szczerego serca. W tym ludzkim nieszczęściu okazałem się mimo wszystko szczęściarzem i gdyby nie śmierć ukochanej żony - nie miałbym prawa nic złego napisać o własnym losie. No, może jeszcze trauma wojny wisi nade mną jak miecz Damoklesa.


środa, 18 maja 2016

KIEDY LUDZKA PAMIĘĆ ZAWODZI …


W odległej przeszłości myślałem - stawiając pierwsze chwiejne kroki jako piszący do lokalnej prasy dziennikarz nazywany wówczas “korespondentem”, że mam przed sobą dużo czasu na uporządkowanie treści drukowanych artykułów, które wycinałem i chowałem w skoroszytach. Dużo z nich /niestety - nie wszystkie/ przetrwało próbę czasu i mogę do nich z pewnym rozrzewnieniem powracać jak do treści autentycznej kroniki dawnych czasów. Nie wszystkie artykuły mogę jednak odszukać, a szkoda.


Postanowiłem wybrać i opublikować w internecie te najważniejsze, łączące się głównie z oświatą i edukacją młodego pokolenia, bo w końcu to stanowiło kanwę i treść mojego długiego i bogatego w wydarzenia życia pedagogicznego. Może komuś przydadzą się choćby niektóre moje przemyślenia. Nie szukam rozgłosu czy taniej satysfakcji, dziś są to dla mnie wartości wtórne, mało ważne. Paradoksalnie - w porządkowaniu wydrukowanych treści pomogła mi praca magisterska uczennicy i absolwentki “mojej” dawnej szkoły, bolesławieckiej “Ósemki”, Agnieszki Szulc - Jednoróg, która w swoje pedagogiczne dzieło włożyła dużo trudu i serca. Gratulowałem p. Agnieszce pięknego efektu pracy, czynię to jeszcze raz, bo młoda nauczycielka stanęła na wysokości zadania tworząc przebogatą biografię znanej kiedyś w całej Polsce szkoły otwartej na świat.


Zacznę jednak od udokumentowanego rejestru moich artykułów drukowanych głównie w ‘Gazecie Robotniczej” /Wrocław/ i “Oświacie i Wychowaniu” /Warszawa/ oraz czasopismach Wybrzeża. Jeszcze raz zastrzegam - nie jest to rejestr kompletny.

Śliwko P. ‘Bałtycka przygoda pod żaglami “Bieszczad”, “Gazeta Robotnicza” nr 229, 01.10.1986.

Śliwko P. ‘Barwy przyjaźni. Orientalna herbaciarnia w szkole”, “Gazeta Robotnicza” nr 113, 16.05.1988.

Śliwko P. ‘Dar absolwenta szkoły. Wzbogacą galerię malarstwa współczesnego,” “Gazeta Robotnicza” nr 223, 24.09.1987.

Śliwko P. “Dar Przewodniczącego Rady Państwa. Kolekcja wojskowych oznaczeń dla bolesławieckiej Izby Pamięci Narodowej”. “Gazeta Robotnicza”, maj 1975.

Śliwko P. “Jeleniogórski turniej wiedzy o morzu”. ‘Gazeta Robotnicza” nr 102, 8-9.o5.1979.

Śliwko P. “Konsul NRD gościł u bolesławieckich uczniów”, “Gazeta Robotnicza” nr 268, 20.11. 1989.

Śliwko P. “Konsul ZSRR w bolesławieckiej “8”. Fotografie z dedykacją od Michaiła Gorbaczowa”. “Gazeta Robotnicza” nr 231, 5.10.1989.

Śliwko P. “Kotwica już w Bolesławcu”. “Słowo Polskie” nr 266, 21.12.1983.

Śliwko P. “Książeczka mieszkaniowa i nagrody dla uczniów. Marynarski mecenat”. “Gazeta Robotnicza nr 79. o6.04.1988.

Śliwko P. “Lekcja patriotyzmu”. “Gazeta Robotnicza” nr 228. 16.10.1975.

Śliwko P. “M/s Wineta” płynie do Afryki. Wielki rejs młodziutkiej Eli”. “Gazeta Robotnicza” nr 86, 15.04.1976.

Śliwko P. “Mam swego mistrza”. “Motywy” nr 1. 07.01.1979.

Śliwko P. “Medal Opiekuna Miejsc Pamięci Narodowej dla bolesławieckiej szkoły nr 8.” “Słowo Polskie” nr 81. 09.04.1975.

Śliwko P. “Morze w … Bolesławcu”, “Karkonosze” nr 8, sierpień 1983, s.2


Śliwko P.”Na pamiątkę portret z dedykacją. Osobisty list K. Waldheima do szkoły nr 8 w Bolesławcu.

Śliwko P.”Nagroda miasta Vac. Plener nad modrym Dunajem.” “Gazeta Robotnicza” nr 174, 01.08.1978.

Śliwko P. “Niecodzienna przygoda bolesławieckiej młodzieży. Rządowym samolotem na spotkanie z ministrami. “Gazeta Robotnicza”, nr 266, 14.11.1990.

Śliwko P. “O wychowaniu estetycznym w szkole podstawowej”, red. I. Słońska, Warszawa 1966.

Śliwko P. “Obrazy I. Krzywińskiej dla galerii w tysiąclatce”, “Gazeta Robotnicza” nr 20, 24.01.1985.

Śliwko P. “Order Uśmiechu” dla Kurta Waldheima”. “Gazeta Robotnicza” nr 67, 26.03.1979.

Śliwko P. “Ósemka z Bolesławca wygrała turniej wiedzy o morzu”. Gazeta Robotnicza nr 121.”

Śliwko P. “Pod żaglami “Iskry”. Morska przygoda jungów z “8”. “Gazeta Robotnicza” nr 147.

Śliwko P. “Popiersie E. Thaelmanna i tablica pamiątkowa w bolesławieckiej “ósemce”. Gazeta Robotnicza, nr 92, 19-20.01.1986.

Śliwko P. “Przekazanie urny z ziemią z pól bitewnych”, Gazeta Robotnicza”, grudzień 1975.

Śliwko P. “Przygoda w tropiku. Taki rejs nie zdarza się co dzień”. ‘Gazeta Robotnicza” nr 169, 27.07.1976.

Śliwko P. “Przyjacielskie kontakty z Pirną”, “Gazeta Robotnicza” nr 276,26.11.1986.

Śliwko P. “Raport o wychowaniu dla pokoju”, “Gazeta Robotnicza” nr 218, 27.09.1979.

Śliwko P. “Rosną zbiory “Ósemki”. Flaga ONZ w bolesławieckiej szkole”.”Gazeta Robotnicza”, nr 74, 1.04.1980. 

Śliwko P. “Sala przyjaźni polsko-jugosławiańskiej”, “Gazeta Robotnicza” nr 30, 05.02.1990.

Śliwko P. “Serdeczne kontakty młodzieży z marynarzami”. “Słowo Polskie” nr 143, 18.06.1974.

Śliwko P. “Serdeczne więzi”, “Za Wolność i Lud”, nr 29, 16.07.1977.

Śliwko Paweł “Sesja o wychowaniu internacjonalistycznym”. “Słowo Polskie” nr 270, 27.12.1983.

Śliwko P. “Uczyć się morza w ...Bolesławcu”. “Słowo Polskie” nr 205, 10.10.1983.

Śliwko P. “Vademecum wychowania dziecka”. “Słowo Polskie”.


Śliwko P. “W Bolesławcu. W hołdzie Korczakowi i Jordanowi”. “Gazeta Robotnicza”, 12.09.19978.

Śliwko P. “W bolesławieckiej “8”. Wizyta warszawskich Kleeberczyków.” “Gazeta Robotnicza” nr 171, o1’09.1981.

Śliwko P. “W maju III Sejmik Morski”, “Gazeta Robotnicza” nr 303, 31.12.1988.

Śliwko P. “W Tysiąclatce. Pomnik żołnierza obrońcy dziecka. Sala “Białych Orłów”. “Gazeta Robotnicza”nr 121, 28.05.1976.

Śliwko P. ‘Winetą do Afryki”. “Gazeta Robootnicza” nr 239, 19.10.1987.

Śliwko P. “Wychować przez sztukę”, “Gazeta Robotnicza” nr 229, 11.10.1979.

Śliwko P. “Wychowanie morskie w programie pracy dydaktyczno- wychowawczej.” Wojewódzka Sesja Postępu Pedagogicznego. Bolesławiec, 18.12.1987.

Śliwko P. ‘Wychowanie morskie w Szkole Podstawowej Nr 8 w Bolesławcu. Materiały z Wojewódzkiej Sesji Postępu Pedagogicznego w Bolesławcu. 6 - 7.06.1984.


Śliwko P. “Wyróżnienie szkoły. Medal z Helu dla bolesławieckiej “8”.”Słowo Polskie” nr 116, 17.05.1984.

Śliwko P. ‘Z kroniki bliźniaczych szkół. Przyjaźń, słońcem malowana … “Żołnierz Ludu” nr 22, 21-22.02.1985.

Śliwko P. “Z piastowskim Białym Orłem.Na spotkanie z kronikarzami żywych dziejów. “Za Wolność i Lud” ,nr 2, czerwiec 1978.

Śliwko P. “Z życia ZBoWiD”. “Słowo Polskie”, nr 120, 27.05.1975.

Śliwko P. “Zaprosiła nas pani minister”, “Gazeta Robotnicza”, 25.10.1984.

Śliwko P. “Zlot Kleeberczyków w Bolesławcu,” Kurier Polski, nr 65, 02.04.1981.

Święcicki W. “O morzu pod Karkonoszami”. “Wieczór Wybrzeża”, 23.05.1978.

U.Z. “Miła uroczystość w bolesławieckiej ósemce. Dalsze patronaty nad statkami PLO”. “Gazeta Robotnicza” nr 18, 24.01.1980. 

W Bolesławcu nad Bobrem. Szkolna galeria malarstwa. “Kurier Polski” nr 272, 17.12.1976.

W M Adres: Bolesławiec, ul.Słowackiego 2. “Żołnierz Polski” nr 22, 30.05.1976.

W.M. ‘Poznajemy przeszłość - dla przyszłości”. “Żołnierz Polski” nr 4, 23.01.1977.

W.M. “Nowe ekspozycje - ciekawe imprezy.” “Żołnierz Polski” nr 5, 30.01.1977.



środa, 27 kwietnia 2016

WĘDRÓWKA W GŁĄB CISZY cz.4


Szkoła jest piękna kiedy ją kochamy, kiedy wyrasta z naszych marzeń i wyobrażeń, kiedy stanowi oazę naszej mądrości i radości, kiedy identyfikujemy się z nią bez reszty. Szkoła staje się naszą chlubą i dumą, jeśli wypełnimy ją słoneczną przyjaźnią, empatią, kiedy odkryjemy w niej skarbiec wiedzy o świecie i nici wzajemnego zrozumienia w kręgu dobranej kadry pedagogicznej i rzeszy wychowanków. Szkoła to przede wszystkim dzieci, które łakną miłości, ufności, zaufania , które są wyjątkowo wrażliwe na krzywdę i mają swój odrębny świat zakodowany w niepowtarzalnych barwach i baśniowym bogactwie fantazji.

Bolesne zderzenie z obiektywnie istniejącą rzeczywistością pozostawia w świadomości dziecka nierzadko trwałe blizny wypaczając własny, prywatny program aktywnego istnienia w coraz bardziej skomplikowanym świecie, 

Nasi poprzednicy w czasach starożytnych hołdowali prostej dewizie edukacyjnej zamykającej się w zdaniu :

“Non scholae, sed vitae discimus”./Uczymy się nie dla szkoły, lecz dla potrzeb życia/. Mijające stulecia wzbogacały i rozwijały tę myśl - zamieniając gliniane tabliczki na uniwersalne komputery, otwierając szeroko okna placówek oświatowych na innowację i nowatorstwo. Uczone księgi mędrców przykryła gruba warstwa kurzu, a przecież filozoficzne przesłanie nie utraciło swojej wartości. 

Jeśli jakaś zmiana zaszła w dzisiejszej pięknej szkole w Nowej Wsi w czasach niemal prehistorycznych,/minęło przecież 70 lat .../ kiedy pierwszy raz w swoim życiu obejmowałem funkcję kierownika - to łączy się to ze sferą emocjonalną i jej wzbogaceniem. To było wielkie odkrycie i początek odważnego eksperymentu, który do dzisiaj nie wygasł, chociaż - cytując pisma starożytnych myślicieli - “Czasy się zmieniają i my się zmieniamy wraz z nimi” /Tempora mutantur, et nos mutantur in illis”. Przesada?

Oprę się na jednym przykładzie.

… Kiedyś w drodze na bolesławieckie targowisko zatrzymała mnie dojrzała z wyglądu kobieta z szerokim uśmiechem na ładnej twarzy.
Pan mnie pewnie nie poznaje ? Jestem Marysia, uczył mnie pan w Nowej Wsi. Jestem już babcią - wyraźnie cieszyła się tym faktem, dzieląc się radością z wychowawcą spotkanym przypadkowo na ulicy po ponad pół wieku.

Wzruszyło mnie to zdarzenie. Tak, przypomniałem sobie ten odległy czas i jeszcze dziecko-uczennicę VII klasy, ambitną i wzorową w zachowaniu, nie kryjącą sympatii do mnie i “mojej” dziewczyny /tak to się dzisiaj nazywa .../, młodziutkiej nauczycielki, która za kilka miesięcy została moją żoną. Pozostała trwała nić sympatii nawet po wielu latach. A wartość nauczycielskiej innowacji polegała na otwarciu własnego serca dzieciom, które z reguły odczuwały deficyt i niedosyt uczuć w kontaktach ze światem ludzi dorosłych. Stąd rozpaczliwe szukanie przyjaźni i pielęgnacja doznań emocjonalnych, które wynikały i narodziły się z szacunku dla autorytetu i walorów osobowości pedagogów pracujących w tej szkole. Byliśmy w zasadzie wszyscy młodymi ludźmi, otwartymi, szczerymi, skorymi do przekazania pełni empatii, kochającymi biedne wiejskie dzieci - z natury dobre, ufne, skłonne do zwierzeń, szukające ciepłych uczuć, akceptacji dla siebie, życzliwości, uśmiechu, nawet pogłaskania po głowie. To była ich szkoła pod hasłem : “Uśmiechnij się - jesteś wśród przyjaciół” /to zdanie - wymalowane na korytarzowej ścianie już innej, wielkiej i tłocznej miejskiej Tysiąclatki - stanowiło naczelne motto pracy pedagogicznej opartej o pełny kredyt zaufania w relacji nauczyciel - uczeń/.

Jeden z rodzimych klasyków wypowiedział mądre zdanie :

“Nie ma piękniejszego zawodu niż zawód nauczyciela, który rozumie swoje powołanie” Nic dodać, nic ująć - to prawda obiektywna.


Zadziwia ludzka pamięć byłych wychowanków i ich refleksje, przemyślenia, wspomnienia. Zawarte są w treści listów, które cytuję.

I jeszcze jedna myśl o charakterze uniwersalnym, którą można odnieść do losu każdego człowieka :

“Idź przez życie tak, aby ślady twoich stóp przetrwały cię”. To piękna i trafna myśl biskupa Chrapka, którą dedykuję moim następcom podejmującym wielki trud edukacyjny młodego pokolenia Polaków. Na miarę swoich skromnych możliwości starałem się wcielić w życie to rozważne credo wplatając w każde działania szacunek, akceptację, pomoc i serdeczny uśmiech dla każdego dziecka. Bo w szkole dzieci są najważniejsze, a ich bezinteresowna miłość liczy się na wagę złota.

Życzliwa pamięć uskrzydla ludzki los, odkrywa ważne wydarzenia, porządkuje i hierarchizuje fakty. Ale też wzrusza, odkurza minione sytuacje, przywołuje twarze dawnych przyjaciół, wzbogaca urodę życia. Dlatego cieszy mnie każda wieść z dawnych lat wspólnie przeżywanej z byłymi uczniami młodości, przypominanie zaklętych rewirów piękna, podziw dla pejzażu okolic Nowej Wsi i Zebrzydowej, urokliwego wiosną i latem, jesienią czy zimą. Wszędzie zostawiłem cząstkę swego serca - w tym przebogatym świecie wspaniałej baśni.

W tej krainie piękna i ludzkiej życzliwości odkrywałem wraz z wychowankami leśne jeziorka z kwitnącymi wodnymi liliami, oazy żurawin na podmokłych uroczyskach, grzybowe aleje, legowiska dzikich zwierząt, kwitnący wśród sosnowych drzewostanów wawrzynek “wilcze łyko”. Dobrze czułem się w tym pejzażu, którego już - niestety - nie ma. Czy nowe pokolenie, które w jakimś stopniu tutaj wychowywałem na ideałach humanizmu - ma zakodowaną w sobie ludzką dobroć, solidarność, szacunek dla drugiego człowieka, skłonność do życzliwej, bezinteresownej pomocy? Wierzę, że tak jest, a swój optymizm wywodzę z własnego doświadczenia pedagogicznego i twardej szkoły powojennego życia wśród Was, życia bez luksusu, ale w kręgu przyjaznych ludzi.

Dobrze pamiętam czas tzw. walki z analfabetyzmem, kiedy po ciężkiej pracy w polu Wasi ojcowie i dziadkowie zasiadali w szkolnych ławkach i spracowanymi, sękatymi dłońmi chwytali za pióra kreśląc w zeszytach niekształtne litery. Szanowałem ich wysiłek, miałem wśród nich wielu prawdziwych przyjaciół. Wielu znalazło sobie później miejsce w życiu społecznym wsi, miasta czy regionu. I to jest piękne wspomnienie z bardzo odległej przeszłości.

Te refleksje sprowokował list dawnego wychowanka i kolejny list Waszego ziomka, Prezydenta miasta Tczew. Tę bezcenną dla mnie korespondencję cytuję w całości. 





Szanowny Panie!

Ponieważ miałem przyjemność być nauczanym przez Pana i Pańską małżonkę na przełomie drugiej połowy lat 50 i pierwszej połowy lat 60 w Nowej Wsi i bolesławieckiej "czwórki", zwracam się z prośbą o podanie w następnej edycji "Szkoły sercem malowanej.." nazwiska panieńskiego szanownej Pana małżonki, bo niestety nie mogę sobie przypomnieć. Ponadto proszę też napisać o wycieczkach dla uczniów w lasach nowowiejsko-zebrzydowieckich i więcej o pobycie Pana w ciekawej wsi jaką była w tamtych czasach Zebrzydowa.

Pozdrawiamy
Henryk Pingot


Szanowny Panie !

Przepraszam za ogromne opóźnienie w mojej odpowiedzi, ale - wbrew pozorom - cierpię na niedostatek wolnego czasu, bo jestem w wieku matuzalemowym, a zatem mniej sprawnym i mniej operatywnym..Panta rhei … Wszystko płynie, upłynęło też wiele lat od epoki dynamicznej młodości, w której każdy dzień miał inną barwę, a nawet więcej barw - jak w kalejdoskopie.

Ze wzruszeniem wspominam szczęśliwy czas początku kariery pedagogicznej właśnie na wsi, w przyjaznym środowisku życzliwych ludzi, najczęściej boleśnie doświadczonych przez los makabrycznymi doświadczeniami okrutnej wojny. Sam należę do pokolenia “dzieci wojny” : zaliczyłem ponad 3 lata robót przymusowych w Prusach Wschodnich wraz z rodzicami. Młodszy o rok brat nie przeżył nieludzkiej, niewolniczej katorgi, nie wrócił spod Berlina ojciec. Matka była uosobieniem literackiej Siłaczki i prawdziwej bohaterki. Związała swój los z Zebrzydową, dokąd i ja przywędrowałem po 9 miesiącach pobytu na leczeniu sanatoryjnym w Połczynie Zdroju. Tyle czasu i codziennych zabiegów leczniczych wymagał mój powrót do życia. Taka była cena martyrologii wojennej /jako dziecko-niewolnik pracowałem u bezdusznego niemieckiego bauera/. O szczegółach nie będę się rozpisywał. Są zbyt bolesne.

Pyta Pan o nazwisko panieńskie mojej Ś. P. żony. Poznałem ją właśnie w Nowej Wsi jako kierownik tutejszej 7-klasowej szkoły podstawowej. Była najmłodszą chyba nauczycielką po ukończeniu Liceum Pedagogicznego w Przemyślu na Rzeszowszczyźnie /naukę w szkole rozpoczęła o rok wcześniej - jako 6-latka/. Też należała do pokolenia “dzieci wojny”, została osierocona w wyniku mordu dokonanego przez ukraińskich bandytów na rodzicach. Miała zaledwie parę miesięcy życia, kiedy straciła ojca i matkę, dobrane i kochające się małżeństwo młodych ludzi na wsi. Pochodziła z historycznej rodziny Sieradzkich, co sugeruje nazwisko ojca, ale szczegółów życia i pełni faktów składających się na rodową sagę nie znała. Wychował ją dziadek i jego liczna rodzina okazująca osieroconemu dziecka dużo serca.

Była piękną, mądrą i dobrą kobietą z wiecznym uśmiechem na twarzy i sercem na dłoni. To była nasza pierwsza i jedyna miłość na długie 44 lata życia. Zachwycała i onieśmielała swoją urodą : błękitne oczy, czarne włosy, kobieca sylwetka. Jako 18-latka wyszła za mąż, zostaliśmy przeniesieni do Bolesławca /mój awans na stanowisko Podinspektora Szkolnego/, tutaj otrzymaliśmy przydział na mieszkanie. Żona trafiła na Dolny Śląsk z tzw. nakazu pracy, mieszkaliśmy w tzw. Domu Nauczycielskim tuż przy obiektach szkolnych. Pamiętam ciasnotę w nietypowych izbach lekcyjnych i dymiące kaflowe piece, poczciwego woźnego p. Walęgę i cały personel : mojego poprzednika Józefa Rysia, Mieczysława Swachę, Janinę Świątek i Danutę Sieradzką. Warunki pracy nie należały do łatwych, ale do szkoły wnieśliśmy z przyszłą żoną dużo życzliwości, sympatii, szacunku dla pracy nauczycielskiej i miłości do uczniowskiej codzienności. Dzieci odpłacały się sercem za serce. 

Z biegiem czasu żona stała się wybitną nauczycielką, cieszyła się ogromnym autorytetem, wyróżniała się kulturą osobistą i taktem, była cenionym fachowcem w swoim nauczycielskim środowisku. Ukończyła studia polonistyczne na Uniwersytecie Wrocławskim. Była magistrem filologii polskiej, nic więc dziwnego, że aktywnie i skutecznie uczyła wychowanków miłości i szacunku dla ojczystego języka. Kochała życie i ludzi, dzieci - zwłaszcza te młodsze - nie kryły dla niej swoich ciepłych uczuć i przywiązania, zresztą wszyscy uczniowie zaakceptowali nowe porządki, a było to pokolenie umownie nazywane pionierami, nierzadko okrutnie doświadczone w swoich rodzinach barbarzyńską wojną. Do każdej lekcji trzeba było przygotowywać pisemny konspekt. Atmosfera szkoły wyzwalała nietuzinkowe inicjatywy, istniało tu harcerstwo, mnożyły się wycieczki, kwitła turystyka w przepięknym krajobrazie Borów Dolnośląskich, obchodziliśmy jesienne święto grzybobrania, wiosenne topienie w pobliskie Kwisie Marzanny, zimowe kuligi na sankach, letnie wyprawy na jagody. Słowem pełnia życia według koncepcji wybitnego pedagoga i lekarza Janusza Korczaka, który był moim idolem, doskonałym wzorcem do naśladowania, imponującym wiedzą i życiową mądrością mistrzem i nauczycielem. Byliśmy z żoną bardzo młodymi ludźmi, rozpierała nas energia, zatem teoretyczną wiedzę przekształcaliśmy w nowoczesną innowację pedagogiczną bliską uczniom poprzez dobór odpowiednich form pracy i życzliwych kontaktów interpersonalnych.

Nie będzie wielkiej przesady w twierdzeniu, że z pracą w Nowej Wsi kojarzy się i wyzwala bukiet dobrych, przyjaznych wspomnień, pięknych i ważnych jako krótki rozdział w naszych życiorysach. W tej szkole najważniejsze były dzieci i ich prawo do radości, uśmiechu, zabawy. Za korczakowskie podejście do pracy wychowawczej w szkole - wśród dzieci i dla dzieci - w kilkanaście lat później otrzymałem nagrodę Karkonoskiego Towarzystwa Naukowego jako jedyny nauczyciel w dawnym województwie jeleniogórskim. Podobne osiągnięcia - jeszcze późniejsze - przyniosły mi nagrodę wrocławskiej “Gazety Robotniczej” z dedykacją i uzasadnieniem, które cytuję : 

Nagroda “GR” w dziedzinie wychowania młodego pokolenia.

“Paweł Śliwko, od 35 lat nauczyciel i pedagog, obecnie dyrektor Szkoły Podstawowej nr 8 w Bolesławcu. Ten znany i popularny w swoim środowisku wychowawca jest m.in. autorem wielu interesujących koncepcji i przedsięwzięć wzbogacających życie szkoły. Wiele z zaproponowanych i zrealizowanych programów dotyczyło regionu bolesławieckiego, wiele - np. upowszechnienie wiedzy marynistycznej - całego kraju.”
To był rok 1988.


Po licznych wizytacjach ministerialnego szczebla i moim udziale w Kolegium Ministerstwa Edukacji Narodowej został ogłoszony Rok Morski w Szkolnictwie, a Bolesławiec stał się swoistą Mekką młodych z racji setek wycieczek zwiedzających “morską” szkołę Nr 8. To namacalny, konkretny dowód rangi i wartości lokalnych innowacji powielanych na forum ogólnopolskim. O szczegółach nie będę pisał, znaczna ich część mieści się w internetowym blogu.

Natchnieniem dla mnie były bliskie mojemu sercu dzieci i wielopłaszczyznowy świat ich potrzeb i oczekiwań, a ich nagrodą symboliczne i bezcenne wyróżnienia /odznaczenia ?/ “Order Uśmiechu” i “Szkarłatna Róża”/. Dużo sukcesów pedagogicznych ma swój prapoczątek w szkole w Nowej Wsi, która nosi dziś dumne imię Józefa Piłsudskiego. Może nie były to oszałamiające dokonania, ale dzięki kochanym sztubakom - ufnym, szczerym, otwartym, empatycznym rodziły się trafne koncepcje pedagogiczne, ciekawe pomysły oraz odważne i rozważne próby przekształcania obiektywnie istniejącej szkolnej rzeczywistości. Serdeczność i pracowitość ambitnego i kompetentnego grona nauczycielskiego pozwoliła licznym absolwentom zdobyć wiele znaczących laurów w życiu zawodowym i osobistym. Wielu wyfrunęło z rodzinnego gniazda w szeroki świat. Szczerze podziwiam ich konsekwencję, pracowitość i zapał.

Od Dyrektora Szkoły p. mgr Krzysztofa Kaczmarka i Nauczycieli Zespołu Szkół im.Józefa Piłsudskiego otrzymałem propozycję spisania własnych wspomnień z okresu mojego kierowania tą placówką oświatową. Łączy się to z obchodami kolejnego jubileuszu zasłużonej szkoły. Fala ciepłych i zapomnianych w znacznej części wydarzeń na krótko pozwoliła mi przenieść się do czaru epoki i krainy młodości, bo dziś mam za sobą ponad 80 lat trudnego, ciekawego, pięknego a nawet szczęśliwego i spełnionego życia. Z Nową Wsią łączy się okres artystycznej twórczości malarskiej, pogłębionej później studiami. plenerami i przyjaźnią z wielkim węgierskim mistrzem pędzla i palety prof. Tiborem Csorbą. Owocem troski o rozwój poprawnej ortografii w “mojej” szkole były malowane na brystolu tablice ortograficzne z wyeksponowaniem trudniejszych skojarzeń literowych. Tutaj też zaczynałem swoją karierę dziennikarską na długie 30 lat. Do dziś pamiętam swój pierwszy artykuł w “Głosie Nauczycielskim”, a później lawinę notatek, esejów czy reportaży reporterskich,np. o narodzinach “Surminu” czy producentach ceramiki w głębi okolicznych lasów. To tylko kilka z kilkuset czy więcej publikacji z dominantą problematyki pedagogicznej.

To była i jest zapewne do dzisiaj - dobra szkoła, wzorzec nowoczesności i twórczej pracy dydaktyczno - wychowawczej. Po wielu latach niespodziewanie otrzymałem wzruszający list od byłego ucznia mojej dawnej szkoły w Nowej Wsi, emerytowanego Prezydenta miasta Tczew - Ferdynanda Motasa. Cytuję w całości.

Tczew 14. 01. 2013 r.


Szanowny Panie !!!

Pozwoliłem sobie na napisanie tych kilku zdań po znalezieniu w Internecie informacji o Panu, m.in. o tym, że jest Pan radnym w Bolesławcu i jest to sposób na dotarcie do Pana.

Był Pan moim nauczycielem w roku szk. 1955/56 w Nowej Wsi. Ciepło wspominam ten okres, kiedy pojawił się Pan wnosząc jakby świeży powiew, jakby otwierając szerzej okno na świat. Do dziś pamiętam Pańskie ilustrowane lekcje z historii, np. wojna francusko - pruska czy historia wozu Drzymały. Szczególnie imponował mi Pański talent plastyczny i zaangażowanie, kiedy to np. na lekcji rysunku całą lekcję malowałem, przy Pańskim cierpliwym prowadzeniu, akwarelą latarnię morską w Rozewiu w księżycowej poświacie. Pamiętam też jak na 100 - lecie śmierci A. Mickiewicza narysował Pan ołówkowy portret młodego Adasia. A z jakim zainteresowaniem oglądaliśmy francuski rower czy maszynę do pisania, na której napisał mi Pan podanie do szkoły.

Przyczynił się Pan w znacznym stopniu do tego, że nie zostałem na wsi u przysłowiowego kowala. Tak się złożyło, że nosiło mnie po kraju i w końcu wylądowałem na Wybrzeżu z dala od rodziny, co zwłaszcza w starszym wieku jest odczuwalne. I jak to w tym wieku coraz częściej wspomina się dzieciństwo, a szczególnie kiedy jest się daleko od miejsc, w których się kiedyś przebywało.

Podziwiam Pana życiowy wigor, że jeszcze działa Pan w Radzie Miejskiej, organizuje wystawy, a przede wszystkim tworzy obrazy na te ekspozycje.

Byłoby mi bardzo miło gdyby zechciał Pan odezwać się, dla uproszczenia np. e-mailem, a tymczasem kończąc przesyłam pozdrowienia i, że to jeszcze pierwsze dni roku, życzenia aby był on pomyślny, a szczególnie by dopisywało zdrowie.

Z poważaniem
Ferdynand Motas

PS. Wymieniliśmy ze sobą kilka listów. Niestety - siostra zawiadomiła telefonicznie o jego śmierci. Serdecznie współczuję. To był mądry i dobry Człowiek. Wychowanek mojej szkoły. 

Tekst ilustrowany fotografiami z pobytu mojej żony Danuty Śliwko z domu Sieradzkiej w Indiach.





środa, 13 kwietnia 2016

WĘDRÓWKA W GŁĄB CISZY - część 3

Zapiski z podróży do Indii



Z kraju wyleciałam w nocy z 6 na 7 marca 1989 roku /do Warszawy odwiózł mnie mąż Paweł/. Udawałam bardzo odważną, by go nie martwić, ale bałam ssię okropnie. Tylko odszedł, zaczęłam już tęsknić …

Odprawa przebiegła sprawnie i wreszcie odlot. W samolocie czułam się dobrze, opieka wspaniała. W Taszkencie mieliśmy godzinę przerwy w locie. W Deli wylądowaliśmy o godz. 10,10 naszego czasu,to jest o godz.14,30 czasu tutejszego, a więc 4,5 godz. różnicy.

Temperatura 30 stopni C. Sprawdzenie dokumentów i przejście do wyjścia. I znów dusza na ramieniu : czy Elżbieta czeka? Wychodzę i słyszę jej głos :
Danusia, nareszcie mam cię tutaj !



Serdecznie mnie przywitała, uściskałyśmy się z prawdziwą radością. Zaraz zabrała mnie wynajętym samochodem do domu swego teścia. Powitano mnie tu bardzo życzliwie -otrzymałam od teścia Eli /admirała/ kwiaty wraz z wizytówką. Następnie spotkanie z siostrą jej męża Aszarani /bardzo ładna kobieta !/.Przy hinduskiej kolacji zaczynam powoli uczyć się obcego języka : diner /z angielskiego obiad/, wcześniej wypijamy drink /dżyn z wodą sodową i lodem/. Spożywamy trochę egzotyczne potrawy - dal /specjalnie sporządzony groch/, lejdia finder - jarzyna podobna do fasoli szparagowej, ziemniaki po hindusku - drobno krojone, smażone na oliwie z różnymi przyprawami. Wszystko apetyczne, smaczne /nie wymieniam pozostałych potraw/, ale inne w gamie smakowej. Co jednak najbardziej zaskakuje - je się palcami, chociaż na życzenie są do dyspozycji sztućce. Z ciekawości sięgnęłam po ciapaty - placuszki z mąki żytniej, taki hinduski chlebek. Nawet bardzo smaczny. Podczas kolacji czułam się tak, jak rodzina Prado. Usługiwał hinduski kucharz cały czas stojąc za plecami i tylko patrzył, co komu dołożyć.
Godz.21,30. Czas na spanie /w Polsce godzina 5 po południu/. Spałam świetnie.


8 marca 1989 roku, środa.
Godz. 7. Pobudka. Godz. 8,45. Aszarani zawozi nas na stację /Ela załatwia bilet do Bombaju. Później idziemy na bazar Anand, kupujemy tu chustki. Następnie Ela załatwia sprawy w bankach. Potem jedziemy na Czana Kapurz /odżera futra/. Ja dostaję oczopląsu od oglądania kamieni szlachetnych, wyrobów jubilerskich, zaopatrzenia sklepów. Rikszą jedziemy do domu na obiad.

Ciekawy zestaw posiłku : smażone bakłażany, ciapaty, ziemniaki, jakieś inne warzywa. Na deser owoce południowe. Po obiedzie pół godziny drzemki. Kolejna jazda na Sarodzina Market, gdzie Ela wydała około 1000 R na ciuchy / dwie wariatki ! /. Przed kolacją drink /rum plus laseczka cynamonu - rozbić, zalać wodą /filiżanka/, zagotować, ostudzić, dodać pół filiżanki soku pomarańczowego a także trochę rumu - według upodobania.

Elżbieta robi polski obiad - kotlety mielone, ziemniaki, groszek z marchewką. Po kolacji ajrysz kofi łydz krim, kawa z likierem. Później miałyśmy spać, ale nic z tego : przegadałyśmy z Elą kilka godzin - do trzeciej nad ranem.



9 marca 1989 roku, czwartek. Godz. 5 rano. Pobudka. Jedziemy z Elą na stację, a potem pociągiem Taczmahal Express do Agry. Podróż trwa 2 godziny i 50 minut. Ela wynajmuje taksówkę i jedziemy zwiedzać Agrę. Zaczynamy od wizyty w fabryce dywanów. Tu spotyka nas pierwszy szok: pracują tu nawet 7-letnie dzieci przy tkaniu swoimi małymi paluszkami przepięknych kompozycji kwiatowych. Serce ściska, kiedy patrzymy na ich pracę i wysiłek. Robimy zdjęcia i zasmucone opuszczamy to miejsce. Kończy się przecież wiek XX, a tu spotykamy tragiczną oazę dziecięcej krzywdy i brutalnego, bezwzględnego wyzysku.



W sklepach rękodzielniczych rzeczy piękne, ale bardzo drogie. Godz.13. Jesteśmy w parku i hotelu, czekamy na autobus, którym zajedziemy do Redfortu, wspaniałej budowli wzniesionej z czerwonej cegły. Wystrój wnętrza /oczywiście zniszczonego i pustego/ z białego marmuru, a ornamenty z prawdziwych kamieni - wydłubane, zachowały się tylko resztki. Ela robi mi zdjęcia we wnętrzu i na zewnątrz budowli, gdzie tylko może.



Następnie jedziemy zobaczyć ósmy cud świata - grobowiec najukochańszej żony Szacha Dżachana - Tadż Mahal. Przewodnicy podają zwiedzającym mnóstwo najprzeróżniejszych historii i legend związanych z tą imponującą, olbrzymią budowlą. Przytoczę jedną z nich.

Zmarła dwie godziny po urodzeniu czternastego dziecka Mumtaz-i-Mahal, umiłowana żona Szach Dżachana. Grobowiec zaczęto budować w 1630 roku, a ukończono około 1650 roku. Przy tym ogromnym i drogim projekcie budowlanym pracowało około 20 tysięcy ludzi. Naczelnym architektem był Pers Ustad Achmed z Lachaur, główną zaś kopułę projektował budowniczy turecki Ismail Chan. Przekaz głosi, że po zakończeniu dzieła Szach rozkazał oślepić Ustada Achmeda, aby już nigdy nie wybudował równie pięknej architektonicznej perły.

To najwspanialsza muzułmańska budowla na świecie wykonana z drogocennego białego marmuru, którego nie ma w Indiach. Wybudowano ją w parku nad rzeką Jamuną, otoczono z trzech stron murem. Z bramy wejściowej o wysokości 30 metrów /z czerwonego piaskowca/ można podziwiać wspaniały widok na grobowiec, fontanny i jeziorka. Grób stoi na podwójnej platformie z czerwonego piaskowca i wyższej - z białego marmuru. Wysoka fasada stanowi oparcie dla olbrzymiej kopuły. Na rogach platformy stoją 40-metrowe minarety. Fasadę wyłożono agatami, marmurowymi kwiatami, ozdobiono też wersetami z Koranu. Pod kopułą, w niszy grobowej, umieszczono sarkofag Mumtaz-i-Mahal. Obok mieści się sarkofag Szach Dżachana.



Przy wejściu do wnętrza budowli sprawdzają nam torby i ich zawartość /miałam pomarańcze, kazano je zostawić/. Elżbieta zdenerwowała się, rzuciła je na głowę strażnika, komentując to odpowiednio po polsku. Przy wejściu do sanktuarium zdejmujemy obuwie i wchodzimy boso do wnętrza. W podziemiach cudowne i wielkie pomieszczenia, oczywiście z białego marmuru, ozdobione drogimi kamieniami, np. jeden kwiat składa się z 65 kamieni. Marmur pięknie rzeźbiony - koronkowa robota ! W tej dużej komnacie stoją dwa sarkofagi - jakże piękne, z marmuru, wysadzane drogimi kamieniami. Palą się lampki, składa się ofiary i bakczysz dla oprowadzającego.



Powrót autokarem na stację kolejową, wracamy pociągiem do Deli. W domu byłyśmy późnym wieczorem, około godz. 10,30. Ela zdenerwowała się, bo żądano od niej dużo więcej pieniędzy za przejazdy. W sukurs przyszedł policjant, do którego zwróciła się o pomoc. W oka mgnieniu rozstrzygnął spór na naszą korzyść.

10 marca 1989 r., piątek.O godz. 9 wyjeżdżamy z domu i od godz.9,30 zwiedzamy Deli autokarem biura podróży. Parlament, Muzeum Nehru, Brama Indii, wieża Kutiminor, z której rzucają się młodzi ludzie, kiedy rodzice nie pozwalają im pobrać się i spędzić wspólnie życie. Miłość nie jedno ma imię ...Na dziedzińcu stoi żelazny słup, który nie rdzewieje i nikt tego nie umie wyjaśnić /chodzi o skład chemiczny monumentu, z którym łączy się wiele legend i barwnych opowieści.
Po południu zwiedzałam sklepy.



11 marca 1989 r., sobota.

Rano bank /Ela wybiera pieniądze/. Później Dżanakopusz /zakupy/, powrót do domu rikszą, obiad. Po południu poszłyśmy na bazar /ajnamarket/. Ela robi zakupy na niedzielny polski obiad - na bazarze wszystko czego dusza zapragnie … Powrót do domu i kolacja.

12 marca, niedziela.

Rano przygotowujemy obiad. Godz. 13 - jesteśmy po obiedzie. Długo spacerujemy po indyjskiej stolicy.

13 marca, poniedziałek.

Kupno garów /kubki do herbaty/ na Dżanakapusz. Obiad w chińskiej restauracji, powrót do domu i pakowanie. 

14 marca, wtorek.

Rano pakowanie, obiad, wyjazd na dworzec kolejowy i podróż pociągiem. O godz. 16,30 - po 24 godzinach jazdy wagonem sypialnym dojeżdżamy do Bombaju.
Uff, to najdłuższy w życiu przejazd koleją poprzez olbrzymi subkontynent.



15 marca, środa.

Wita nas Bombaj. Na dworcu kolejowym czekają znajomi Eli, p. Miller /przedstawiciel PLO/.i inni. Odwożą nas do domu na krótko, bo zaraz zapraszają na obiad do siebie. Typowo polska gościnność, chociaż to inny kraj, inny świat … Nie można tym ludziom odmówić serdeczności, dobrej woli, solidarności. Prawdziwi przyjaciele.

O godz. 19,30 zostałyśmy odwiezione do mieszkania Eli. Zaczęłyśmy rozpakowywać zakupy. Trwało to do północy. Usnęłam prawie natychmiast.

16 marca, czwartek.

Ela załatwiała zwrot pieniędzy za bilet do Deli, później byłyśmy w biurze lotniczym w sprawie biletu /nic nie załatwiłyśmy/, zjadłyśmy pyszny obiad u Chińczyka i wróciłyśmy do domu. Temperatura - 31 stopni !



17 marca, piątek.

Ponowna wizyta w biurze podróży. Znów nic nie załatwiłyśmy. Decydujemy się “pójść na ciuchy”, nacieszyć oczy kolorową mozaiką towarów zalegających targowisko. Zmęczone wracamy do domu. Ogarnia nas błogie lenistwo. Życie ma mnóstwo uroku, ale czy to nie oznacza nadmiaru nieróbstwa? A gdzie nasza szkolna dyscyplina i praca?



18 marca, sobota.

Pojechałyśmy taksówką do świątyni mieszczącej się w pobliżu polskiego konsulatu. To świątynia Dżajnisow. Śliczne barwy, dziwne modły, wegetarianie, którzy jedzą rośliny rosnące nad ziemią /?/.

Później byłyśmy w wiszących ogrodach Hengingarden /Ela stwierdziła, że one mają się tak do wiszących ogrodów, jak ona, p. Shankar, do Radiwa Ghandiego/. Bujna, wspaniała roślinność, zatrzęsienie kwiatów. Tam zaczepiła mnie za spódnicę małpka i nie chciała puścić bez bakszyszu.

Pełne wrażeń wracamy do domu. Po drodze otrzymałam prezent od Eli w sklepie z bielizną - naszyjnik z białego metalu. Piękny naszyjnik, wzruszający gest, zrewanżować się będę mogła dopiero w Polsce.

19 marca, niedziela.

Cały dzień w domu. Ela źle się czuje. Serce. Wysoka temperatura niszczy bezlitośnie zdrowie.

20 marca, poniedziałek.

O godz.11 wyjechałyśmy po bilet do Deli, który kosztował ją 72 dolary /równowartość 1080 rupii/, później zwiedzałyśmy dzielnicę handlową “Kaleba”. Wspaniale zaopatrzone sklepy. Zjadłyśmy wykwintny obiad w restauracji. Ela zaproponowała mnie wejście do sklepu z olejkami /perfumy/. Sprzedający dawał nam próbki zapachów, smarując korkiem umoczonym w dużym słoju po rękach w taki sposób, że w końcu nie rozróżniałam żadnego zapachu. Zdałam się na gust Eli.

Wracałyśmy taksówką przez Bombaj 8 - dzielnicę domów publicznych. Po jednej i drugiej stronie ulicy wystawały dziewczęta i kobiety w różnym wieku, niektóre bardzo młode. Po powrocie do domu odpoczywamy, pijemy kawę z likierem. W nocy śpię jak dziecko. Ela budzi mnie na śniadanie, które zaczynam od owoców - bananów i pomarańczy. 

21 marca, wtorek.

Temperatura 32,6 stopnia wg. skali Celsjusza. Do południa nie ruszałyśmy z domu nawet na krok. Przeraźliwy upał po prostu nas unieruchomił. O godz. 13 pojechałyśmy na zakupy. Kupiłam garsonki ! Potem na obiad w restauracji zjadłyśmy hinduską potrawę : tanduri /kurczak/, nan /placek- ich chlebek/, szpinak z koziną. Zdecydowałyśmy zakupić agaty, których tu prawdziwe zatrzęsienie. Przy okazji znaleźliśmy brakujący film do aparatu fotograficznego.

Pojechałyśmy zobaczyć wieżę milczenia - miejsce, gdzie Persowie grzebią swoich zmarłych. Prawdziwy natłok wrażeń zupełnie egzotycznych.



Nie kończy się oczarowanie i urzeczenie pięknem i wielkością Indii, ale wraca wieczorem nostalgia za rodziną. Pozostają do przeżycia jeszcze dwa miesiące urlopu, a ja już jestem gotowa wracać do swojego bolesławieckiego mieszkania. Mam już piękne hinduskie stroje dla wnuczek /bajecznie kolorowe, ozdobione nawet cennymi kamieniami/, letni strój dla wnuka, upominki dla synów i synowych. Cały skarbiec.

To pierwszy dzień wiosny. Martwię się o męża - co porabia, jak znosi samotność, bo chyba nie wystarcza mu praca w ukochanej szkole? Tyle mam mu do opowiadania, widziałam inny, niepowtarzalny świat absolutnej egzotyki. To trochę jak niespodziewany sen i bogate doznania w sennych marzeniach ...