środa, 17 lutego 2016

DZIEJE SZKOŁY W PRASIE



KURT WALDHEIM ODPOWIEDZIAŁ NA LIST UCZNIÓW Z BOLESŁAWCA

Doniosłość polskiej “Deklaracji o wychowaniu społeczeństwa w duchu pokoju”, o której przewodniczący XXXIII Sesji Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych Indalecio Lievano powiedział, że jest “kamieniem milowym w historii naszej organizacji” znajduje potwierdzenie w różnych formach.

Ostatnio wśród licznych dowodów uznania i satysfakcji szerokich kręgów polskiego społeczeństwa z powodu przyjęcia przez Zgromadzenie Ogólne tej deklaracji znalazł się list uczniów i grona nauczycielskiego Szkoły Podstawowej nr 8 im. Bojowników o Wolność i Demokrację w Bolesławcu do Sekretarza Generalnego ONZ, Kurta Waldheima.

Wraz z listem przekazany został K. Waldheimowi specjalny dyplom medalu “Primi Inter Pares”, który bolesławiecka szkoła przyznaje za wybitne zasługi dla sprawy dzieci i wychowania.

Chociaż sekretarz generalny ONZ odpowiada osobiście na nieliczne tylko z setek listów skierowanych do niego z różnych stron świata, miłe posłanie z Bolesławca potraktował w sposób szczególny. W liście do dyrekcji szkoły wyraża m.in. głębokie zadowolenie, że gest jej uczniów i pedagogów wobec jego osoby zbiegł się “z inauguracją Międzynarodowego Roku Dziecka”.

K. Waldheim przekazał również szkole w Bolesławcu swój portret ze specjalną dedykacją.

Zaprzyjaźniona z naszą redakcją Szkoła nr 8 w Bolesławcu jest kierowana przez p. Pawła Śliwko, laureata Orderu Uśmiechu, jest też ona inicjatorem klubu kawalerów tego odznaczenia w Bolesławcu.







“Dolny Śląsk wrasta w morze”

MIŁA UROCZYSTOŚĆ W BOLESŁAWIECKIEJ “8”

DALSZE PATRONATY NAD STATKAMI PLO

Uczniowie znanej na Dolnym Śląsku z morskiego wychowania Szkoły Podstawowej nr 8 w Bolesławcu przeżyli kolejną, a pierwszą w tym roku “morską przygodę”. W poniedziałek odwiedził ich szkołę przedstawiciel Polskich Linii Oceanicznych, naczelnik Wydziału Ogólnego Dyrekcji PLO w Gdyni, związany z polską flotą od kilkudziesięciu lat, Henryk Sikorski. Nie była to wizyta przypadkowa.

Wysłannik najstarszego polskiego armatora przybył, aby porozmawiać z bolesławiecką młodzieżą o statkach, marynarzach i naszej rozbudowującej się flocie oraz zapoznać się z morskim wychowaniem i działalnością w tej szkole. Przywiózł także upominki - eksponaty PLO do szkolnego muzeum morskiego : fotografie z biografiami statków, które przestały już pływać, kompas szalupowy, lampę okrętową, paterę i morskie kalendarze. A od dyrektora naczelnego PLO Tadeusza Grembowicza - osobiste pismo do dyrektora bolesławieckiej “8” Pawła Śliwki, w którym powiadamia go, że “doceniając Wasze inicjatywy na rzecz umiłowania morza wśród dzieci, młodzieży i społeczeństwa Waszego regionu” wyraża zgodę na objęcie przez tę szkołę patronatu nad budującym się 17-tysięcznikiem, który będzie się nazywał “Gen. F. Kleeberg”.

Jest to duże wyróżnienie dla uczniów i grona nauczycielskiego tej szkoły. Obecnie sprawują patronat nad statkiem “Pekin” i “Gen. F. Kleeberg” byłby ich drugim statkiem patronackim. Żadna szkoła w kraju nie dostąpiła dotąd tego zaszczytu, jedynie miasto Tarnów ma pod opieką dwa statki PLO. a w ogóle będzie to czwarty statek “bolesławiecki”, bo - przypomnijmy - szkoła miejscowa nr 4 ma patronat nad statkiem “Matejko”, a miasto nad “Bolesławcem” / i jeden i drugi statek patronacki to moja zasługa /przypisek PS, 11 lutego 2016 r. O szczegółach napisze w oddzielnych notatkach/. Uroczystość przejęcia patronatu nad “Gen. F. Kleebergiem” odbędzie się niebawem w Stoczni im. A. Warskiego w Szczecinie, gdzie statek jest budowany i będzie wodowany. Podniesienie bandery na nim ma się odbyć w 45 rocznicę zakończenia II wojny światowej. Statek będzie pływać na liniach dalekowschodnich.

Podczas poniedziałkowego spotkania z przedstawicielem PLO Henrykiem Sikorskim w Bolesławcu otrzymał on od władz miejskich odznakę “Za zasługi dla Bolesławca”, którą wręczyła zastępca naczelnika Krystyna Wawrzynowicz oraz honorową odznakę “Przyjaciel Dziecka” przyznaną przez Zarząd Główny TPD. Za przybliżanie dzieciom i młodzieży spraw polskiego morza, rozwijanie akcji patronackich i kontaktów z ludźmi morza. Ta akcja będzie rozszerzona w najbliższym czasie na wieś, w tym także dolnośląską.

Jak dowiedzieliśmy się, zakłady “Bielbaw” w Bielawie otrzymają także patronat nad nowym statkiem z serii “malarzy” - nad 16-tysięcznikiem “Chełmońskim” lub “Grottgerem”. Ostatnio delegacja zakładu pożegnała na Wybrzeżu swój dotychczasowy statek patronacki “Bielawa”, który przeszedł “na emeryturę”. U. Z. 



PRZYWRACANIE DZIECIŃSTWA

Dzieci skrzywdzone przez los, dzieci specjalnej troski. Miasto ofiarowało im stylowy pałacyk przy ul. Świerczewskiego /dziś ul. Zgorzeleckiej - PS/ wkomponowany w zieleń pobliskiego parku. Mieści aż trzy szkoły : 8-klasową podstawową Szkołę Specjalną, zawodową “wielobranżówkę” i tzw. szkołę życia dla najciężej upośledzonych.

148 uczniów z miasta i okolicy, 27 nauczycieli z sercem na dłoni, którymi kieruje mgr Stanisława Szlenzak, pedagog z powołania i z wyboru.

…Pierwszy raz przychodzą tu bez uśmiechu, nierzadko zew łzami i lękiem w oczach, z niepokojem i strachem. Dzieci odrzucone, niekochane, nieszczęśliwe. Tutaj są potrzebne, znajdują wspólny język w dialogu z wychowawcami, odnajdują własną tożsamość, zaufanie, atmosferę dla rozwoju psychicznego. Po latach wyfruwają jak ptaki z opiekuńczego gniazda w samodzielne życie. Czy sobie poradzą bez ciepła swojej szkoły, która z biegiem lat staje się drugim domem rodzinnym? Tutaj najpełniej i najpiękniej realizuje się znane hasło : “wszystkie dzieci są nasze”, które nie ma w sobie nic ze sloganu. Rejestru przyjaciół szkoły nie dałoby się spisać na wołowej skórze, ale też bez nich byłoby trudno przywrócić uśmiech dzieciństwa, tę normalność, za którą tęsknimy jak Polska długa i szeroka. Przytoczę tylko niektóre fakty.

Prezydent i Rada Miasta przekazały “Siódemce” 30 milionów złotych na wymianę naświetli obszernego gmachu. Miejmy nadzieję, że nie poskąpią dalszych złotówek na kompleksowe rozwiązanie tej kwestii. Zakłady Tkanin Technicznych “Bonitex” przekazały 5 milionów złotych. Tyle samo ofiarowała Bolesławiecka Fabryka Fiolek i Ampułek “Polfa”. Serdecznych mecenasów ma placówka oświatowa w osobach dyrektorów Tadeusza Nakoniecznego i Stanisława Kozłowskiego, wyjątkowo wrażliwych na świat potrzeb psychicznych i materialnych najmłodszych. Ludzi dobrej woli na szczęście jest więcej w grodzie nad Bobrem : Tadeusz Reguła, prezes Spółdzielni Inwalidów “Bolmet” ofiarował wrotki dziecięce i spodnie dresowe, ZCh “Wizów” proszki doczyszczenia i prania, Cech Rzemiosł Różnych zabezpieczył praktyczną naukę zawodu starszej młodzieży, nie odmawiając także wsparcia finansowego. Brygada Artylerii WP przeprowadza drobne naprawy wewnątrz budynku, tradycyjnie też organizuje grochówkę wojskową dla uczestników Wojewódzkich Igrzysk Sportowych Szkół Specjalnych w Bolesławcu, bezpłatnie przewozi uczniów na zawody sportowe. Żadna ważniejsza uroczystość nie obejdzie się bez udziału kadry oficerskiej : płk Tadeusza Żochowskiego, ppłk Kazimierza Mańkowskiego i majora Zenona Dudzińskiego.

Dyrektor PKO mgr Julian Jamroź, człowiek o wyjątkowej wrażliwości, pośredniczy w jednaniu dobrych ludzi, sponsorów i mecenasów, przekazując równocześnie 10 mln złotych na pomoce naukowe do rewalidacji i na zakup opału. Ostatnio przybywa indywidualnych donatorów : właścicielka zakładu fryzjerskiego p. Maria Dolik wyraziła zgodę na bezpłatne strzyżenie i układanie fryzur uczniom, a członkowie Rady Szkoły p.p. Elżbieta Tor i Maciej Żytniak skutecznie organizują pomoc dla dzieci najbiedniejszych. “Ceramika Artystyczna zgodziła się na praktyczną naukę zawodu, przekazała też szkole kamionkowe naczynia i wazony. Dyrektor BOK dr Danuta Mślicka promuje szkołę w lokalnej telewizji kablowej, skutecznie pomagając w poszukiwaniu ludzi życzliwych, bezinteresownych mecenasów i sponsorów. To cieszy i satysfakcjonuje, stanowi optymistyczny akcent w szarej i trudnej codzienności.

Ciepła, przyjazna dzieciom szkoła ma swoje osiągnięcia artystyczne w szerszej niż lokalnej skali. Międzynarodowe sukcesy przyniosły konkursy plastyczne w Argentynie, Indiach, RFN i Szwecji, skąd napłynęły wyróżnienia dla uczniów z Bolesławca. Sztuka stanowi język uniwersalny i dzieci są w niej rozkochane pod kierunkiem nauczycielki plastyki p. Grażyny Kryś. Ostatnio dzieci zdobyły np. 7 wyróżnień w konkursie pożarniczym /malarskim/. Przepadają poza tym za zajęciami z muzyki i rytmiki, które po mistrzowsku prowadzi p. Janina Kunecka. Już po raz ósmy gród nad Bobrem będzie gospodarzem sportowych igrzysk wojewódzkich szkół specjalnych, które wzorcowo organizują nauczyciele kultury fizycznej Weronika Słotwińska i Wojciech Respondek 

Metoda ośrodków pracy w nauczaniu początkowym p. Teresy Rudzińskiej wzbudziła uznanie fachowców z Kuratorium, a rewalidacja w wykonaniu p. Mirosławy Czajkowskiej stanowi doskonały przykład profesjonalizmu i skuteczności. Tacy pedagodzy tworzą nie tylko postęp na niwie oświaty i wychowania. Oni z benedyktyńską cierpliwością rekonstruują zagubione dzieciństwo, budują ludzkie losy, przywracają społeczeństwu normalnych obywateli. Piękna i szlachetna to misja, twórcza praca i wyjątkowy trud, za który należy się nauczycielom “Siódemki” autentyczny szacunek i szczere uznanie. Tutaj najpełniej realizuje się mądre zawołanie Janusza Korczaka :

“Dziecko - to pełny człowiek, tylko bardziej bezbronny”.

Skrzyknijmy się ponad podziałami i pomóżmy.Wszystkie dzieci są nasze, a te potrzebują szczególnie dużo serca i życzliwości.

Paweł Śliwko, “Głos Bolesławca”


Prawdziwe dzieciństwo musi mieć warunki do emocjonalnego rozwoju i kontaktu z bliskimi sobie osobami. Przyroda stanowi wyjątkową okazję do okazywania sympatii, przywiązania, miłości i wyrażania siebie samego. Najtrafniej tę myśl ujął Janusz Korczak: "dziecko to pełny człowiek, tylko bardziej bezbronny."

W kręgu rodzinnym z żoną, synową i wnuczką

środa, 10 lutego 2016

BARWY ŻYCIA - WYDARZENIA


AMERYKAŃSKI MUNDUR W SZKOLNEJ KOLEKCJI

Tuż po zakończeniu działań wojennych na froncie irackim /wojna o Kuwejt/ do bogatych zbiorów muzeum bolesławieckiej tysiąclatki /ściślej - do kolekcji unikatów Izby Pamięci Narodowej/ trafił oryginalny mundur amerykańskiego żołnierza biorącego udział w akcji “Pustynna Tarcza” wraz z banderkami USA zdjętymi z opancerzonego pojazdu i certyfikatem potwierdzającym autentyczność pamiątek. W szkole wykonano specjalną gablotę i z eksponatami przeniesiono ją do nowej kawiarenki, gdzie znajduje się także list otrzymany od prezydenta USA, Ronalda Reagana.

Te pamiątki w bolesławieckiej szkole są zasługą znanego w kręgach marynarskich sponsora, II oficera na statkach PLO, Teofila Grydyka. Ofiarował on już tej placówce oświatowej kilkanaście tysięcy oceanicznych muszli i setki bezcennych eksponatów związanych z morzem. Ufundował nadto książeczkę mieszkaniową sierocie, dziewczynce z czwartej klasy. Pośredniczył w nawiązaniu kontaktów młodzieży z Marynarką Wojenną, był prawdziwym przyjacielem dzieci przez kilkanaście lat.

Nie doczekał się jednak Orderu Uśmiechu, mimo wielokrotnie składanych przez dzieci wniosków w warszawskiej Kapitule. Inicjatywę ponowił emerytowany dyrektor tej szkoły. Może tym razem wniosek skończy się sukcesem, bo na to słoneczne odznaczenie pan Teofil zasłużył jak mało kto z przyjaciół i mecenasów dzieci …

PS - dopisek z dnia 9 lutego 2016 r. Niestety, wyjątkowo zasłużony, legendarny altruista, człowiek czynu o wielkim, wrażliwym sercu - nie doczekał tej chwili. Zmarł niespodziewanie w “swojej” ukochanej Gdyni i już nie odwiedzi “swojej” morskiej ambasady w Bolesławcu. Dla tysiąclatki był prawdziwym darem niebios, o czym zaświadczają już tylko nieliczne pamiątki, głównie okrętowe kotwice. Jak się okazuje po latach - nie do zniszczenia. Artykuł z “Gazety Robotniczej”./PS/



ZYGMUNT WYDRYCH, LAUREAT “ORDERU UŚMIECHU”
“NADAL CHCIAŁBYM TWORZYĆ DLA DZIECI”

Bolesławiec ma szczęście do ludzi niekonwencjonalnych, niezwykłych. Należy do nich bez wątpienia Zygmunt Wydrych, emerytowany górnik i wielki przyjaciel dzieci, które obdarowały go “Orderem Uśmiechu”. Dodajmy, że tym międzynarodowym dziś odznaczeniem wyróżniono w Polsce niewiele ponad setkę osób.

- Miałem w życiu dwie wielkie pasje - mówi pan Zygmunt. - Pracę w górnictwie i malarstwo. Oddałem też serce dzieciom. Jako rencista po wypadku górniczym zacząłem malować, na co wcześniej nie miałem czasu. Spodobało się to dzieciom, więc poproszono mnie, abym ozdobił wnętrze “Tysiąclatki” i tak powstał wystrój szkoły, a wdzięcznośc uczniów wyraziła się we wniosku o słoneczne odznaczenie.

Dziś ze zdrowiem jest gorzej. Dopóki mogłem, malowałem wielkie kompozycje ścienne w klasach i na korytarzach. Współtworzyłem Izbę Pamięci Narodowej, salę “Białych Orłów”, jedyne w mieście muzeum górnicze, nadałem wystrój salom - Dalekiego Wschodu, indyjskiej, ludowej, leśnej, kaszubskiej, muzeum morskiemu i klubowi Neptuna, szkolnej herbaciarni i auli, którą ozdobiłem kolekcją dwunastu historycznych orłów - od czasów piastowskich po współczesność. Teraz już nie stać mnie na taki wysiłek. Ale dzieci o mnie nie zapomniały i bywają u mnie częstymi gośćmi. Piszę im wiersze i maluję miniaturowe obrazki w pamiętnikach. Dla nich to radość, dla mnie chwile satysfakcji …

Artykuł z “Gazety Robotniczej” /PS/



ANTARKTYDA W … BOLESŁAWCU

Aż trudno uwierzyć, że jedyne w kraju muzeum Antarktydy znajduje się w bolesławieckiej tysiąclatce. Zaświadcza o tym marmurowa tablica pamiątkowa z wyrytym imieniem pary wybitnych polskich pisarzy - podróżników i polarników, ALICJI i CZESŁAWA CENTKIEWICZÓW. Co prawda, sędziwi pisarze nigdy tu nie trafili, nie mogli też z uwagi na stan zdrowia uczestniczyć w uroczystości otwarcia muzeum, ale godnie ich reprezentował Kapitan Żeglugi Wielkiej TADEUSZ KALICKI, ówczesny dowódca statku PLO m/s “Antoni Garnuszewski”. Woził on za koło podbiegunowe polskich polarników z PAN, a do szkoły - liczne eksponaty pozostawione m.in. przez wielorybników z wyspy King George’a.

Największy z eksponatów, sześciometrowej długości żebro wieloryba trafiło tu z bazy rybackiej szczecińskiego armatora “Transocean”, kilkadziesiąt innych, w tym zakonserwowane w formalinie okazy fauny i flory z brzegów Antarktydy - przekazała zaprzyjaźniona szkoła nr 14 w Gdyni. Można więc oglądać miniaturowe ośmiornice, kraby, kryle i kolekcje egzotycznych ryb, a nawet wystrzępioną zimnymi wichrami banderę z “Garnuszewskiego”. Nie brakuje skał z brzegów kontynentu, które tylko w czasie krótkiego lata ukazują się spod gór lodowych i warstw stopionego śniegu. Oryginalny wystrój wnętrza to zasługa Kawalera “Orderu Uśmiechu ZYGMUNTA WYDRYCHA.

Z “Transoceanem” łączy się jeszcze jedna historia : armator ufundował niegdyś wzorowej uczennicy tysiąclatki ELŻBIECIE KILIMNIK bezpłatny rejs statkiem rybackim “Wineta” po wodach wokół Afryki. Podróż trwała 3 miesiące, a bohaterka pracuje dziś w tej samej szkole.

“Gazeta Robotnicza” /mój pseudonim RB-y/

PS. Nie napisałem w krótkiej notce informacyjnej, że w szkolnym muzeum Antarktydy stały spreparowane odpowiednio pingwiny, że mieściła się tu duża galeria znaczków pocztowych o tematyce morskiej /z wyodrębnionym zbiorem poświęconym zlodowaciałej Antarktydzie/, że dysponowaliśmy oryginalnym “Dziennikiem Okrętowym” ze statku m/s “Garnuszewski”, że mieliśmy tu dużą ilość unikatowych proporczyków i przedmiotów stanowiących cenne czy nawet bezcenne pamiątki. A olbrzymią przeszkloną przestrzeń klatki schodowej zdobił rodzaj malowanego na szkle pejzażu z pingwinami wśród wiecznych lodów. Piękny akcent dekoracyjny wkomponowany jako przerywnik monotonnej elewacji budynku. W niewielkiej odległości znajdowały się malowane okna Klubu Neptuna, które swoją treścią tematyczną imitowały oceaniczne głębiny. Już z daleka można było wyróżnić “morską” szkołę z szarości sąsiednich budynków.



WĘGIERSKI PATRON GALERII OBRAZÓW

Która dolnośląska szkoła może chlubić się profesjonalną galerią obrazów? Oczywiście - bolesławiecka “Ósemka”. Co ciekawsze - jest to ekspozycja międzynarodowa, z wyraźną przewagą prac malarzy węgierskich. Nosi też imię profesora dra TIBORA CSORBY, jednego z największych współczesnych akwarelistów, nie tylko węgierskich, ale i europejskich.

Skąd niecodzienna miłość, zmarłego przed kilkoma laty, sędziwego artysty, do bolesławieckiej tysiąclatki? Wszystko zaczęło się od upowszechniania plastyki w bolesławieckiej szkole jako innowacji pedagogicznej. Ukazały się na ten temat moje artykuły w nauczycielskich periodykach warszawskich, akcję podjęło Polskie Radio w audycji “Muzyka i Aktualności” /cyklicznie/ pod kierunkiem red. Ewy Skudro. Znakomity malarz i mecenas sztuki, profesor i autor licznych podręczników metodycznych, TIBOR CSORBA, oraz dyrektor bolesławieckiej “Ósemki” spotkali się przy mikrofonie w czasie wspólnej audycji radiowej. Panowie przypadli sobie do gustu, a obfita korespondencja między nimi trwała kilkanaście lat …

Do bolesławieckiej szkoły przywędrowały pierwsze prace wybitnego akwarelisty, piękne i niepowtarzalne w kolorycie pejzaże węgierskich wsi i polskiego mazowieckiego krajobrazu. Sam mistrz odwiedził szkołę, serdecznie podejmowany przez młodzież i nauczycieli. W dwa miesiące później na wakacyjny plener malarski na Węgry zaprosił na swój koszt grupę plastycznie uzdolnionej młodzieży. Wakacje w malowniczym miasteczku Vac nad modrym Dunajem weszły na stałe do tradycji szkoły. Dodatkowo każdego roku mistrz fundował nagrodę swego imienia dla najzdolniejszego ucznia-plastyka, zawsze piękną akwarelę z polskim lub węgierskim pejzażem.

A szkolna galeria? Rozrosła się do kilkuset obrazów i zajmuje dziś dwa piętra rozbudowanego z biegiem lat gmachu. Do kręgu hojnych mecenasów dołączyli nowi artyści z Czechosłowacji, Jugosławii, Niemiec i Rosji, nie wyłączając twórców rodzimych, zwłaszcza z Wybrzeża /np. prof, Śniatycki/. Gościli malarze z Dolnego Śląska - Eugenia Myssak, A. Krzetuska, Eugeniusz Niemirowski ze Lwowa, Irena Krzywińska z Augustowa.

Każdy artysta zostawił w galerii swój obraz i cząstkę serca. Krakowskie środowisko twórcze uhonorowało szkołę jako pierwszą w Polsce pięknym medalem “Mecenas Sztuki”.
/R.B-y/



NAGRODA MIASTA VAC.  PLENER NAD MODRYM DUNAJEM

Od momentu otwarcia w bolesławieckiej “Ósemce” własnej galerii malarstwa i grafiki współczesnej i nadanie jej imienia polsko-węgierskiego artysty prof. dr Tibora Csorby - rozpoczęły się ciekawe formy wychowania przez sztukę. Szkoła odniosła ostatnio kilka znaczących sukcesów w tym zakresie : I nagrodę “Muzyki i Aktualności” w ogólnopolskim konkursie wykorzystania galerii, II lokatę w konkursie redakcji “Panoramy Północy” na prace malarskie dzieci, I nagrodę redakcji “Gazety Robotniczej” w konkursie plastycznym pod hasłem “Dolny Śląsk wrasta w morze” otrzymała także uczennica tysiąclatki Alicja Skóra.

Od kilku lat najlepszy uczeń-plastyk otrzymuje nagrodę imienia profesora Tibora Csorby w postaci obrazu malarza i specjalnego pamiątkowego dyplomu. W tym roku laureaci tej nagrody spędzili wakacje w rodzinnym mieście węgierskiego malarza - Vac nad Dunajem, zaproszeni tam na 2-tygodniowy bezpłatny plener malarski przez naczelnika miasta i kierownika wydziału oświaty i kultury. W programie pobytu znalazły się m.in. wycieczki do Budapesztu, Esztergomu, Viszegradu, Zebegeny i innych miejscowości, zwiedzanie muzeów sztuki, spotkania z profesjonalnymi twórcami, podróż statkiem po Dunaju, własna praca twórcza w miejscowym domu kultury, dyskoteki, filmy i inne atrakcje.

Najciekawsze wyniki w toku pleneru osiągnęła Elżbieta Woźniewska, która zamierza w przyszłości podjąć studia plastyczne na uczelni we Wrocławiu. Plon pleneru będzie prezentowany po wakacjach w budynku tysiąclatki, a wyjazdy na Węgry uzdolnionej plastycznie młodzieży tej szkoły będą powtarzać się odtąd co roku. Kto wie, czy z czasem obydwa miasta : Bolesławiec i Vac nie nawiążą stałej współpracy w zakresie oświaty i kultury? Został wszak zrobiony dobry początek.
/PS/

ZADUMA NAD PRZEMIJANIEM


W moim matuzalemowym wieku przyjaciół i serdecznych druhów można policzyć na palcach jednej ręki. Jedni odchodzili cicho i bez łez, innym oddawano głośno honory, mnożono krąg zasług, przypisywano wiekopomne czyny. Na krótko byli wielbionymi bohaterami. Za życia otoczenie na ogół skąpiło im ciepłych słów. Pośmiertny hołd nic nie kosztuje. Wieczne znicze nie istnieją, podobnie jak wieczna pamięć.

Jeszcze młodsi duchem przyjaciele proszą o odkurzenie wspólnych wspomnień z lat minionych i uściślenie prawdy z czasów, kiedy przez 30 lat jako prasowy reporter byłem kronikarzem lokalnych dziejów. Na powtórzenie wszystkich wydrukowanych i porozrzucanych po różnych gazetach i tygodnikach tekstach artykułów i notatek nie wystarczy mi czasu, bo przemijanie stanowi przecież naturalne prawo życia. Spełniając ich prośbę sięgnę do treści, które sprowokowały mnie do pisania bloga jako dokumentu ciekawszych wydarzeń w panoramie miasta z pogłębionym odautorskim komentarzem. Może w ten sposób ocaleje pamięć o niektórych szlachetnych, zacnych i mądrych ludziach. Każdy człowiek zostawia po sobie ulotny lub trwały ślad, jeśli nie w sercu swoich bliskich - to w społecznej przestrzeni, w procesie pracy i tworzenia. Każdy życiorys może być kanwą pasjonującej powieści. Brakuje tylko autorów wielkich poematów, bo sama znajomość liter nie wystarcza, żeby zostać literatem …

Oto przykłady publikacji, które mogą skłonić do zadumy, refleksyjnego myślenia, a czasem do sprzeciwu i polemiki. Cóż - samo życie. A cała plejada greckich filozofów, poszukiwaczy prawdy, też nie odkryła jej mechanizmów. Zatem - na swoje usprawiedliwienie - zacytuję rzymską mądrość : “Errare humanum est “ /Błądzenie jest rzeczą ludzką .../.


SAGA O SMUTNEJ JESIENI / ŻYCIA / art. z “Głosu Bolesławca”.

Starość nie jest natrętna, nachalna czy krzykliwa. Kryje się po kątach w samotności, poczuciu bezradności, a nierzadko krzywdy. Ma wymiar tragiczny, barwę smutku i szarości…

Miarę poziomu cywilizacyjnego i kultury społecznej stanowi stosunek do człowieka starego, niedołężnego i bezradnego. Mistrzami w tym zakresie pozostaną zapewne Chińczycy chlubiący się sześcioma tysiącami lat doświadczeń cywilizacyjnych i oryginalną filozofią ludów Wschodu. Nasze europejskie, a już szczególnie polskie podwórko rządzi się zdecydowanie innymi prawami. Areopag starców starożytnych i demokratycznych na swój sposób Aten byłby zdruzgotany widząc obszary ubóstwa i dramatyzm współczesnych losów Polaków Anno Domini 1994. 

Truizmy? Oczywiście, ale stanowi to inwokację do opisu działań Polskiego Związku Emerytów i Rencistów, Stowarzyszenia Wyższej Użyteczności w Bolesławcu. Rozmawiamy z prezesem p. Józefem Krzosem w ciasnym pomieszczeniu / gabinet, biuro? / zawalonym w połowie starą, używaną, ale jeszcze przydatną odzieżą ofiarowaną z porywu serca przez ludzi starych innym, będącym w potrzebie, których nie stać na zakup nowej odzieży z żebraczych rent i emerytur. To nie przesada, służę przykładem. Nie tak dawno zgłosiła się do biura sędziwa rencistka w lichym letnim przyodziewku. Żyje z renty w wysokości miliona pięćdziesięciu tysięcy złotych, z trudem wiążąc koniec z końcem.

/ Konieczny przypisek wyjaśniający, rok 2016. Po zmianach ustrojowych Polacy na krótko zostali “milionerami” z pustą walutą na skutek zmiany wartości nominalnej złotówki. / Ten zabieg łączył się z tzw. reformą Balcerowicza. /PS/

Kobieta ze sterty odzieży wybrała w miarę porządny zimowy płaszcz. Rozpłakała się. Już nie będzie marzła, bo za oknami zima i chłód… Elegancja? A cóż to takiego? Oto współczesna miara ludzkiego szczęścia “złotej /?/ jesieni życia”.

Z sympatią, podziwem i szacunkiem trzeba odnieść się do społecznych inicjatyw Związku : ci ludzie nie walczą o pieniądze dla siebie, są natomiast wolontariuszami, bezinteresownymi altruistami, niosą nadzieję na przetrwanie i pomoc ludziom biednym, chorym, samotnym i starym. Tu można bezpłatnie otrzymać używany telewizor, który ktoś pozostawił po kupieniu nowego sprzętu /kilkanaście przypadków/, dziś wielu pyta o krzesła - może jakiś sklep meblowy podejmie się roli sponsora? Chętnie odnotujemy każdy przejaw dobrej woli i ludzki odruch serdeczności.

Prezes mówi o ponad 2,2 tysiąca członków, którym niesie pomoc Związek z ich własnych składek, o organizacji imprez kulturalnych, rozrywkowych i wycieczek. 60 osób otrzymało odzież, duże grupy wyjeżdżały w minionym roku do Lichenia k/Konina /miejsca kultu Maryjnego/, Trzebnicy, w góry, zwiedzało Panoramę Racławicką we Wrocławiu. Niektórzy biorą udział w spotkaniach i wieczorkach tanecznych, wielu otrzymało symboliczne zapomogi i okazjonalne paczki. Ale liczą się nawet zwyczajne wizyty i rozmowy, kontakt z drugim życzliwym człowiekiem. Na wagę jeśli nie złota to zdrowia są bezinteresowne porady lekarskie doktora Zbigniewa Babijczuka, który nie odmawia pomocy nikomu. Ponad sto osób wyjechało w roku 1993 do sanatoriów. Związek zapewnia zainteresowanym zniżkowe bilety i co ważne - nie płaci za użytkowany lokal podatku dzięki życzliwości gospodarzy miasta.
-Smutne bywają nasze wizyty u chorych i samotnych ludzi - stwierdza prezes. - Ale tego oczekują od nas. Spotykamy się z inwalidami, odbyliśmy ciekawe rozmowy z 80-latkami, tworzymy solidarną w biedzie rodzinę, jesteśmy sobie nawzajem potrzebni. Zamiast nostalgii ofiarujemy sobie wspomnienia o odbudowie i pracy dla miasta. Największą satysfakcję przeżyłem niedawno, kiedy grupa Niemców mieszkających tu przed wojną nie kryła zachwytu i słów uznania dla urody nadbobrzańskiego grodu. Twierdzili, że tak urodziwego i rozbudowanego, a przy tym zadbanego Bolesławca nie pamiętają z lat własnej młodości. To daje wielką satysfakcję osobistą : nie zmarnowaliśmy własnego życia, pozostawiając coś w spadku potomnym. A że “złota jesień” pozostaje szara i smutna? Cóż- nie poddajemy się, liczymy na pomoc życzliwych ludzi. Nasz adres : Plac Piłsudskiego 26.

środa, 3 lutego 2016

EPILOG - JESZCZE KILKA UWAG


Nie zachowały się - niestety - żadne dokumenty, które pozwoliłyby pogłębić wiodący temat wojennej martyrologii. Z małymi wyjątkami, które przetrwały chyba cudem : mimo wielomiesięcznej podróży, kradzieży na warszawskim dworcu kolejowym “Wileński” - już po prawej stronie Wisły, bliżej przedwojennego “domowego gniazda”, którego dawno nie było /jeszcze o tym nie wiedzieliśmy/.

Szczególnie wzruszająca dla mnie jest historia dwóch fotografii wykonanych przez reportera niemieckiej gazety, który przyjechał z Berlina do Prus Wschodnich dla udokumentowania życia rodzin polskich na robotach przymusowych. Oczywiście - w ramach słynnej gebelsowskiej propagandy totalitarnego reżimu III Rzeszy. Wieści o okrucieństwie “władców Europy” coraz pełniej docierały na Zachód i wolne kontynenty, zatem próbowano różnymi sposobami skrywać prawdę o rozmiarach niewolniczego upodlenia i wyzysku, posiłkując się posłuszną prasą czy wykorzystując rozgłośnie radiowe. Zgodnie z zasadą - cel uświęca środki.

Niemiecki reporter trafił do majątku ziemskiego bauera D. Penschucka, wykonując m.in. kilka fotografii /zresztą pozowanych/ z naszą rodziną. Na pierwszej z nich pozujemy z młodszym o rok bratem przy piłowaniu drewna na tle budynku zamieszkałego przez służbę zajmującą się utrzymaniem pałacu bauera. Kazano nam przebrać się w najlepsze ubrania, ale i tak zdjęcie zostało zdyskwalifikowane : zamiast butów mieliśmy na nogach drewniane “klumpy”, a na kolanach wielkie łaty z koca, co źle świadczyło o poziomie zamożności, bo po prostu dowodziło biedy. A przecież miało to zaświadczać o normalnym, cywilizowanym życiu i skuteczności wychowania przez prace od najmłodszych dziecięcych lat. Szczyt zakłamania, fałszowanie faktów, ordynarna propaganda. To nie fantazja - tak było. Upodlenie i pogarda towarzyszyły nam na każdym kroku, ale o tym “obiektywna” niemiecka prasa nie pisała …


Na drugiej fotografii nasza mama, trzydziestokilkuletnia kobieta, przebiera na przedwiośniu zmarznięte ziemniaki ukryte w krytych słomą kopcach ziemnych. Otulona chustą, ale bez rękawic, wtłoczona w ciasne palto, skazana na całodzienne, zabójcze dla zdrowia działanie. Wygląda na staruszkę, a to przecież osoba w kwiecie wieku. Przykład praktycznego wdrażania metody “agonii na raty”, śmierci w przedłużonym czasie. Ta fotografia też nie znalazła uznania redakcyjnego i trafiła do nas nie wiem jakim sposobem. Po latach te zdjęcia ofiarowałem swoim przyjaciołom - rówieśnikom,, potem trafiły do rodzinnego albumu, a dziś pokazuję je pierwszy raz - po 70 latach - na swoim blogu.


I jeszcze jedna rodzinna fotografia z krainy szczęśliwości, z czasów krótkiego, radosnego dzieciństwa. Nasz ojciec i my, dwaj bracia, rok 1939, tuż przed wybuchem II wojny światowej, która zniszczyła rodzinę, marzenia, normalność. Jeszcze żyjemy w błogostanie niewiedzy o sobie. Jeszcze jesteśmy bardzo szczęśliwi w życiu rodzinnym. Mój braciszek siedzi na kolanach ojca, ja zamykam kompozycję fotografii zajmując miejsce na stole. Nieznany świat wydaje się ogromny i bardzo bezpieczny. To jednak tylko złudzenie Wróg i śmierć czają się za miedzą. 


Wspomniałem wyżej o epizodzie warszawskim, kiedy ktoś przywłaszczył sobie na dworcu kolejowym w Warszawie moją małą, tekturową walizeczkę, wypełnioną po brzegi kolorowymi ołówkowymi kredkami. Zbierałem je w opustoszałych niemieckich domach jako jedyne wojenne trofeum, taki dziecięcy skarb, z myślą o rysowaniu w przyszłości obrazów, zwłaszcza wojennych doświadczeń. Kiedy siedzieliśmy w tłumie przesiedleńców z mamą na rodzinnych tobołkach z pościelą /tyle nam pozostało w zbliżającej się do finału długiej wędrówki/ ktoś połakomił się na łatwą zdobycz zabierając starą, wytartą dziecięcą walizeczkę. Z uciułanymi w wielu pustych niemieckich domach połamanymi nierzadko kredkami, mój wyimaginowany warsztat malarski. Niestety. Mogę sobie wyobrazić rozczarowanie złodzieja, ale tę bezpowrotną stratę przeżyłem bardzo boleśnie.Miałem dopiero 10 lat i żadnej wizji przyszłości. O moim losie decydowała mama przyjmujące na wątłe barki rolę książkowej Siłaczki. Swój tragiczny życiowy egzamin zdała z wyróżnieniem. Mądra, dobra, prawa i biedna kobieta z piętnem samotnej odpowiedzialności w smutnym życiorysie.

Z dworca kolejowego oglądałem z przerażeniem ruiny Warszawy, a właściwie ślady po dumnym i pięknym mieście. Makabryczny pejzaż, nie do porównania ze zniszczonymi miastami niemieckimi, nierzadko spalonymi do szczętu działaniami wojennymi. Niemiecka mściwość na mieszkańcach i obrońcach stolicy miała znamiona totalnej apokalipsy. To autentyczna zbrodnia wołająca o pomstę do nieba. Poświadczam to jako nieletni widz skutków tej zbrodni, chociaż przede mną potwierdzały to setki tysięcy męczenników, hardych i bezbronnych w gruncie rzeczy. Warszawa była areną krwawego widowiska jakby zaczerpniętego z najokrutniejszych dziejowych kart ludzkiej starożytności, makabryczną kumulacją zła w jednym miejscu. Inni na to patrzyli, inni to widzieli, innych to podniecało, wyzwalało najbardziej prymitywne uczucia. Inni - to znaczy kto? Wymienię tylko naszych “przyjaciół” z Zachodu i Wschodu, których armie szczerzyły jedynie zęby zapowiadając pośmiertny odwet na ruinach polskiej stolicy. Byliśmy sami, napiętnowani wyrokiem nieuniknionej śmierci. Nie pierwszy raz w tysiącletnich swoich dziejach. Cóż z tego, że Polska - to dla mnie brzmi dumnie? Urodziłem się w złym czasie, także odchodzę w niewłaściwej chwili, powtarzając uparcie zdanie Jana Matejki, mojego patriotycznego idola: “Ziemi mojej - Polsce - miłość ma należy”. To mądre credo zadedykowałem w 1958 roku młodzieży “mojej” Szkoły Podstawowej Nr 4, którą sam tworzyłem i kierowałem przez 14 lat, szeroko otwierając okna na polskie morze. Może do tych wspomnień wrócę w odrębnym opracowaniu.

Skoro jednak wróciłem we wspomnieniach do moich historycznych fotografii, przytoczę jeszcze kilka ciekawszych epizodów, które natrętnie łączą się z tym, co było piękne i niepowtarzalne w dziecięcych przeżyciach.


Wielkim przeżyciem była … kąpiel w Niemnie i związana z tym historia. Ta potężna i malownicza rzeka płynęła raptem o kilka kilometrów od majątku bauera, oddzielona od nas dorodnym sosnowym lasem z oazami wiekowych świerków i zatrzęsieniem jarzębin, brzóz, pachnącej czeremchy i innych. Któregoś letniego dnia ojciec wysłany przez Niemca do lasu po drewno zabrał mnie i brata na furmankę /zapewne w roli pomocników-ładowaczy, bo na wycieczkę nie byłoby zgody/ i tak dotarliśmy do rzeki. Zdumiała nas swoim ogromem i urodą. Pływały po niej białe spacerowe statki z przystanią po drugiej stronie, ale myśmy odkryli całe ławice małych rybek w piaszczystych zatoczkach i płytkich jeziorkach budując dla nich tamy z piasku. Równocześnie skorzystaliśmy z uroków kąpieli. W majątku ziemskim mogliśmy się jedynie czasem wykąpać w zarośniętym tatarakiem i trzcina kanale.Rzadko korzystaliśmy z tego przywileju, zwykle byliśmy zbyt zmęczeni.


Pamiętam pierwsze święta Bożego Narodzenia już w Hajnówce. Zajmowaliśmy ćwiartkę zbudowanego z grubych belek czworaka z jednym pokojem, który pełnił też rolę kuchni oraz ciasną komórką stanowiącą mój “pokój”. Na choince kilka jabłek, parę twardych cukierków w przezroczystych papierkach i papierowe … samoloty z biało-czerwonymi szachownicami, które natrętnie mnie towarzyszyły nawet w snach. Szachownice miały je “odczarować”, wyeksponować polskość, zaćmić wspomnienia niemieckich bombowców - tych z Puszczy Białowieskiej i tych desantowych z Prus Wschodnich. Kilka z tych papierowych ozdób przetrwało do dzisiaj, ale to już tylko odległe echo przeszłości - nie sielskiej i anielskiej, ale brutalnej, wojennej. Święta były smutne i ciche, nie obeszło się bez łez. Nasłuchiwaliśmy każdych kroków z zewnątrz domu z nadzieją, że drzwi otworzy wracający z frontu wojny ojciec. Nie wrócił. 

Dziś mojej ukochanej puszczy, wielkiemu i pięknemu pomnikowi przyrody, grozi totalna zagłada. Kilkaset tysięcy drzew zostało zaatakowanych przez groźne korniki i po prostu wysychają. Zniszczenie tego kompleksu leśnego - jedynego tego typu, identycznego od niepamiętnych czasów - oznacza niepowetowaną stratę nie tylko dla Polski czy Europy, ale całej ludzkości. Czy współczesny człowiek przy całym swoim geniuszu - potrafi tylko niszczyć wielkie dzieło demiurga? Śmierć puszczy oznacza także moją śmierć przy całym bezsensie życia.

I jeszcze jedno wspomnienie w rozważaniach o martyrologii życia. Przeżyłem długie i piękne 44 lata wspólnie z ukochaną żoną, też dzieckiem wojny. Rodziców mojej Danusi zamordowali Ukraińcy na polskiej Rzeszowszczyźnie, kiedy była jeszcze niemowlęciem. Przygarnięta pod wiejską strzechę przez dobrych i biednych dziadków niewiele zaznała rozkoszy dzieciństwa. Była najmłodszą w Liceum Pedagogicznym w Przemyślu absolwentką szkoły i jako nauczycielka otrzymała nakaz pracy w powiecie bolesławieckim. Poznaliśmy się w małej wiejskiej szkółce i pokochali na długie lata wspólnego losu. Do tych wspomnień i uogólniających refleksji powrócę w oddzielnym odcinku rodzinnej odysei. Na przekór losowi i jego wyrokom. Znamienne, że psychicznie okaleczone dzieci wojny lgnęły do siebie na stałe, szukając szczęścia w swojej bliskości. Umiały też dzielić się szczęściem z bliskimi sobie ludźmi. Byli też asertywni, zdecydowani i stali w ocenach, nazywali rzeczy i fakty po imieniu. Nie wybaczali zbrodni, chociaż modlili się za grzeszników. Trudno zrozumieć ich psychikę, rozszyfrować kręte zakamarki podświadomości.


Wybrańcy bogów umierają młodo - twierdził jeden z francuskich pisarzy. Nie wiem, czy żona była wybrana przez bogów jako ofiara zadośćuczynienia za czyjeś grzechy, ale odeszła w zaświaty zbyt młodo. Moja samotność trwa już prawie 16 lat. Tyle ważnych rodzinnych wydarzeń zapisałem w życiowej kronice, których nie poznała kochana Danusia. To przykre i niesprawiedliwe, bolesne i przygnębiające. Dorosły nasze wnuczęta, doczekałem się dwójki prawnucząt, których żona nie poznała. Synowie, wnuczki i wnuk ukończyli wyższe uczelnie, dziewczęta zawarły związki małżeńskie, jedna jest psychologiem, druga politologiem. Mają nowe i duże mieszkania własnościowe we Wrocławiu i pracę w swoich zawodach, Wnuk zdążył przewędrować pół świata, znajdując pracę nawet w Australii i USA, ale na stałe osiadł w Londynie, kupując tutaj na własność urokliwy domek z niewielkim ogródkiem. Jest wziętym informatykiem, pracowitym fachowcem w swojej branży, robi doktorat na renomowanej uczelni. Jeszcze szuka swojej wielkiej miłości i wybranki serca, mając uwite ciepłe gniazdo domowe. Tej szczęśliwej chwili i nagrody za ofiarne i pracowite życie Danusia nie doczekała. Smutna i głęboko prawdziwa to konstatacja. Dzieci wojny umierają młodo.

Byłem dwa razy radnym / nie licząc kilku wcześniejszych mandatów za czasów PRL

w tym członkiem Zarządu Miasta. Ubolewam, że już bez żony. Antidotum na cierpienie odkryłem w powrocie do malarstwa i kilku wystawach i galeriach moich obrazów w prywatnych mieszkaniach. Starcza samotność zwykle bywa przekleństwem losu, ale jakoś udało mi się z biegiem lat uniknąć tego dramatu. Dziś lubię przebywać w cieniu, który koi rany, pozwala na szeroką autonomię i niezależność, rodzi dojrzałą refleksyjność, skłania myślenie ku filozofii, umożliwia sięganie po zatęchłe foliały zamykające złote myśli ludzkości. Czy nie brakuje mi wiernej towarzyszki życia? Bardzo brakuje. I tak już zostanie do końca moich dni. To tak, jak - powtarzając za Wyspiańskim - stracić bezcenny złoty róg.

Czy zatem można twierdzić, że wybrańcy bogów umierają młodo? A może to decyzja jedynego prawdziwego Boga, której sens poznamy po drugiej stronie życia? Dogmat wymagający naukowego rozszyfrowania? Wiem - i to jest zweryfikowany pewnik, że młodo umierają dzieci napiętnowane wojną, a mój wyjątek stanowi potwierdzenie smutnej reguły.

Podobno w “Koranie” jest zapisane zdanie :
“Wszystko co ma się z tobą stać jest zapisane w Księdze Życia, a Wicher Wieczności na oślep przewraca jej karty”.
Ładna myśl, ale czy prawdziwa?

Kilka fotografii ilustrujących codzienność życia emeryta :

Komponowanie kolejnego numeru “Głosu Bolesławca” w siedzibie redakcji /TMB/

"Agatowe Lato” we Lwówku Śląskim. Na pierwszym planie wnuk Leszek.


Spotkanie Klubu Nauczycielskiego w leśniczówce przy ognisku.


Spotkanie Klubu Nauczycielskiego - szukanie Kwiatu Paproci.

Korekta nowego numeru Głosu Bolesławca

środa, 27 stycznia 2016

Z PAMIĘTNIKA DZIECKA WOJNY - Część 3.


Śmierć szła naszym tropem. Któregoś dnia niemieccy żołnierze ustawili działa w odległości kilkuset metrów od naszych baraków z lufami skierowanymi prawie w okna. Czyżby oznaczało to ostateczną egzekucję i zagładę? Mijała niespokojna noc. Cisza. Tylko w oddali, gdzieś za horyzontem trwała wojenna kanonada, zapewne ostry pojedynek artyleryjski wrogich armii. Nic o tym nie wiedzieliśmy. Pozostała wiara w nadejście wymodlonego wyzwolenia.

Piekło otwarło swe wrota nad ranem. Huk strzelających ciężkich dalekosiężnych dział boleśnie rozdzierał bębenki w uszach. Nikt nie ostrzegał, nie pouczał o sposobie zachowania się, o otwieraniu ust przed kolejną salwą armatnią dla wyrównania ciśnienia powietrza. Byliśmy ogłuszeni i przerażeni. Zbliżał się miażdżący wszystko walec rosyjskiego frontu, Niemcy przygotowali kolejne umocnione pasmo obrony. Daleko od nas trwały walki o Królewiec, na niebie przelatywały dziwne samoloty o podwójnych kadłubach /desantowe/, których nigdy w przeszłości nie widzieliśmy. Salwa za salwą - pociski przelatywały nad dachami naszych lichych baraków, wszystkie skierowane na wschód. Minęła doba, druga i trzecia. Już nie wychodziliśmy do pracy, szeroko otwieraliśmy usta widząc przygotowania do kanonady - mniej odczuwało się wówczas skutki wystrzału z działa. Czy rzeczywiście? Nie wiem, byliśmy prawie zupełnie ogłuszeni, trudno było porozumieć się ze sobą bez głośnego krzyku.


Przybyło żołnierzy w różnorodnych mundurach, mężczyzn zapędzono do kopania głębokich rowów i okopów, przegród i barykad na okolicznych drogach. Narastał huk kanonady za horyzontem. Nie kryliśmy przed sobą radości : Rosjanie, idzie Armia Czerwona! 

Któregoś dnia pada rozkaz wojskowego komendanta / właściciel majątku rolnego i pałacu dawno salwował się ucieczką w głąb Niemiec / : ładować się na furmanki i wyjeżdżać na dworzec kolejowy. Ewakuacja na zachód - zbliża się front, będą walki, cywile nie przeżyją. Przed nami ewakuowano płaczące rodziny niemieckie. Traktowały nas pogardliwie, raczej unikając z nami kontaktu, nie szukały spięć i scysji. Na przeszkodzie wzajemnych więzi stała zresztą bariera językowa i nasza skrajna bieda : zawszone dzieci, powszechna robaczyca, świerzb na dłoniach, tragiczne warunki higieniczne i prawdziwe getto podwórkowe z wyziewami z postawionych na zewnątrz prymitywnych latryn okupowanych przez chmary much i innych owadów, wylęgarnia szkodliwych drobnoustrojów, a więc i chorób prowadzących do śmierci. Nikt nie widział tu pielęgniarki czy lekarza, toteż rozrastał się niemal w oczach biedny piaszczysty cmentarz najmłodszych niewolników III Rzeszy. Szkoła? Nikt z nas nie słyszał ani nie widział takiej instytucji. Kiedy skończyła się wojna miałem 10 lat i byłem kompletnym analfabetą, podobnie jak wszystkie dzieci z naszych więziennych baraków. Nikt w praktyce nie myślał o przyszłości. Przeżyć to piekło - ta myśl stanowiła credo i kanwę myślenia, zabiegów i starań.

Mściwość nie była immanentnie zrośnięta z naszą świadomością pariasów, ale trudno byłoby pominąć momenty drobnej satysfakcji, kiedy żegnaliśmy na zawsze niemieckie rodziny : teraz i one poznają smak poniewierki i głodu … To brzydkie uczucie, ale uprawnione boleścią ludzkiego cierpienia.


Czas naglił, pociski nieprzyjaciela rwały się w pobliskim lasku. Znów tobołki z mieniem pakowaliśmy na plecy i przenosiliśmy na furmanki przystosowane do podróży, z drewnianymi kabłąkami przypominającymi cygańskie wozy czy raczej budy. Znów czas głodu i strachu, chociaż zawczasu rodzice przygotowali niewielkie zapasy sucharów chlebowych. Zdobycie chleba graniczyło z cudem, więc nie wiem do dzisiaj, jak oni dokonali swego dzieła. Znów przyśpieszone, niepotrzebne i tragiczne umieranie małych i słabych dzieci /szalało zapalenie płuc, ale czy tylko ta choroba niszczyła dzieci - tego już się nie dowiemy /. Zima, tłok na peronach i mijanych stacjach, rozgardiasz i krzyki, nieznany wcześniej eksodus ludności niemieckiej. Mróz nie do wytrzymania w naszych bydlęcych wagonach. Tkwimy w nich stłoczeni i upodleni, ale żyjący z nową nadzieją na wyzwolenie. Prawie modlimy się do Rosjan … Jedziemy powoli, niesamowicie długo, nie mierzymy czasu, który stracił swoją wartość. Jedziemy bez informacji o mijanych stacjach, bez wiedzy oo celu podróży. Ucieczka z piekła do piekła? Zapewne tak. Zrezygnowani, słabi, chorzy i głodni, skazani na zapomnienie i powolną agonię. Tragiczna droga do nikąd. Ciągnie się długimi tygodniami, wszyscy powoli zatracają poczucie czasu, rzeczywistości, sensu działania. Porzucają nadzieję na wyjście z kolejowo-więziennego labiryntu.

… Wreszcie postój przed dużym miastem. Wyładunek prosto na peron. Wrzaskliwe ponaglanie - schnell, schnell ! Krzyki, płacz, złorzeczenia. Wtłoczeni zostajemy do ogromnej pustej i zimnej hali. Kolejna komenda - rozbierać się do naga ! Struchlałe spojrzenia dorosłych : to już koniec, pewnie zagazują - jak w obozach koncentracyjnych ! Na ucieczkę nie ma żadnej szansy, tłum pilnują strażnicy z psami, kręci się pełno wojska na zewnątrz, plączą małe dzieci. Niespokojne szepty, naradzanie się w zbitym tłumie. Ktoś głośno krzyczy : uciekajcie ! Dokąd i jak? A jednak kilku mężczyzn otwiera gwałtownie żelazne drzwi i wybiega z hali. Serie strzałów na zewnątrz. Wraca tylko jeden, ściska głowę i powtarza w kółko : zabili, zabili …

Tłum już się nie broni. Mężczyźni i kobiety, młodzi i starzy, dzieci i nastolatki apatycznymi, powolnymi ruchami zdejmują ubrania, pomagają sobie wzajemnie i w karnej kolejce - całymi rodzinami - wychodzą za drzwi kolejnego pomieszczenia. Pierwsi są zaskoczeni : wtłaczani pod prysznic z letnią wodą, mogą umyć się, wprawdzie bez mydła i ręczników, ale dobre i to. Nikt nie marzy o luksusach, wszyscy czekają na zwrot odwszawionych gazem ubrań. Ta sytuacja trwa do wieczora. Wszyscy otrzymują talerz mlecznej zupy z jakąś kaszą. Dużo małych dzieci prawie natychmiast rozchorowało się. Zbyt duży szok przy zmianie menu, albo może trucizna? Niemców na to stać, ludzie stają się nieufni, podejrzliwi i zrozpaczeni własną bezsilnością.


Ale nie ma czasu na refleksje i wymianę poglądów. Znów wpychanie rodzin do wagonów i wyjazd na zachód. Ktoś mówi, że myliśmy się w Stuthoffie koło Gdańska, w obozie koncentracyjnym i że darowano nam życie. Być może nacisk frontu nie pozwolił oprawcom rozstrzygnąć ostatecznie kwestii przymusowych robotników, któż to wie? Jedziemy pociągiem na zachód, chociaż tym razem podróż trwa dosyć krótko. Topnieją szeregi przymusowych uciekinierów, coraz mniej wśród nich dzieci. Najmłodszych dziesiątkuje biegunka.

Straszliwe warunki sanitarne i zimowe chłody uniemożliwiają jakąkolwiek pomoc umierającym czy skuteczną rekonwalescencję, nie ma żadnych lekarstw, pielęgniarek, pomocy medycznej. Przeładowują nas na furmanki i wciąż gnają na zachód. Po co, dlaczego? Zimno, mrozy, towarzyszą nam odgłosy bombardowań. Nocujemy w opustoszałych wsiach niemieckiego Pomorza. Nikt nie ma już sucharów, dostępu do żywności. Starsi chłopcy wygrzebują na polach spod śniegu zmarznięte ziemniaki, w piwnicach poniemieckich domów pozostało trochę jakichś owocowych galaretek i dżemów swojej roboty, mamy więc wreszcie dostęp do słodyczy. Do czasu : część domów zaminowali saperzy, na linkach zawieszając granaty. Dwoje rodzeństwa wchodzących do budynku wybuch rozniósł po prostu na strzępy.


Napotykamy pierwsze ślady po bombardowaniach, ruiny spalonych domów, chociaż są to tereny położone w głębi Niemiec, na Pomorzu Zachodnim. Zbliża się nieuchronny kres wędrówki :płoną całe kwartały lasów ostrzelane salwami “katiusz”, palą się miasteczka, pojedyńcze domy w polu. Makabryczne widoki. Przydrożna tablica informuje o Kamieniu Pomorskim / Kamin / i Szczecinie w odległości kilkudziesięciu kilometrów, ale zdezorientowani konwojenci zamykają nas w miejscowości Sztutowo w opustoszałym i częściowo zdemolowanym na piętrach pałacu. Wszędzie widać ślady panicznej ucieczki właścicieli obiektu : pełno porozrzucanych papierów, śmieci, części garderoby, pierza, połamanych mebli. Żandarmi pełniący tutaj rolę strażników rozmawiają między sobą o rosyjskich “kotłach” /okrążeniu/, szybkich “tankach” /czołgach/ i salwach “katiusz” /samochodowe wyrzutnie rakietowe/. Szykują nam jeszcze jedną niespodziankę, o której nie wiemy : zaminowują sutereny całego pałacu, przygotowując zbiorową mogiłę dla zakwaterowanych tu 12 rodzin przesiedleńców przetransportowanych tu aż z Prus Wschodnich. Fundacja “luksusowej” śmierci po wysadzeniu budowli … 

Nikomu nie wolno wychodzić z gmachu, można za to palić ogień w kominku i podsycać płomienie rozsypanymi po wszystkich salach papierami, gazetami, połamanymi meblami i materacami. Wyczuwa się napięcie, groza wisi w powietrzu, strach dławi gardło. Skąd taka zmiana, ludzkie odruchy u nieprzystępnych Niemców?

Leżymy w nocnym mroku na wypchanych słomą siennikach /skąd je wzięli rodzice?/, przy mnie dogorywa ciężko chory, rozpalony gorączką młodszy brat. Z okrutnym kaszlem wypluł chyba całe płuca. Cicho, bez skargi, bez jęku odszedł nocą, kiedy spałem. Rodzice uprosili u żandarmów prawo do pochówku w zmarzniętej ziemi. Owinięty prześcieradłem spoczął w płytkiej mogile pod jakimś parkowym drzewem. Nigdy nie widziałem tego miejsca. Pamiętam tylko łzy, gorzki i bezradny płacz, całe morze łez.


Przed pałacową aleją wmarzły w lód opadłe z drzew włoskie orzechy. Zachłannie wygrzebywałem je patykami i ostrymi odłamkami kamieni. Wcześniej nie znałem ich smaku. Wszyscy byliśmy przeraźliwie głodni i wychudzeni. Żywe szkielety. Z drugiej strony ulicy niemieccy żandarmi przygotowywali detonację min i ewakuację posterunku, który zajmowali. Nie zdążyli. Szosą przemknął ubrany w kożuch motocyklista. Z pojemnika przyczepy wylewał się jakiś płyn. Teraz scena jak z filmu : bucha wysoko ściana płomieni, pali się jezdnia. Niemal równocześnie w okna posterunku trafiają granaty rzucone przez kłusujących na koniach rosyjskich zwiadowców /tzw. razwietka/. Potem jeszcze seria wystrzałów z broni automatycznej /słynne pepesze/ i brzęcząca w uszach cisza przy gasnących jeszcze płomieniach na szosie. Siedzieliśmy prawie bez ruchu, bojąc się wychylić na zewnątrz budynku. Słyszymy rosyjską mowę i nawoływania :

-Giermańcy, poddajcie się ! Hande hoch ! Ruki w wierch !

I zaraz odzew : Nie strzelajcie, my swojacy ! Niemców tu nie ma !

W drzwiach ukazała się “pepesza” i głowa żołnierza w baraniej czapie z nausznikami.

-Ja krasnoarmiejec - przedstawił się trochę dziwacznie. -A wy kto?

I to już była wolność, jej pierwszy dzień. Wolność, której nie doczekał brat. Wolność, za którą zapłacił jeszcze żołnierską śmiercią ojciec. Wolność przyszła zimą 1945 roku na polskim dziś Pomorzu, niedaleko Kamienia Pomorskiego.

To jeszcze nie koniec wojennej odysei.

Słowiańska dusza wyzwolicieli kazała im podzielić się z nami kromkami żołnierskiego chleba, sławną konserwą mięsną “świninaja tuszonka” i domowym przysmakiem z ich rodzinnych stron smażonymi w plasterkach ziemniakami ze słoniną na ogromnej patelni. Potrawa pyszna, po dziś dzień moje ulubione danie. Tyle, że tego zimowego wieczoru wygłodzony żołądek zareagował na smakołyk totalnym buntem. Przeżyłem z trudem, chorowałem parę tygodni. Wracając na rodzinne Podlasie boleśnie doświadczyłem ucieczkę przed cofającym się frontem, artyleryjskie ostrzały, bombardowania i pożary. Pamiętam pochówek rosyjskiego lotnika, który na swoim “istrebitielu” /myśliwcu/ przegrał swoją powietrzną walkę z niemieckim asem przestworzy. Długi ceremoniał z wojskową orkiestrą i pożegnalnym salutem karabinowym. Wokół uparcie krążyła bezkarna i wszechobecna śmierć. Straszliwy czas wciąż trwającej okrutnej wojny. Żaden opis nie odda jej grozy widzianej oczami dziecka.

Przeżyłem jeszcze wcielenie ojca do wojska, przymusowe i bezpardonowe, potwierdzone odręczną “sprawką” , wypisanym na kartce papieru “pokwitowaniem” podpisanym przez kapitana Majboroda. Pamiętam jego nieogoloną twarz mokrą od łez, kiedy tulił mnie do piersi - chyba bez słów, mocno i dramatycznie. Odchodził na front, patrzył w oczy śmierci, miał tego świadomość. Miał za sobą dopiero 40 lat życia, wielką miłość do żony i pragnienie istnienia, tworzenia, pracy na swoim skrawku Puszczy Białowieskiej. Napisał dwa listy gdzieś spod Berlina przysłane w trójkątnych kopertach z numerem poczty polowej z pieczątką “Prowierono cenzuroj” Przez długie lata czekaliśmy na powrót ojca z wojny, każde pukanie do drzwi mieszkania było zwiastunem nadziei. W listach wspominał o ciężkich bojach, o piekle na ziemi - fruwającym żelastwie i ogniu. Mało słów, dużo grozy w treści. Nie miał szans na przeżycie tego piekła, poległ gdzieś jako nieznany polski żołnierz w obcej armii. W niedalekim Kołobrzegu o miasto - twierdzę walczyło polskie wojsko. Szkoda, że bez mojego ojca. Z frontu nie powrócił i do dziś nie znam końca jego losu. Tylko raz byłem w Berlinie i tylko jeden raz złożyłem wiązankę kwiatów i zapaliłem znicz u stóp pomnika wojennych bohaterów poległych za wolność i ludzką godność.


Jako 10 - latek pożegnałem dzieciństwo, które miało gorzki smak i tragiczny wymiar. Dopiero teraz rozpocząłem naukę w szkole, trafiając od razu do trzeciej klasy. Do dziś pamiętam wspaniałych nauczycieli z Hajnówki, równie okrutnie potraktowanych przez wojnę, panie Poniecką i Andrzejewską, kierownika szkoły nr 1 p. Kozickiego i innych. Jak myśmy nienawidzili Niemców, upierając się np. wbrew logice, że nazwisko “Hitler” trzeba pisać małą literą. I tak solidarnie pisaliśmy. Ale to już inny temat do opowieści.



… Jak bolesna zadra tkwi w podświadomości pamięć o grozie wojny, syndrom wojny został zakodowany w biografii całego mojego pokolenia. Zawsze będzie powracać pytanie bez odpowiedzi : dlaczego ludzie ludziom zgotowali tak straszliwy los?

sobota, 23 stycznia 2016

TRYPTYK O NIEWOLI I UMIERANIU. EGZEKUCJA. Część 2.


Erich Koch podpisał w Białymstoku “humanitarny” wyrok: za pomoc udzielaną ruchowi partyzanckiemu w Puszczy Białowieskiej : rodzina mieszkająca w Skupowie zostaje skazana na bezterminowe roboty przymusowe w Prusach Wschodnich. Czy taka była treść morderczego dokumentu? Nie wiem. Nikt nie bawił się w subtelności prawne, rolę sędziego i kata spełniał wysokiej rangi hitlerowski urzędnik, który za parę lat zostanie stracony wyrokiem legalnego powojennego sądu po długim procesie. Akta obnażą sadyzm i nieludzkie oblicze nazistowskiego kata z Podlasia. 

Walcząca na wschodzie z Rosjanami III Rzesza musiała zwiększyć wojenny wysiłek, trzeba było kopać okopy i wzmacniać umocnienia na podbitych ziemiach, pracować w fabrykach zbrojeniowych, które wciąż wypluwały ze swego wnętrza czołgi i śmiercionośne armaty, budować przyszłość wielkiego germańskiego imperium poprzez niewolniczą pracę milionów cudzoziemców, głównie Słowian o statusie niewolników. Nie miało znaczenia, że rzekomym “bandytom” nie udowodniono winy, że skazańcy nie przyznali się do zbrodni oporu przeciw okupantowi. Oni byli po prostu wyjęci spod prawa. To ludzie - zwierzęta, zdolne jedynie do wyniszczających fizycznie organizm robót, pozbawione psychiki ludzkie roboty. Okrutne stwierdzenia? Niestety - boleśnie prawdziwe, zaczerpnięte z autopsji.


Zapamiętałem długą, zdawać się mogło bezkresną podróż na północ i wschód w tzw. bydlęcych wagonach. To specjalny rodzaj środków transportu kolejowego w czasie wojny, służący głównie do przemieszczania olbrzymich mas ludzkich, ale też zwierząt i innych “towarów”. Drewniane wagony z hitlerowską symboliką, z małymi zakratowanymi lub zabezpieczonymi drutem kolczastym okienkami do przewietrzenia i szerokimi drzwiami na rolkach zasuwanymi i zamykanymi żelazną sztabą od zewnątrz, umocnione wielką żelazną kłódką. Taka jeżdżąca po szynach wielka klatka, w której tłoczyło się kilkanaście rodzin z dziećmi, odbywających parotygodniową podróż w nieznane. Bo targ niewolników zaczynał się na kilku stacjach docelowych, np. Tilsit czy innych. Tam przyszli właściciele bezpłatnej “siły roboczej” odbierali swój zamówiony zgodnie z potrzebami kontygent “żywego towaru”.

Wcześniej - wyznaczono termin wyjazdu i ilość podręcznego bagażu - tyle, ile można udźwignąć w ręku. Trzeba było wiązać w tobołki pościel i ciepłe ubrania, zabrać przede wszystkim suchary, parę łyżek i jakieś nietłukące się naczynia - kubki, talerze czy garnki. Typowo cygański ekwipunek : podręczny, lekki i trwały. Najważniejsze były chlebowe “suchary”, one pozwalały przeżyć, zaspokoić ssący trzewia głód … To był prawdziwy eliksir życia, chroniony jak najcenniejszy skarb. Dobrze wysuszone - prawie nie pleśniały, a polane wrzątkiem - pachniały świeżym wiejskim chlebem. Stawały się wówczas zawiesistą zupą, a po dodaniu do gęstej zawiesiny sacharyny smakowały jak przepyszny deser. Już wkrótce miałem poznać smak zupy z pokrzywy i lebiody, zupy ziemniaczanej i z kalarepy, zawsze postnej, osolonej do smaku, stanowiącej główne danie obiadowego menu. Nie przez dzień czy miesiąc - tak jedliśmy przez ponad trzy lata, kiedy przyszedł czas agonii nie tylko niewolników, ale całej III Rzeszy. Ze wschodu docierała kanonada dział, a nasi właściciele i “władcy” stawali się coraz mniej butni, za to bardziej ludzcy. To jednak nastąpiło znacznie później.

Jechaliśmy więc w ciasnych wagonach do Prus Wschodnich. Zimno, głodno, strasznie. Głód, strach i umieranie towarzyszyły nam bez końca. Także krzyki żandarmów i konwojentów, kontrole, przekleństwa, bicie bez powodu, sadystyczne znęcanie się zwłaszcza nad mężczyznami. Codzienna groza wojny. Długie, niepotrzebne postoje na małych stacyjkach. Wrzaski : - Raus ! - i wypędzanie nas z wagonów, brutalny przegląd bagaży, zezwolenie na picie wody ze stacyjnych pomp, znów upychanie podróżnych w zamykanych z hukiem wagonach, oczekiwanie na gwizd lokomotywy i dalszą jazdę, zwykle w nocy.Za torami laski sosnowe, mokradła, czerwone dachy mijanych wiosek, orne pola i znów to samo, jak w kalejdoskopie. Małe dzieci płakały, gorączkowały, wymiotowały, chorowały. Także umierały w zaduchu, w chłodzie słotnej jesieni, w ziąbie nocnych przymrozków. Ludzie byli brudni, cuchnący i zawszeni, wynędzniali i zrozpaczeni. Dla wielu ta dziwna i długa jazda oznaczał ostatnią podróż życia. Nie zaglądał tu lekarz ani pielęgniarka. Smród odchodów zatykał oddech. - Bydło ! - pogardliwie zatykali nosy żołnierze konwojujący transport, kiedy otwierali drzwi wagonów na postojowych stacjach.


Gorączkowaliśmy z bratem, dusił nas kaszel, maligna stawała się prawdziwym dobrodziejstwem. Wychudzone twarze rodziców /noszące piętno białowieskiego okrucieństwa gestapo/ zaglądających w oczy i kładących dłonie na naszych rozpalonych czołach stały się codziennym rytuałem. Tak mierzyli spadki i wzrost temperatury. Nam było wszystko jedno : subtelna pieszczota matczynej ręki ścierała krople potu, na krótko chłodziła rozpalone czoło, dawała poczucie bezpieczeństwa. Potem trwaliśmy w męczącym półśnie. Śmierć? Tego pojęcia jeszcze nie przyswoiliśmy do końca. Agonia trwała, dogorywaliśmy przy bezsilności i bezradności rodziców, przy ich rozpaczy i cierpieniu.

Ale to jeszcze nie koniec bolesnych doświadczeń, bo przecież mieliśmy przez oprawców długie umieranie, zaprogramowaną śmierć na raty. Dojechaliśmy do ostatniego etapu i kresu podróży, W naszym dziecięcym odczuciu trwało to całe wieki. Nic dziwnego - w tym samym kierunku zmierzały niemieckie eszelony wojskowe wypełnione po brzegi bronią - działami, czołgami, rozmontowanymi samolotami i uzbrojeniem, które widzieliśmy pierwszy raz w swoim krótkim jeszcze życiu. Te składy pociągowe miały pierwszeństwo przejazdu, nasze wagony spychano na bocznice kolejowe, musieliśmy czekać nawet bardzo długo. To płynące na wschodni front uzbrojone żelastwo budziło grozę swoją ilością i charakterem. Pancerna żelazna rzeka wydawała się nie mieć końca. 

Na stacyjnym peronie odebrał nas pełnomocnik bauera-latyfundysty Dawida Penschucka i zawiózł furmanką do rodowego ogromnego majątku w Schorningen /kreis Elschniderung /. To miejsce wydawało się nam rajem na ziemi po długiej podróży ; drewniane baraki podzielone dyktą lub deskami na niewielkie sektory rodzinne - jednoizbowe mieszkania z wbudowaną kuchnią, a ściślej - z żelaznym piecykiem, który ogrzewał wnętrze i nadawał się do gotowania jednodaniowego posiłku /umożliwiały to kilku rodzajów fajerki czyli metalowe płaskie koła o różnej średnicy/. Złudzenia i optymistyczne nadzieje prysły niebawem ; baraki były poszyte wiatrem i bardzo ciasne po ustawieniu żelaznych łóżek z siennikami wypełnionymi słomą i suszonym zielskiem. Rano budziliśmy się obolali i zziębnięci i dopiero po zatkaniu przez rodziców szpar między próchniejącymi deskami mchem było nieco cieplej we wnętrzu naszego niewolniczego “hotelu”. Z biegiem czasu zatarły się wspomnienia o makabrycznej podróży w bydlęcych wagonach. Zaczynaliśmy uporczywą walkę o fizyczne i biologiczne przetrwanie.

“Dobry” Niemiec zafundował też naszym kilkunastu nowym rodzinom wspólną kolację : obrane z łupin zimne ziemniaki polane jakimś sosem /zapewne z zsiadłego mleka zmieszanego z solą/, których smak utkwił mi w pamięci na ponad pół wieku i trwa do dzisiaj. Mogę go precyzyjnie odtworzyć, choć takiej kompozycji kulinarnej nie potrafiłbym zbudować.

Pierwsza kolacja po wielu tygodniach jazdy i smakowanie sucharów polanych wrzącą wodą - to było przeżycie wyjątkowej rangi. Byliśmy głodni, brudni, zawszeni, wycieńczeni i schorowani, u kresu fizycznej i psychicznej wytrzymałości. Takimi nas przywitała znienawidzona ziemia niemiecka, która zabrała później swój łup w postaci życia brata i ojca.


Ale teraz zaczynał się etos pracy dorosłych i dzieci. Niemiecki bauer nie pozwalał na luksus odpoczynku, a organizował działania z zegarmistrzowską precyzją - od świtu do nocy, na całym ogromnym obszarze ziemskiego majątku. Mnie przypadło w udziale pasanie koni, pomoc w warzywniku, gromadzenie chrustu w lesie i wspieranie starszych parobków w ładowaniu i wożeniu drewna. Najgorsze było wiosenne przebieranie zmarzniętych ziemniaków zakrytych słomą w długich paru metrowych kopcach, kiedy przemarznięte ręce odmawiały posłuszeństwa i groziło ich odmrożenie. Z młodszym bratem piłowaliśmy grube pnie drewna na mniejsze klocki, które później rąbaliśmy z trudem ciężkimi siekierami na mniejsze części.

“Ludzki pan” tylko jeden raz złapał mnie na nieróbstwie, kiedy skryty w wysokiej trawie leżałem na plecach wpatrzony w chmurzące się niebo. Podszedł bezszelestnie i dopiero piekący ból brzucha stał się zapowiedzią nieszczęścia. Ciosy bambusowej laski były bolesne, bezlitosne i celne, a bicie przypominało straszliwy rytuał : metodyczne, miejsce przy miejscu, bez cienia litości i współczucia. Zakrywałem twarz dłońmi, chroniłem głowę łokciami, usiłowałem zerwać się na nogi i uciekać- wszystko na próżno. Piekło, bolało nieludzko, płakałem, krzyczałem, wołałem o ratunek - bez skutku. Z rozbitego łokcia krew ściekała na twarz, wsiąkała w łąkę, krwawiły plecy. Egzekucja trwała i trwała bez końca. Czerwone i czarne koła plątały się przed oczami, szum w uszach, słodko-słona krew w ustach i wszystko pokrywa ciemność. Jeśli tak wygląda śmierć - to ją przeżyłem w dzieciństwie. Skatowanego do nieprzytomności znaleźli mnie wieczorem wracający z pracy w polu robotnicy. 

Obudziłem się na pryczy barakowego łóżka. Pokrwawionym i posiniaczonym ciałem wyczuwałem każde źdźbło trawy w prymitywnym pseudo materacu. Całe ciało bolało, puchło, czerniało, uwierało, kłuło. Gorączkowałem przez kilka tygodni. Leczenie? Zimne kompresy i jakieś napary z dziko rosnących ziółek, które znała tylko mama. Potem znów stanąłem na nogach …


Co jeszcze - prócz bólu - zapamiętałem z tej egzekucji, twardej lekcji niewolniczego życia? Krnąbrne konie rzeczywiście wyrządziły spore szkody w zbożu. Syn bauera podobno zginął pod Stalingradem, więc starzec szukał swego wyrównania rachunku krzywd / ? /. To na szczęście jedyny przypadek, kiedy Niemiec twardą laską wypisywał na mojej skórze dekalog obowiązków / praw? / dziecka - niewolnika z Polski. Miałem 9 lat i zapamiętałem tę naukę na całe życie. Skutki? Jako 17-latek w lekarskich dokumentach miałem wpisane 65 proc. utraty zdrowia, krzywicę, dyskopatię, przepuklinę, porażenie rogów przednich rdzenia kręgowego /polio/ z bezwładem i niedowładem kończyn itd. 

Zmasakrowane ciało obroniło się przed śmiercią, skutki celnych, wyrachowanych ciosów laski okazały się tragiczne dla kośćca i systemu nerwowego. Nawet po wielu latach.

Tę świadomość mam dzisiaj, tę wiedzę zdobyłem w opisach eksterminacji polskiej ludności i jej skutkach, w opiniach medycznych autorytetów. Dlaczego musiałem cierpieć, za co cierpieliśmy wszyscy? Czy taką krzywdę można “wyrównać”, otrzeć łzy i ból pieniędzmi, markami RFN? Tych parę groszy, które rząd niemiecki wypłacił b, robotnikom przymusowym - a właściwie niewolnikom III Rzeszy - w ramach Fundacji Polsko - Niemieckie Pojednanie /niewiele ponad 3 tysiące zł/ to autentyczna jałmużna, żałosna kpina i upokorzenie. Nie będę tego szerzej komentował. Dodam jedynie, że ten “wielki” wysiłek finansowy nasi “przyjaciele” zza Odry rozłożyli aż na dwie raty …

Inną “pamiątką” po robotach przymusowych pozostały odmrożone uszy w czasie mroźnych zim w Prusach Wschodnich, których nie dało się wyleczyć - mimo upływu czasu - do dzisiaj. Siarczyste mrozy i niedostatki garderoby dziesiątkowały ludzi słabych. Trudno zliczyć drewniane krzyże na kopcach ziemi, które po paru miesiącach stawały się anonimowymi mogiłami, najczęściej małych dzieci. Takie było prawo dnia na obcej, wrogiej ziemi, taki wymiar hańby i zbrodni ludobójstwa. O tym wielu z nas już zapomniało lub nie chce pamiętać. A przecież stanowi to tragiczne ostrzeżenie przed zbiorową nienawiścią i narodowym szowinizmem.


W tej ponad trzyletniej dziecięcej martyrologii brakowało chwil jasnych, wspomnień ciepłych, wydarzeń pamiętnych, jak w każdym życiu. A jednak zdarzały się wydarzenia rodem z kolorowych bajek, które nie zagubiły się w kruchej coraz bardziej pamięci. Kiedy któregoś dnia dużym wiadrem nabierałem z zarośniętego trzciną kanału wodę dla pojenia koni - zgarnąłem całą ławicę złoto-czerwonych karasi. Cóż to była za uczta w baraku, jak bardzo smakowały nam ryby, które jadłem pierwszy raz w życiu i których wszyscy mogliśmy najeść się do syta. Drugiego dnia w tym samym miejscu złapałem zaledwie kilka małych rybek, kolejnego - wcale : wodna spiżarnia wyschła … Ale nauczyłem się polować na nieruchomo stojące w wodzie młode szczupaki : wystarczyło delikatnie zamulić otoczenie i ryba stawała się łatwym łupem. Rzadkie to były trofea, ale ceniliśmy je na wagę złota, bo głód ciągle skręcał kiszki. Z biegiem czasu odważniej i ostrożniej uszczuplaliśmy warzywnik bauera o ogórki, marchew, groch, kalarepę i inne warzywa. To stanowiło naturalny odruch i warunek przeżycia, bo kartkowe przydziały chleba, rzadko trafiającej się buraczanej marmolady czy sacharyny po prostu nie wystarczały. Podobno jedliśmy czarny chleb z trocinami, bez smaku, z dodatkiem soli, mało przypominający nasze dawne ojczyste suchary. Zbieraliśmy z bratem grzyby, czasem znaleźliśmy parę garści jagód i jakoś egzystowaliśmy. Zawsze głodni - przez długie ponad 3 lata.