środa, 3 lutego 2016

EPILOG - JESZCZE KILKA UWAG


Nie zachowały się - niestety - żadne dokumenty, które pozwoliłyby pogłębić wiodący temat wojennej martyrologii. Z małymi wyjątkami, które przetrwały chyba cudem : mimo wielomiesięcznej podróży, kradzieży na warszawskim dworcu kolejowym “Wileński” - już po prawej stronie Wisły, bliżej przedwojennego “domowego gniazda”, którego dawno nie było /jeszcze o tym nie wiedzieliśmy/.

Szczególnie wzruszająca dla mnie jest historia dwóch fotografii wykonanych przez reportera niemieckiej gazety, który przyjechał z Berlina do Prus Wschodnich dla udokumentowania życia rodzin polskich na robotach przymusowych. Oczywiście - w ramach słynnej gebelsowskiej propagandy totalitarnego reżimu III Rzeszy. Wieści o okrucieństwie “władców Europy” coraz pełniej docierały na Zachód i wolne kontynenty, zatem próbowano różnymi sposobami skrywać prawdę o rozmiarach niewolniczego upodlenia i wyzysku, posiłkując się posłuszną prasą czy wykorzystując rozgłośnie radiowe. Zgodnie z zasadą - cel uświęca środki.

Niemiecki reporter trafił do majątku ziemskiego bauera D. Penschucka, wykonując m.in. kilka fotografii /zresztą pozowanych/ z naszą rodziną. Na pierwszej z nich pozujemy z młodszym o rok bratem przy piłowaniu drewna na tle budynku zamieszkałego przez służbę zajmującą się utrzymaniem pałacu bauera. Kazano nam przebrać się w najlepsze ubrania, ale i tak zdjęcie zostało zdyskwalifikowane : zamiast butów mieliśmy na nogach drewniane “klumpy”, a na kolanach wielkie łaty z koca, co źle świadczyło o poziomie zamożności, bo po prostu dowodziło biedy. A przecież miało to zaświadczać o normalnym, cywilizowanym życiu i skuteczności wychowania przez prace od najmłodszych dziecięcych lat. Szczyt zakłamania, fałszowanie faktów, ordynarna propaganda. To nie fantazja - tak było. Upodlenie i pogarda towarzyszyły nam na każdym kroku, ale o tym “obiektywna” niemiecka prasa nie pisała …


Na drugiej fotografii nasza mama, trzydziestokilkuletnia kobieta, przebiera na przedwiośniu zmarznięte ziemniaki ukryte w krytych słomą kopcach ziemnych. Otulona chustą, ale bez rękawic, wtłoczona w ciasne palto, skazana na całodzienne, zabójcze dla zdrowia działanie. Wygląda na staruszkę, a to przecież osoba w kwiecie wieku. Przykład praktycznego wdrażania metody “agonii na raty”, śmierci w przedłużonym czasie. Ta fotografia też nie znalazła uznania redakcyjnego i trafiła do nas nie wiem jakim sposobem. Po latach te zdjęcia ofiarowałem swoim przyjaciołom - rówieśnikom,, potem trafiły do rodzinnego albumu, a dziś pokazuję je pierwszy raz - po 70 latach - na swoim blogu.


I jeszcze jedna rodzinna fotografia z krainy szczęśliwości, z czasów krótkiego, radosnego dzieciństwa. Nasz ojciec i my, dwaj bracia, rok 1939, tuż przed wybuchem II wojny światowej, która zniszczyła rodzinę, marzenia, normalność. Jeszcze żyjemy w błogostanie niewiedzy o sobie. Jeszcze jesteśmy bardzo szczęśliwi w życiu rodzinnym. Mój braciszek siedzi na kolanach ojca, ja zamykam kompozycję fotografii zajmując miejsce na stole. Nieznany świat wydaje się ogromny i bardzo bezpieczny. To jednak tylko złudzenie Wróg i śmierć czają się za miedzą. 


Wspomniałem wyżej o epizodzie warszawskim, kiedy ktoś przywłaszczył sobie na dworcu kolejowym w Warszawie moją małą, tekturową walizeczkę, wypełnioną po brzegi kolorowymi ołówkowymi kredkami. Zbierałem je w opustoszałych niemieckich domach jako jedyne wojenne trofeum, taki dziecięcy skarb, z myślą o rysowaniu w przyszłości obrazów, zwłaszcza wojennych doświadczeń. Kiedy siedzieliśmy w tłumie przesiedleńców z mamą na rodzinnych tobołkach z pościelą /tyle nam pozostało w zbliżającej się do finału długiej wędrówki/ ktoś połakomił się na łatwą zdobycz zabierając starą, wytartą dziecięcą walizeczkę. Z uciułanymi w wielu pustych niemieckich domach połamanymi nierzadko kredkami, mój wyimaginowany warsztat malarski. Niestety. Mogę sobie wyobrazić rozczarowanie złodzieja, ale tę bezpowrotną stratę przeżyłem bardzo boleśnie.Miałem dopiero 10 lat i żadnej wizji przyszłości. O moim losie decydowała mama przyjmujące na wątłe barki rolę książkowej Siłaczki. Swój tragiczny życiowy egzamin zdała z wyróżnieniem. Mądra, dobra, prawa i biedna kobieta z piętnem samotnej odpowiedzialności w smutnym życiorysie.

Z dworca kolejowego oglądałem z przerażeniem ruiny Warszawy, a właściwie ślady po dumnym i pięknym mieście. Makabryczny pejzaż, nie do porównania ze zniszczonymi miastami niemieckimi, nierzadko spalonymi do szczętu działaniami wojennymi. Niemiecka mściwość na mieszkańcach i obrońcach stolicy miała znamiona totalnej apokalipsy. To autentyczna zbrodnia wołająca o pomstę do nieba. Poświadczam to jako nieletni widz skutków tej zbrodni, chociaż przede mną potwierdzały to setki tysięcy męczenników, hardych i bezbronnych w gruncie rzeczy. Warszawa była areną krwawego widowiska jakby zaczerpniętego z najokrutniejszych dziejowych kart ludzkiej starożytności, makabryczną kumulacją zła w jednym miejscu. Inni na to patrzyli, inni to widzieli, innych to podniecało, wyzwalało najbardziej prymitywne uczucia. Inni - to znaczy kto? Wymienię tylko naszych “przyjaciół” z Zachodu i Wschodu, których armie szczerzyły jedynie zęby zapowiadając pośmiertny odwet na ruinach polskiej stolicy. Byliśmy sami, napiętnowani wyrokiem nieuniknionej śmierci. Nie pierwszy raz w tysiącletnich swoich dziejach. Cóż z tego, że Polska - to dla mnie brzmi dumnie? Urodziłem się w złym czasie, także odchodzę w niewłaściwej chwili, powtarzając uparcie zdanie Jana Matejki, mojego patriotycznego idola: “Ziemi mojej - Polsce - miłość ma należy”. To mądre credo zadedykowałem w 1958 roku młodzieży “mojej” Szkoły Podstawowej Nr 4, którą sam tworzyłem i kierowałem przez 14 lat, szeroko otwierając okna na polskie morze. Może do tych wspomnień wrócę w odrębnym opracowaniu.

Skoro jednak wróciłem we wspomnieniach do moich historycznych fotografii, przytoczę jeszcze kilka ciekawszych epizodów, które natrętnie łączą się z tym, co było piękne i niepowtarzalne w dziecięcych przeżyciach.


Wielkim przeżyciem była … kąpiel w Niemnie i związana z tym historia. Ta potężna i malownicza rzeka płynęła raptem o kilka kilometrów od majątku bauera, oddzielona od nas dorodnym sosnowym lasem z oazami wiekowych świerków i zatrzęsieniem jarzębin, brzóz, pachnącej czeremchy i innych. Któregoś letniego dnia ojciec wysłany przez Niemca do lasu po drewno zabrał mnie i brata na furmankę /zapewne w roli pomocników-ładowaczy, bo na wycieczkę nie byłoby zgody/ i tak dotarliśmy do rzeki. Zdumiała nas swoim ogromem i urodą. Pływały po niej białe spacerowe statki z przystanią po drugiej stronie, ale myśmy odkryli całe ławice małych rybek w piaszczystych zatoczkach i płytkich jeziorkach budując dla nich tamy z piasku. Równocześnie skorzystaliśmy z uroków kąpieli. W majątku ziemskim mogliśmy się jedynie czasem wykąpać w zarośniętym tatarakiem i trzcina kanale.Rzadko korzystaliśmy z tego przywileju, zwykle byliśmy zbyt zmęczeni.


Pamiętam pierwsze święta Bożego Narodzenia już w Hajnówce. Zajmowaliśmy ćwiartkę zbudowanego z grubych belek czworaka z jednym pokojem, który pełnił też rolę kuchni oraz ciasną komórką stanowiącą mój “pokój”. Na choince kilka jabłek, parę twardych cukierków w przezroczystych papierkach i papierowe … samoloty z biało-czerwonymi szachownicami, które natrętnie mnie towarzyszyły nawet w snach. Szachownice miały je “odczarować”, wyeksponować polskość, zaćmić wspomnienia niemieckich bombowców - tych z Puszczy Białowieskiej i tych desantowych z Prus Wschodnich. Kilka z tych papierowych ozdób przetrwało do dzisiaj, ale to już tylko odległe echo przeszłości - nie sielskiej i anielskiej, ale brutalnej, wojennej. Święta były smutne i ciche, nie obeszło się bez łez. Nasłuchiwaliśmy każdych kroków z zewnątrz domu z nadzieją, że drzwi otworzy wracający z frontu wojny ojciec. Nie wrócił. 

Dziś mojej ukochanej puszczy, wielkiemu i pięknemu pomnikowi przyrody, grozi totalna zagłada. Kilkaset tysięcy drzew zostało zaatakowanych przez groźne korniki i po prostu wysychają. Zniszczenie tego kompleksu leśnego - jedynego tego typu, identycznego od niepamiętnych czasów - oznacza niepowetowaną stratę nie tylko dla Polski czy Europy, ale całej ludzkości. Czy współczesny człowiek przy całym swoim geniuszu - potrafi tylko niszczyć wielkie dzieło demiurga? Śmierć puszczy oznacza także moją śmierć przy całym bezsensie życia.

I jeszcze jedno wspomnienie w rozważaniach o martyrologii życia. Przeżyłem długie i piękne 44 lata wspólnie z ukochaną żoną, też dzieckiem wojny. Rodziców mojej Danusi zamordowali Ukraińcy na polskiej Rzeszowszczyźnie, kiedy była jeszcze niemowlęciem. Przygarnięta pod wiejską strzechę przez dobrych i biednych dziadków niewiele zaznała rozkoszy dzieciństwa. Była najmłodszą w Liceum Pedagogicznym w Przemyślu absolwentką szkoły i jako nauczycielka otrzymała nakaz pracy w powiecie bolesławieckim. Poznaliśmy się w małej wiejskiej szkółce i pokochali na długie lata wspólnego losu. Do tych wspomnień i uogólniających refleksji powrócę w oddzielnym odcinku rodzinnej odysei. Na przekór losowi i jego wyrokom. Znamienne, że psychicznie okaleczone dzieci wojny lgnęły do siebie na stałe, szukając szczęścia w swojej bliskości. Umiały też dzielić się szczęściem z bliskimi sobie ludźmi. Byli też asertywni, zdecydowani i stali w ocenach, nazywali rzeczy i fakty po imieniu. Nie wybaczali zbrodni, chociaż modlili się za grzeszników. Trudno zrozumieć ich psychikę, rozszyfrować kręte zakamarki podświadomości.


Wybrańcy bogów umierają młodo - twierdził jeden z francuskich pisarzy. Nie wiem, czy żona była wybrana przez bogów jako ofiara zadośćuczynienia za czyjeś grzechy, ale odeszła w zaświaty zbyt młodo. Moja samotność trwa już prawie 16 lat. Tyle ważnych rodzinnych wydarzeń zapisałem w życiowej kronice, których nie poznała kochana Danusia. To przykre i niesprawiedliwe, bolesne i przygnębiające. Dorosły nasze wnuczęta, doczekałem się dwójki prawnucząt, których żona nie poznała. Synowie, wnuczki i wnuk ukończyli wyższe uczelnie, dziewczęta zawarły związki małżeńskie, jedna jest psychologiem, druga politologiem. Mają nowe i duże mieszkania własnościowe we Wrocławiu i pracę w swoich zawodach, Wnuk zdążył przewędrować pół świata, znajdując pracę nawet w Australii i USA, ale na stałe osiadł w Londynie, kupując tutaj na własność urokliwy domek z niewielkim ogródkiem. Jest wziętym informatykiem, pracowitym fachowcem w swojej branży, robi doktorat na renomowanej uczelni. Jeszcze szuka swojej wielkiej miłości i wybranki serca, mając uwite ciepłe gniazdo domowe. Tej szczęśliwej chwili i nagrody za ofiarne i pracowite życie Danusia nie doczekała. Smutna i głęboko prawdziwa to konstatacja. Dzieci wojny umierają młodo.

Byłem dwa razy radnym / nie licząc kilku wcześniejszych mandatów za czasów PRL

w tym członkiem Zarządu Miasta. Ubolewam, że już bez żony. Antidotum na cierpienie odkryłem w powrocie do malarstwa i kilku wystawach i galeriach moich obrazów w prywatnych mieszkaniach. Starcza samotność zwykle bywa przekleństwem losu, ale jakoś udało mi się z biegiem lat uniknąć tego dramatu. Dziś lubię przebywać w cieniu, który koi rany, pozwala na szeroką autonomię i niezależność, rodzi dojrzałą refleksyjność, skłania myślenie ku filozofii, umożliwia sięganie po zatęchłe foliały zamykające złote myśli ludzkości. Czy nie brakuje mi wiernej towarzyszki życia? Bardzo brakuje. I tak już zostanie do końca moich dni. To tak, jak - powtarzając za Wyspiańskim - stracić bezcenny złoty róg.

Czy zatem można twierdzić, że wybrańcy bogów umierają młodo? A może to decyzja jedynego prawdziwego Boga, której sens poznamy po drugiej stronie życia? Dogmat wymagający naukowego rozszyfrowania? Wiem - i to jest zweryfikowany pewnik, że młodo umierają dzieci napiętnowane wojną, a mój wyjątek stanowi potwierdzenie smutnej reguły.

Podobno w “Koranie” jest zapisane zdanie :
“Wszystko co ma się z tobą stać jest zapisane w Księdze Życia, a Wicher Wieczności na oślep przewraca jej karty”.
Ładna myśl, ale czy prawdziwa?

Kilka fotografii ilustrujących codzienność życia emeryta :

Komponowanie kolejnego numeru “Głosu Bolesławca” w siedzibie redakcji /TMB/

"Agatowe Lato” we Lwówku Śląskim. Na pierwszym planie wnuk Leszek.


Spotkanie Klubu Nauczycielskiego w leśniczówce przy ognisku.


Spotkanie Klubu Nauczycielskiego - szukanie Kwiatu Paproci.

Korekta nowego numeru Głosu Bolesławca

środa, 27 stycznia 2016

Z PAMIĘTNIKA DZIECKA WOJNY - Część 3.


Śmierć szła naszym tropem. Któregoś dnia niemieccy żołnierze ustawili działa w odległości kilkuset metrów od naszych baraków z lufami skierowanymi prawie w okna. Czyżby oznaczało to ostateczną egzekucję i zagładę? Mijała niespokojna noc. Cisza. Tylko w oddali, gdzieś za horyzontem trwała wojenna kanonada, zapewne ostry pojedynek artyleryjski wrogich armii. Nic o tym nie wiedzieliśmy. Pozostała wiara w nadejście wymodlonego wyzwolenia.

Piekło otwarło swe wrota nad ranem. Huk strzelających ciężkich dalekosiężnych dział boleśnie rozdzierał bębenki w uszach. Nikt nie ostrzegał, nie pouczał o sposobie zachowania się, o otwieraniu ust przed kolejną salwą armatnią dla wyrównania ciśnienia powietrza. Byliśmy ogłuszeni i przerażeni. Zbliżał się miażdżący wszystko walec rosyjskiego frontu, Niemcy przygotowali kolejne umocnione pasmo obrony. Daleko od nas trwały walki o Królewiec, na niebie przelatywały dziwne samoloty o podwójnych kadłubach /desantowe/, których nigdy w przeszłości nie widzieliśmy. Salwa za salwą - pociski przelatywały nad dachami naszych lichych baraków, wszystkie skierowane na wschód. Minęła doba, druga i trzecia. Już nie wychodziliśmy do pracy, szeroko otwieraliśmy usta widząc przygotowania do kanonady - mniej odczuwało się wówczas skutki wystrzału z działa. Czy rzeczywiście? Nie wiem, byliśmy prawie zupełnie ogłuszeni, trudno było porozumieć się ze sobą bez głośnego krzyku.


Przybyło żołnierzy w różnorodnych mundurach, mężczyzn zapędzono do kopania głębokich rowów i okopów, przegród i barykad na okolicznych drogach. Narastał huk kanonady za horyzontem. Nie kryliśmy przed sobą radości : Rosjanie, idzie Armia Czerwona! 

Któregoś dnia pada rozkaz wojskowego komendanta / właściciel majątku rolnego i pałacu dawno salwował się ucieczką w głąb Niemiec / : ładować się na furmanki i wyjeżdżać na dworzec kolejowy. Ewakuacja na zachód - zbliża się front, będą walki, cywile nie przeżyją. Przed nami ewakuowano płaczące rodziny niemieckie. Traktowały nas pogardliwie, raczej unikając z nami kontaktu, nie szukały spięć i scysji. Na przeszkodzie wzajemnych więzi stała zresztą bariera językowa i nasza skrajna bieda : zawszone dzieci, powszechna robaczyca, świerzb na dłoniach, tragiczne warunki higieniczne i prawdziwe getto podwórkowe z wyziewami z postawionych na zewnątrz prymitywnych latryn okupowanych przez chmary much i innych owadów, wylęgarnia szkodliwych drobnoustrojów, a więc i chorób prowadzących do śmierci. Nikt nie widział tu pielęgniarki czy lekarza, toteż rozrastał się niemal w oczach biedny piaszczysty cmentarz najmłodszych niewolników III Rzeszy. Szkoła? Nikt z nas nie słyszał ani nie widział takiej instytucji. Kiedy skończyła się wojna miałem 10 lat i byłem kompletnym analfabetą, podobnie jak wszystkie dzieci z naszych więziennych baraków. Nikt w praktyce nie myślał o przyszłości. Przeżyć to piekło - ta myśl stanowiła credo i kanwę myślenia, zabiegów i starań.

Mściwość nie była immanentnie zrośnięta z naszą świadomością pariasów, ale trudno byłoby pominąć momenty drobnej satysfakcji, kiedy żegnaliśmy na zawsze niemieckie rodziny : teraz i one poznają smak poniewierki i głodu … To brzydkie uczucie, ale uprawnione boleścią ludzkiego cierpienia.


Czas naglił, pociski nieprzyjaciela rwały się w pobliskim lasku. Znów tobołki z mieniem pakowaliśmy na plecy i przenosiliśmy na furmanki przystosowane do podróży, z drewnianymi kabłąkami przypominającymi cygańskie wozy czy raczej budy. Znów czas głodu i strachu, chociaż zawczasu rodzice przygotowali niewielkie zapasy sucharów chlebowych. Zdobycie chleba graniczyło z cudem, więc nie wiem do dzisiaj, jak oni dokonali swego dzieła. Znów przyśpieszone, niepotrzebne i tragiczne umieranie małych i słabych dzieci /szalało zapalenie płuc, ale czy tylko ta choroba niszczyła dzieci - tego już się nie dowiemy /. Zima, tłok na peronach i mijanych stacjach, rozgardiasz i krzyki, nieznany wcześniej eksodus ludności niemieckiej. Mróz nie do wytrzymania w naszych bydlęcych wagonach. Tkwimy w nich stłoczeni i upodleni, ale żyjący z nową nadzieją na wyzwolenie. Prawie modlimy się do Rosjan … Jedziemy powoli, niesamowicie długo, nie mierzymy czasu, który stracił swoją wartość. Jedziemy bez informacji o mijanych stacjach, bez wiedzy oo celu podróży. Ucieczka z piekła do piekła? Zapewne tak. Zrezygnowani, słabi, chorzy i głodni, skazani na zapomnienie i powolną agonię. Tragiczna droga do nikąd. Ciągnie się długimi tygodniami, wszyscy powoli zatracają poczucie czasu, rzeczywistości, sensu działania. Porzucają nadzieję na wyjście z kolejowo-więziennego labiryntu.

… Wreszcie postój przed dużym miastem. Wyładunek prosto na peron. Wrzaskliwe ponaglanie - schnell, schnell ! Krzyki, płacz, złorzeczenia. Wtłoczeni zostajemy do ogromnej pustej i zimnej hali. Kolejna komenda - rozbierać się do naga ! Struchlałe spojrzenia dorosłych : to już koniec, pewnie zagazują - jak w obozach koncentracyjnych ! Na ucieczkę nie ma żadnej szansy, tłum pilnują strażnicy z psami, kręci się pełno wojska na zewnątrz, plączą małe dzieci. Niespokojne szepty, naradzanie się w zbitym tłumie. Ktoś głośno krzyczy : uciekajcie ! Dokąd i jak? A jednak kilku mężczyzn otwiera gwałtownie żelazne drzwi i wybiega z hali. Serie strzałów na zewnątrz. Wraca tylko jeden, ściska głowę i powtarza w kółko : zabili, zabili …

Tłum już się nie broni. Mężczyźni i kobiety, młodzi i starzy, dzieci i nastolatki apatycznymi, powolnymi ruchami zdejmują ubrania, pomagają sobie wzajemnie i w karnej kolejce - całymi rodzinami - wychodzą za drzwi kolejnego pomieszczenia. Pierwsi są zaskoczeni : wtłaczani pod prysznic z letnią wodą, mogą umyć się, wprawdzie bez mydła i ręczników, ale dobre i to. Nikt nie marzy o luksusach, wszyscy czekają na zwrot odwszawionych gazem ubrań. Ta sytuacja trwa do wieczora. Wszyscy otrzymują talerz mlecznej zupy z jakąś kaszą. Dużo małych dzieci prawie natychmiast rozchorowało się. Zbyt duży szok przy zmianie menu, albo może trucizna? Niemców na to stać, ludzie stają się nieufni, podejrzliwi i zrozpaczeni własną bezsilnością.


Ale nie ma czasu na refleksje i wymianę poglądów. Znów wpychanie rodzin do wagonów i wyjazd na zachód. Ktoś mówi, że myliśmy się w Stuthoffie koło Gdańska, w obozie koncentracyjnym i że darowano nam życie. Być może nacisk frontu nie pozwolił oprawcom rozstrzygnąć ostatecznie kwestii przymusowych robotników, któż to wie? Jedziemy pociągiem na zachód, chociaż tym razem podróż trwa dosyć krótko. Topnieją szeregi przymusowych uciekinierów, coraz mniej wśród nich dzieci. Najmłodszych dziesiątkuje biegunka.

Straszliwe warunki sanitarne i zimowe chłody uniemożliwiają jakąkolwiek pomoc umierającym czy skuteczną rekonwalescencję, nie ma żadnych lekarstw, pielęgniarek, pomocy medycznej. Przeładowują nas na furmanki i wciąż gnają na zachód. Po co, dlaczego? Zimno, mrozy, towarzyszą nam odgłosy bombardowań. Nocujemy w opustoszałych wsiach niemieckiego Pomorza. Nikt nie ma już sucharów, dostępu do żywności. Starsi chłopcy wygrzebują na polach spod śniegu zmarznięte ziemniaki, w piwnicach poniemieckich domów pozostało trochę jakichś owocowych galaretek i dżemów swojej roboty, mamy więc wreszcie dostęp do słodyczy. Do czasu : część domów zaminowali saperzy, na linkach zawieszając granaty. Dwoje rodzeństwa wchodzących do budynku wybuch rozniósł po prostu na strzępy.


Napotykamy pierwsze ślady po bombardowaniach, ruiny spalonych domów, chociaż są to tereny położone w głębi Niemiec, na Pomorzu Zachodnim. Zbliża się nieuchronny kres wędrówki :płoną całe kwartały lasów ostrzelane salwami “katiusz”, palą się miasteczka, pojedyńcze domy w polu. Makabryczne widoki. Przydrożna tablica informuje o Kamieniu Pomorskim / Kamin / i Szczecinie w odległości kilkudziesięciu kilometrów, ale zdezorientowani konwojenci zamykają nas w miejscowości Sztutowo w opustoszałym i częściowo zdemolowanym na piętrach pałacu. Wszędzie widać ślady panicznej ucieczki właścicieli obiektu : pełno porozrzucanych papierów, śmieci, części garderoby, pierza, połamanych mebli. Żandarmi pełniący tutaj rolę strażników rozmawiają między sobą o rosyjskich “kotłach” /okrążeniu/, szybkich “tankach” /czołgach/ i salwach “katiusz” /samochodowe wyrzutnie rakietowe/. Szykują nam jeszcze jedną niespodziankę, o której nie wiemy : zaminowują sutereny całego pałacu, przygotowując zbiorową mogiłę dla zakwaterowanych tu 12 rodzin przesiedleńców przetransportowanych tu aż z Prus Wschodnich. Fundacja “luksusowej” śmierci po wysadzeniu budowli … 

Nikomu nie wolno wychodzić z gmachu, można za to palić ogień w kominku i podsycać płomienie rozsypanymi po wszystkich salach papierami, gazetami, połamanymi meblami i materacami. Wyczuwa się napięcie, groza wisi w powietrzu, strach dławi gardło. Skąd taka zmiana, ludzkie odruchy u nieprzystępnych Niemców?

Leżymy w nocnym mroku na wypchanych słomą siennikach /skąd je wzięli rodzice?/, przy mnie dogorywa ciężko chory, rozpalony gorączką młodszy brat. Z okrutnym kaszlem wypluł chyba całe płuca. Cicho, bez skargi, bez jęku odszedł nocą, kiedy spałem. Rodzice uprosili u żandarmów prawo do pochówku w zmarzniętej ziemi. Owinięty prześcieradłem spoczął w płytkiej mogile pod jakimś parkowym drzewem. Nigdy nie widziałem tego miejsca. Pamiętam tylko łzy, gorzki i bezradny płacz, całe morze łez.


Przed pałacową aleją wmarzły w lód opadłe z drzew włoskie orzechy. Zachłannie wygrzebywałem je patykami i ostrymi odłamkami kamieni. Wcześniej nie znałem ich smaku. Wszyscy byliśmy przeraźliwie głodni i wychudzeni. Żywe szkielety. Z drugiej strony ulicy niemieccy żandarmi przygotowywali detonację min i ewakuację posterunku, który zajmowali. Nie zdążyli. Szosą przemknął ubrany w kożuch motocyklista. Z pojemnika przyczepy wylewał się jakiś płyn. Teraz scena jak z filmu : bucha wysoko ściana płomieni, pali się jezdnia. Niemal równocześnie w okna posterunku trafiają granaty rzucone przez kłusujących na koniach rosyjskich zwiadowców /tzw. razwietka/. Potem jeszcze seria wystrzałów z broni automatycznej /słynne pepesze/ i brzęcząca w uszach cisza przy gasnących jeszcze płomieniach na szosie. Siedzieliśmy prawie bez ruchu, bojąc się wychylić na zewnątrz budynku. Słyszymy rosyjską mowę i nawoływania :

-Giermańcy, poddajcie się ! Hande hoch ! Ruki w wierch !

I zaraz odzew : Nie strzelajcie, my swojacy ! Niemców tu nie ma !

W drzwiach ukazała się “pepesza” i głowa żołnierza w baraniej czapie z nausznikami.

-Ja krasnoarmiejec - przedstawił się trochę dziwacznie. -A wy kto?

I to już była wolność, jej pierwszy dzień. Wolność, której nie doczekał brat. Wolność, za którą zapłacił jeszcze żołnierską śmiercią ojciec. Wolność przyszła zimą 1945 roku na polskim dziś Pomorzu, niedaleko Kamienia Pomorskiego.

To jeszcze nie koniec wojennej odysei.

Słowiańska dusza wyzwolicieli kazała im podzielić się z nami kromkami żołnierskiego chleba, sławną konserwą mięsną “świninaja tuszonka” i domowym przysmakiem z ich rodzinnych stron smażonymi w plasterkach ziemniakami ze słoniną na ogromnej patelni. Potrawa pyszna, po dziś dzień moje ulubione danie. Tyle, że tego zimowego wieczoru wygłodzony żołądek zareagował na smakołyk totalnym buntem. Przeżyłem z trudem, chorowałem parę tygodni. Wracając na rodzinne Podlasie boleśnie doświadczyłem ucieczkę przed cofającym się frontem, artyleryjskie ostrzały, bombardowania i pożary. Pamiętam pochówek rosyjskiego lotnika, który na swoim “istrebitielu” /myśliwcu/ przegrał swoją powietrzną walkę z niemieckim asem przestworzy. Długi ceremoniał z wojskową orkiestrą i pożegnalnym salutem karabinowym. Wokół uparcie krążyła bezkarna i wszechobecna śmierć. Straszliwy czas wciąż trwającej okrutnej wojny. Żaden opis nie odda jej grozy widzianej oczami dziecka.

Przeżyłem jeszcze wcielenie ojca do wojska, przymusowe i bezpardonowe, potwierdzone odręczną “sprawką” , wypisanym na kartce papieru “pokwitowaniem” podpisanym przez kapitana Majboroda. Pamiętam jego nieogoloną twarz mokrą od łez, kiedy tulił mnie do piersi - chyba bez słów, mocno i dramatycznie. Odchodził na front, patrzył w oczy śmierci, miał tego świadomość. Miał za sobą dopiero 40 lat życia, wielką miłość do żony i pragnienie istnienia, tworzenia, pracy na swoim skrawku Puszczy Białowieskiej. Napisał dwa listy gdzieś spod Berlina przysłane w trójkątnych kopertach z numerem poczty polowej z pieczątką “Prowierono cenzuroj” Przez długie lata czekaliśmy na powrót ojca z wojny, każde pukanie do drzwi mieszkania było zwiastunem nadziei. W listach wspominał o ciężkich bojach, o piekle na ziemi - fruwającym żelastwie i ogniu. Mało słów, dużo grozy w treści. Nie miał szans na przeżycie tego piekła, poległ gdzieś jako nieznany polski żołnierz w obcej armii. W niedalekim Kołobrzegu o miasto - twierdzę walczyło polskie wojsko. Szkoda, że bez mojego ojca. Z frontu nie powrócił i do dziś nie znam końca jego losu. Tylko raz byłem w Berlinie i tylko jeden raz złożyłem wiązankę kwiatów i zapaliłem znicz u stóp pomnika wojennych bohaterów poległych za wolność i ludzką godność.


Jako 10 - latek pożegnałem dzieciństwo, które miało gorzki smak i tragiczny wymiar. Dopiero teraz rozpocząłem naukę w szkole, trafiając od razu do trzeciej klasy. Do dziś pamiętam wspaniałych nauczycieli z Hajnówki, równie okrutnie potraktowanych przez wojnę, panie Poniecką i Andrzejewską, kierownika szkoły nr 1 p. Kozickiego i innych. Jak myśmy nienawidzili Niemców, upierając się np. wbrew logice, że nazwisko “Hitler” trzeba pisać małą literą. I tak solidarnie pisaliśmy. Ale to już inny temat do opowieści.



… Jak bolesna zadra tkwi w podświadomości pamięć o grozie wojny, syndrom wojny został zakodowany w biografii całego mojego pokolenia. Zawsze będzie powracać pytanie bez odpowiedzi : dlaczego ludzie ludziom zgotowali tak straszliwy los?

sobota, 23 stycznia 2016

TRYPTYK O NIEWOLI I UMIERANIU. EGZEKUCJA. Część 2.


Erich Koch podpisał w Białymstoku “humanitarny” wyrok: za pomoc udzielaną ruchowi partyzanckiemu w Puszczy Białowieskiej : rodzina mieszkająca w Skupowie zostaje skazana na bezterminowe roboty przymusowe w Prusach Wschodnich. Czy taka była treść morderczego dokumentu? Nie wiem. Nikt nie bawił się w subtelności prawne, rolę sędziego i kata spełniał wysokiej rangi hitlerowski urzędnik, który za parę lat zostanie stracony wyrokiem legalnego powojennego sądu po długim procesie. Akta obnażą sadyzm i nieludzkie oblicze nazistowskiego kata z Podlasia. 

Walcząca na wschodzie z Rosjanami III Rzesza musiała zwiększyć wojenny wysiłek, trzeba było kopać okopy i wzmacniać umocnienia na podbitych ziemiach, pracować w fabrykach zbrojeniowych, które wciąż wypluwały ze swego wnętrza czołgi i śmiercionośne armaty, budować przyszłość wielkiego germańskiego imperium poprzez niewolniczą pracę milionów cudzoziemców, głównie Słowian o statusie niewolników. Nie miało znaczenia, że rzekomym “bandytom” nie udowodniono winy, że skazańcy nie przyznali się do zbrodni oporu przeciw okupantowi. Oni byli po prostu wyjęci spod prawa. To ludzie - zwierzęta, zdolne jedynie do wyniszczających fizycznie organizm robót, pozbawione psychiki ludzkie roboty. Okrutne stwierdzenia? Niestety - boleśnie prawdziwe, zaczerpnięte z autopsji.


Zapamiętałem długą, zdawać się mogło bezkresną podróż na północ i wschód w tzw. bydlęcych wagonach. To specjalny rodzaj środków transportu kolejowego w czasie wojny, służący głównie do przemieszczania olbrzymich mas ludzkich, ale też zwierząt i innych “towarów”. Drewniane wagony z hitlerowską symboliką, z małymi zakratowanymi lub zabezpieczonymi drutem kolczastym okienkami do przewietrzenia i szerokimi drzwiami na rolkach zasuwanymi i zamykanymi żelazną sztabą od zewnątrz, umocnione wielką żelazną kłódką. Taka jeżdżąca po szynach wielka klatka, w której tłoczyło się kilkanaście rodzin z dziećmi, odbywających parotygodniową podróż w nieznane. Bo targ niewolników zaczynał się na kilku stacjach docelowych, np. Tilsit czy innych. Tam przyszli właściciele bezpłatnej “siły roboczej” odbierali swój zamówiony zgodnie z potrzebami kontygent “żywego towaru”.

Wcześniej - wyznaczono termin wyjazdu i ilość podręcznego bagażu - tyle, ile można udźwignąć w ręku. Trzeba było wiązać w tobołki pościel i ciepłe ubrania, zabrać przede wszystkim suchary, parę łyżek i jakieś nietłukące się naczynia - kubki, talerze czy garnki. Typowo cygański ekwipunek : podręczny, lekki i trwały. Najważniejsze były chlebowe “suchary”, one pozwalały przeżyć, zaspokoić ssący trzewia głód … To był prawdziwy eliksir życia, chroniony jak najcenniejszy skarb. Dobrze wysuszone - prawie nie pleśniały, a polane wrzątkiem - pachniały świeżym wiejskim chlebem. Stawały się wówczas zawiesistą zupą, a po dodaniu do gęstej zawiesiny sacharyny smakowały jak przepyszny deser. Już wkrótce miałem poznać smak zupy z pokrzywy i lebiody, zupy ziemniaczanej i z kalarepy, zawsze postnej, osolonej do smaku, stanowiącej główne danie obiadowego menu. Nie przez dzień czy miesiąc - tak jedliśmy przez ponad trzy lata, kiedy przyszedł czas agonii nie tylko niewolników, ale całej III Rzeszy. Ze wschodu docierała kanonada dział, a nasi właściciele i “władcy” stawali się coraz mniej butni, za to bardziej ludzcy. To jednak nastąpiło znacznie później.

Jechaliśmy więc w ciasnych wagonach do Prus Wschodnich. Zimno, głodno, strasznie. Głód, strach i umieranie towarzyszyły nam bez końca. Także krzyki żandarmów i konwojentów, kontrole, przekleństwa, bicie bez powodu, sadystyczne znęcanie się zwłaszcza nad mężczyznami. Codzienna groza wojny. Długie, niepotrzebne postoje na małych stacyjkach. Wrzaski : - Raus ! - i wypędzanie nas z wagonów, brutalny przegląd bagaży, zezwolenie na picie wody ze stacyjnych pomp, znów upychanie podróżnych w zamykanych z hukiem wagonach, oczekiwanie na gwizd lokomotywy i dalszą jazdę, zwykle w nocy.Za torami laski sosnowe, mokradła, czerwone dachy mijanych wiosek, orne pola i znów to samo, jak w kalejdoskopie. Małe dzieci płakały, gorączkowały, wymiotowały, chorowały. Także umierały w zaduchu, w chłodzie słotnej jesieni, w ziąbie nocnych przymrozków. Ludzie byli brudni, cuchnący i zawszeni, wynędzniali i zrozpaczeni. Dla wielu ta dziwna i długa jazda oznaczał ostatnią podróż życia. Nie zaglądał tu lekarz ani pielęgniarka. Smród odchodów zatykał oddech. - Bydło ! - pogardliwie zatykali nosy żołnierze konwojujący transport, kiedy otwierali drzwi wagonów na postojowych stacjach.


Gorączkowaliśmy z bratem, dusił nas kaszel, maligna stawała się prawdziwym dobrodziejstwem. Wychudzone twarze rodziców /noszące piętno białowieskiego okrucieństwa gestapo/ zaglądających w oczy i kładących dłonie na naszych rozpalonych czołach stały się codziennym rytuałem. Tak mierzyli spadki i wzrost temperatury. Nam było wszystko jedno : subtelna pieszczota matczynej ręki ścierała krople potu, na krótko chłodziła rozpalone czoło, dawała poczucie bezpieczeństwa. Potem trwaliśmy w męczącym półśnie. Śmierć? Tego pojęcia jeszcze nie przyswoiliśmy do końca. Agonia trwała, dogorywaliśmy przy bezsilności i bezradności rodziców, przy ich rozpaczy i cierpieniu.

Ale to jeszcze nie koniec bolesnych doświadczeń, bo przecież mieliśmy przez oprawców długie umieranie, zaprogramowaną śmierć na raty. Dojechaliśmy do ostatniego etapu i kresu podróży, W naszym dziecięcym odczuciu trwało to całe wieki. Nic dziwnego - w tym samym kierunku zmierzały niemieckie eszelony wojskowe wypełnione po brzegi bronią - działami, czołgami, rozmontowanymi samolotami i uzbrojeniem, które widzieliśmy pierwszy raz w swoim krótkim jeszcze życiu. Te składy pociągowe miały pierwszeństwo przejazdu, nasze wagony spychano na bocznice kolejowe, musieliśmy czekać nawet bardzo długo. To płynące na wschodni front uzbrojone żelastwo budziło grozę swoją ilością i charakterem. Pancerna żelazna rzeka wydawała się nie mieć końca. 

Na stacyjnym peronie odebrał nas pełnomocnik bauera-latyfundysty Dawida Penschucka i zawiózł furmanką do rodowego ogromnego majątku w Schorningen /kreis Elschniderung /. To miejsce wydawało się nam rajem na ziemi po długiej podróży ; drewniane baraki podzielone dyktą lub deskami na niewielkie sektory rodzinne - jednoizbowe mieszkania z wbudowaną kuchnią, a ściślej - z żelaznym piecykiem, który ogrzewał wnętrze i nadawał się do gotowania jednodaniowego posiłku /umożliwiały to kilku rodzajów fajerki czyli metalowe płaskie koła o różnej średnicy/. Złudzenia i optymistyczne nadzieje prysły niebawem ; baraki były poszyte wiatrem i bardzo ciasne po ustawieniu żelaznych łóżek z siennikami wypełnionymi słomą i suszonym zielskiem. Rano budziliśmy się obolali i zziębnięci i dopiero po zatkaniu przez rodziców szpar między próchniejącymi deskami mchem było nieco cieplej we wnętrzu naszego niewolniczego “hotelu”. Z biegiem czasu zatarły się wspomnienia o makabrycznej podróży w bydlęcych wagonach. Zaczynaliśmy uporczywą walkę o fizyczne i biologiczne przetrwanie.

“Dobry” Niemiec zafundował też naszym kilkunastu nowym rodzinom wspólną kolację : obrane z łupin zimne ziemniaki polane jakimś sosem /zapewne z zsiadłego mleka zmieszanego z solą/, których smak utkwił mi w pamięci na ponad pół wieku i trwa do dzisiaj. Mogę go precyzyjnie odtworzyć, choć takiej kompozycji kulinarnej nie potrafiłbym zbudować.

Pierwsza kolacja po wielu tygodniach jazdy i smakowanie sucharów polanych wrzącą wodą - to było przeżycie wyjątkowej rangi. Byliśmy głodni, brudni, zawszeni, wycieńczeni i schorowani, u kresu fizycznej i psychicznej wytrzymałości. Takimi nas przywitała znienawidzona ziemia niemiecka, która zabrała później swój łup w postaci życia brata i ojca.


Ale teraz zaczynał się etos pracy dorosłych i dzieci. Niemiecki bauer nie pozwalał na luksus odpoczynku, a organizował działania z zegarmistrzowską precyzją - od świtu do nocy, na całym ogromnym obszarze ziemskiego majątku. Mnie przypadło w udziale pasanie koni, pomoc w warzywniku, gromadzenie chrustu w lesie i wspieranie starszych parobków w ładowaniu i wożeniu drewna. Najgorsze było wiosenne przebieranie zmarzniętych ziemniaków zakrytych słomą w długich paru metrowych kopcach, kiedy przemarznięte ręce odmawiały posłuszeństwa i groziło ich odmrożenie. Z młodszym bratem piłowaliśmy grube pnie drewna na mniejsze klocki, które później rąbaliśmy z trudem ciężkimi siekierami na mniejsze części.

“Ludzki pan” tylko jeden raz złapał mnie na nieróbstwie, kiedy skryty w wysokiej trawie leżałem na plecach wpatrzony w chmurzące się niebo. Podszedł bezszelestnie i dopiero piekący ból brzucha stał się zapowiedzią nieszczęścia. Ciosy bambusowej laski były bolesne, bezlitosne i celne, a bicie przypominało straszliwy rytuał : metodyczne, miejsce przy miejscu, bez cienia litości i współczucia. Zakrywałem twarz dłońmi, chroniłem głowę łokciami, usiłowałem zerwać się na nogi i uciekać- wszystko na próżno. Piekło, bolało nieludzko, płakałem, krzyczałem, wołałem o ratunek - bez skutku. Z rozbitego łokcia krew ściekała na twarz, wsiąkała w łąkę, krwawiły plecy. Egzekucja trwała i trwała bez końca. Czerwone i czarne koła plątały się przed oczami, szum w uszach, słodko-słona krew w ustach i wszystko pokrywa ciemność. Jeśli tak wygląda śmierć - to ją przeżyłem w dzieciństwie. Skatowanego do nieprzytomności znaleźli mnie wieczorem wracający z pracy w polu robotnicy. 

Obudziłem się na pryczy barakowego łóżka. Pokrwawionym i posiniaczonym ciałem wyczuwałem każde źdźbło trawy w prymitywnym pseudo materacu. Całe ciało bolało, puchło, czerniało, uwierało, kłuło. Gorączkowałem przez kilka tygodni. Leczenie? Zimne kompresy i jakieś napary z dziko rosnących ziółek, które znała tylko mama. Potem znów stanąłem na nogach …


Co jeszcze - prócz bólu - zapamiętałem z tej egzekucji, twardej lekcji niewolniczego życia? Krnąbrne konie rzeczywiście wyrządziły spore szkody w zbożu. Syn bauera podobno zginął pod Stalingradem, więc starzec szukał swego wyrównania rachunku krzywd / ? /. To na szczęście jedyny przypadek, kiedy Niemiec twardą laską wypisywał na mojej skórze dekalog obowiązków / praw? / dziecka - niewolnika z Polski. Miałem 9 lat i zapamiętałem tę naukę na całe życie. Skutki? Jako 17-latek w lekarskich dokumentach miałem wpisane 65 proc. utraty zdrowia, krzywicę, dyskopatię, przepuklinę, porażenie rogów przednich rdzenia kręgowego /polio/ z bezwładem i niedowładem kończyn itd. 

Zmasakrowane ciało obroniło się przed śmiercią, skutki celnych, wyrachowanych ciosów laski okazały się tragiczne dla kośćca i systemu nerwowego. Nawet po wielu latach.

Tę świadomość mam dzisiaj, tę wiedzę zdobyłem w opisach eksterminacji polskiej ludności i jej skutkach, w opiniach medycznych autorytetów. Dlaczego musiałem cierpieć, za co cierpieliśmy wszyscy? Czy taką krzywdę można “wyrównać”, otrzeć łzy i ból pieniędzmi, markami RFN? Tych parę groszy, które rząd niemiecki wypłacił b, robotnikom przymusowym - a właściwie niewolnikom III Rzeszy - w ramach Fundacji Polsko - Niemieckie Pojednanie /niewiele ponad 3 tysiące zł/ to autentyczna jałmużna, żałosna kpina i upokorzenie. Nie będę tego szerzej komentował. Dodam jedynie, że ten “wielki” wysiłek finansowy nasi “przyjaciele” zza Odry rozłożyli aż na dwie raty …

Inną “pamiątką” po robotach przymusowych pozostały odmrożone uszy w czasie mroźnych zim w Prusach Wschodnich, których nie dało się wyleczyć - mimo upływu czasu - do dzisiaj. Siarczyste mrozy i niedostatki garderoby dziesiątkowały ludzi słabych. Trudno zliczyć drewniane krzyże na kopcach ziemi, które po paru miesiącach stawały się anonimowymi mogiłami, najczęściej małych dzieci. Takie było prawo dnia na obcej, wrogiej ziemi, taki wymiar hańby i zbrodni ludobójstwa. O tym wielu z nas już zapomniało lub nie chce pamiętać. A przecież stanowi to tragiczne ostrzeżenie przed zbiorową nienawiścią i narodowym szowinizmem.


W tej ponad trzyletniej dziecięcej martyrologii brakowało chwil jasnych, wspomnień ciepłych, wydarzeń pamiętnych, jak w każdym życiu. A jednak zdarzały się wydarzenia rodem z kolorowych bajek, które nie zagubiły się w kruchej coraz bardziej pamięci. Kiedy któregoś dnia dużym wiadrem nabierałem z zarośniętego trzciną kanału wodę dla pojenia koni - zgarnąłem całą ławicę złoto-czerwonych karasi. Cóż to była za uczta w baraku, jak bardzo smakowały nam ryby, które jadłem pierwszy raz w życiu i których wszyscy mogliśmy najeść się do syta. Drugiego dnia w tym samym miejscu złapałem zaledwie kilka małych rybek, kolejnego - wcale : wodna spiżarnia wyschła … Ale nauczyłem się polować na nieruchomo stojące w wodzie młode szczupaki : wystarczyło delikatnie zamulić otoczenie i ryba stawała się łatwym łupem. Rzadkie to były trofea, ale ceniliśmy je na wagę złota, bo głód ciągle skręcał kiszki. Z biegiem czasu odważniej i ostrożniej uszczuplaliśmy warzywnik bauera o ogórki, marchew, groch, kalarepę i inne warzywa. To stanowiło naturalny odruch i warunek przeżycia, bo kartkowe przydziały chleba, rzadko trafiającej się buraczanej marmolady czy sacharyny po prostu nie wystarczały. Podobno jedliśmy czarny chleb z trocinami, bez smaku, z dodatkiem soli, mało przypominający nasze dawne ojczyste suchary. Zbieraliśmy z bratem grzyby, czasem znaleźliśmy parę garści jagód i jakoś egzystowaliśmy. Zawsze głodni - przez długie ponad 3 lata.

środa, 20 stycznia 2016

TRYPTYK O NIEWOLI I UMIERANIU - część I


To tylko oderwane strzępy wspomnień dzieciństwa. Złego, przeklętego dzieciństwa. Bez literackiej fikcji i upiększeń. Brutalny dokument czasu minionego. Czasu nienawiści i pogardy dla człowieka. Krzyk rozpaczy, ostrzeżenie i przestroga. Ale nie rachunek krzywd do wyrównania : ich wynagrodzić się nie da. U schyłku dożywanych dni można tylko przebaczyć. Czy zapomnieć?

Urodziłem się w sercu dziewiczej kniei, w przepastnej głębi Puszczy Białowieskiej. Dla mnie nie ma piękniejszego miejsca na ziemi - to moja mała i duża Ojczyzna, najwspanialsza w krasie lata, porywająca kolorytem jesieni, cudowna w pełnym rozkwicie wiosny,kiedy urzeka kobiercami błękitnych przylaszczek w szarości opadłego z drzew igliwia, zeschłych liści i zieleni mchów, kusząca wonią wawrzynka - wilczego łyka, a potem wybuchająca prawdziwą orgią barw w dostojnym sąsiedztwie wiekowych dębów i omszałych sosen czy świerków. Tyle kipiącego i przelewającego się bujnymi falami życia próżno szukać gdzie indziej. Może z nimi rywalizować chyba jedynie hojna przyroda tropiku. Ten prawdziwy cud natury był moją prywatną własnością zaledwie przez kilka pięknych lat krótkiego dzieciństwa.

Pamiętam, po pierwszych przymrozkach ojciec przynosił w workach przemarznięte dzikie jabłka, smakowite w konfiturach z żurawiną i kompotach, leszczynowe orzechy i ostatnie przed zimą grzyby. Znał i kochał ten stary, wiekowy bór, który bez przerwy karmił nas jagodami i grzybami, malinami, jeżynami i smakołykami, których nazwy dziś już nie pamiętam. Zanurzaliśmy się z młodszym bratem i nierozłącznym psem Dunajem /nie wiem, skąd takie dziwne imię o olbrzymiego wilczura/ w półmrok najbliższych zagajników, by prawdziwki, surojadki i czerwone kozaki zbierać i składać w wysokie sterty, bo nie mieściły się w koszu. Potem przynosił je do domu niezawodny tatuś tropiący nasze leśne ślady. Drewniany barak zawsze pachniał borem, przed nim kwitły malwy i siadające na nich motyle, szumiały roje dzikich pszczół, z których pobrany wysoko w drzewach skrytych barci pyszny miód złocił się w rzędach słoików domowej spiżarni. Świergot ptaków nie ustawał nawet zimą, kiedy budził się każdy nowy dzień. Śnieg nierzadko zasypywał dom aż po dach, trudno było otworzyć drzwi na zewnątrz, w miałkim puchu kopaliśmy z bratem długie korytarze - tunele. Drzewa przypominały krainę z japońskich bajek. Jeśli kiedyś istniał biblijny Eden - był zapewne podobny do mojej ukochanej Puszczy, dzikiej i pięknej w każdym detalu czy najdrobniejszym atomie.

… Wojna wdarła się w nasz rodzinny życiorys bardzo brutalnie. Któregoś dnia przeraziły nas nisko lecące nad puszczą ogromne samoloty, które widziałem pierwszy raz w swoim krótkim, dziecięcym życiu. Niemieckie bombowce, potwory z najokrutniejszych, niewyobrażalnych wręcz bajek czy przerażających snów. Długo leżeliśmy z bratem w kłującej trawie, wtuleni w połamane gałęzie krzewów i ciepłe ciało wystraszonego psa. Nie czuliśmy bólu poranionych cierniami twarzy i rąk. Dominował lęk, paniczny strach, przerażenie, szukanie ratunku przed nieznanymi do tej pory wyzwaniami. Uciekliśmy w bezpieczne wnętrze baraku, prosto w ramiona kochanej mamy. Nie pamiętam szczegółów spotkania, słów, gestów, pieszczot. Pamiętam oczy pełne łez i skrywany szloch po kątach. To była wojna. Przeklęta wojna. Zabrała i bezpowrotnie zniszczyła dzieciństwo. Okaleczyła młodość. Zamordowała ojca i brata. Odebrała prawo do radości życia. Skazała na katorgę i tułaczy los. Wdeptała w błoto i krew ludzkie przywileje. Eden przekształciła w piekło.


Wiele razy ze snu budził mnie ponury warkot samolotowych silników w kontekście zwariowanych, dziwacznych obrazów, sennych iluzji i strachów. Takie sny nie niosą psychicznego wypoczynku : dziecko budzi się z krzykiem, przerażone, z trudem wraca do realnie istniejącej rzeczywistości. Nie wiem czy to prowadzi do obłędu. Wiem, że stanowiło to zrozumiałą troskę matki, o czym rozmawialiśmy, kiedy już dorosłem. Nie rozszyfrowałem złożonych zagadek własnej podświadomości, nie wyleczyłem się z własnych zrodzonych wojną kompleksów. To tkwiło jak bolesny cierń przez całe życie, negatywnie wpływając na poziom samooceny. W tym fakcie tkwi również okrucieństwo wojny, choroba nie do wyleczenia, przekleństwo złych doświadczeń, a było ich wiele. Kiedy zanurzam się czasem w refleksjach o przeżywaniu we wspomnieniach kolorowych snów - ten swoisty film przerywa nieprawdopodobny, groźny dysonans dźwięku samolotowych silników na tle dziewiczej pieśni odwiecznego boru. Dziwne? Dlatego też rzadko wracam do wojennej sagi rodzinnej, nawet w kręgu najbliższych mnie osób. Chcę zapomnieć, ale to niemożliwe. Jak zamknąć przeklętą puszkę Pandory? Nie wiem, nie potrafię.

Potem niespodziewanie wtargnęła na rozgrzaną słońcem polankę leśną grupka żołnierzy w zielonych mundurach. Pili wodę ze studni. Jeden miał przestrzelone gardło i woda wraz z krwią ściekała na mundur. Straszliwy szok dla małego dziecka. Więc to jest wojna? Rodzice chronili nas przed jej okrucieństwem, dopóki było to możliwe. Nadchodził nieuchronnie czas apokalipsy.

Kryli gdzieś radio kryształkowe, będące jedynym łącznikiem ze światem. Potem zakopali je w lesie, tuż przed swoim aresztowaniem. Nigdy nie odnalazłem go po wojnie, która zdziesiątkowała i zniszczyła rodzinę, była długim pasmem cierpienia, głodu, bólu, upokorzenia. Dlaczego, za co? Nawet tę tajemnicę rodzice zabrali do grobu. Żeby oszczędzić cierpienia nam, dzieciom. Byli gorącymi patriotami, chociaż nie czuli się bohaterami. Nie mogło być inaczej, skoro mieszkali w głębi lasu, a barakowe lokum komendanta posterunku kolejki wąskotorowej /funkcja służbowa ojca/ idealnie nadawało się na kryjówkę partyzantów. To byli ludzie lasu, o których małe dzieci nie mogły niczego wiedzieć. Pomoc dla nich oznaczała wyrok śmierci. A przecież odmowa współpracy stanowiła zdradę wobec ojczystego kraju. To był temat tabu, bolesny, trudny do rozwiązania, obcy w rozmowach nawet na nieludzkiej ziemi Prus Wschodnich, dokąd wywieźli na w końcu niemieccy okupanci. Tam trwała latami agonia rozłożona na raty, w zgodzie z okrutnym wyrokiem, który zapadł w obłędnych umysłach ideologów hitlerowskiego nazizmu: zniszczyć biologicznie Polaków, poszerzyć przestrzeń życiową dla narodu wybranego i wyższej rasy germańskiej. O tym jeszcze nie wiedzieliśmy.


Życie zachowało pozory spokoju, echami eksterminacji i prześladowań rodzice nie dzielili się z nami. Łzy w oczach matki, smutek na twarzy ojca - to były fakty coraz częstsze i zapewne bardzo bolesne dla kilkuletnich dzieci /rangi ówczesnych doznań w emocjonalnej skali dziś nawet nie próbuję określić czy zdefiniować … /. Dlaczego? Odpowiedź przyniosły następne tragiczne dni.

Nie wiem - czy to wyobraźnia, czy też fakt realny, ale nocą na pogodnym rozgwieżdżonym niebie pojawił się przy księżycu gorejący krzyż, nieruchomy i stabilny. Jechaliśmy wówczas w szpalerze puszczańskich drzew wąskotorową kolejką leśną, taką drewnianą platformą zamocowaną na osiach dwóch par parowozowych kół, popychaną na stojąco długimi kijami /rodzaj drezyny bez mechanicznego napędu, dziwny wynalazek autorstwa zapewne ojca/. Zdumieni rodzice pokazywali palcami zaskakujące zjawisko, które wszystkich wręcz poraziło.

-To zwiastun nieszczęścia - szeptał ojciec, żegnając się zamaszyście, bo był człowiekiem głęboko wierzącym. Pobladła twarz matki, ale nie okazywała na zewnątrz niepokoju.

-Nie strasz dzieci - łagodziła wypowiedź. - Dziwne, ale mamy przecież czas wojny, może to jakieś reflektory przeciwlotnicze z pobliskiej osady Narewka …

Ten epizod wkrótce zapomnieliśmy. Był już rok 1942, mijało gorące lato, noce przynosiły chłód i rosę. Niespodziewanie leśną kolejką z Hajnówki przyjechało gestapo i żandarmi. Obca mowa, krzyki, rewizja, popychanie struchlałych rodziców i ich aresztowanie. Wcześniej siłą wyrwano nas z ich ramion, nie szczędząc uderzeń i przemocy. Niemcy bili po głowach i plecach, bez pardonu, bez litości i współczucia dla dwójki małych, zapłakanych i przerażonych chłopców /miałem 7 lat, brat był o rok młodszy/. Krzyczeliśmy, łkaliśmy spazmatycznie, czepiali ramion i ubrań, nie do końca uświadamiając tragizm sytuacji. Odczuwaliśmy jedynie naoczny fakt wyrządzanej nam krzywdy i brutalną przemoc. Nie broniliśmy kochanych i zawsze opiekuńczych najbliższych nam osób, bo i jak może przeciwstawić się dziecko okrucieństwu, przemocy i sile? 

Na podwórku płonęło olbrzymie ognisko z połamanych i zniszczonych mebli wykonanych przez ojca własnoręcznie. Miał prawdziwie złote ręce : pięknie malował konie i żubry w białowieskiej kniei, szył buty, montował pomysłowe drewniane umywalki i pomysłowy zraszacz do ogrodowych grządek. Rzeźbił drewnianych ludzików, wyplatał koszyki - był fenomenem pracowitości, bo przecież zawodowo zabezpieczał węzeł rozjazdowy wąskotorowej leśnej kolejki, nawet odchwaszczając długie kilometry torów. Teraz płonęły jego obrazy z mściwością i dziką furią wrzucane przez gestapowców do ogniska. Zapewne wiedział, że z muzami i sztuką rozstawał się na zawsze, że do rajskiego Edenu nie ma powrotu.


Pociąg śmierci odjechał w nieznane.

Na noc zostaliśmy sami w zimnym i pustym domu, w smutnym i pozbawionym duszy i piękna martwym baraku. Zamiast codziennego ładu i porządku - okrutny bałagan : resztki poniszczonych mebli, szczątki naczyń, żałośnie rozbita etażerka z okrągłych, białych pni brzozy, którą ojciec wykonał na książki, taki oryginalny leśny regał, który przypominam ze wzruszeniem do dzisiaj … Ileż było w tym miłości, radości, szczęścia …

Wdeptany w ziemie dorobek niebogatej przecież rodziny : walające się po podłodze ubrania, fartuchy mamy, koce, poduszki z wysypującym się pierzem … Krzycząca bezradność i niesprawiedliwość, gwałt psychiczny popełniony na bezbronnych ludziach, niknący odruch buntu. Więc to jest syndrom wojny, który noszę w sobie po dzień dzisiejszy?

Straszliwie długa i pusta noc, którą spędziliśmy wtuleni ciasno w siebie, szlochający rozpaczliwie aż do chwili nadejścia litościwego snu. Budzimy się zziębnięci i jeszcze bardziej przerażeni, nie odczuwając głodu, chociaż mama witała nas zawsze uśmiechem i talerzem dymiącej, pachnącej ziołami i kwiatami zupy. To taki niezapomniany, odkrywany do dzisiaj ciepły zapach dzieciństwa, którego już nie było. Sami w głębi kniei, zupełnie nieprzystosowani do biegu wojennych wydarzeń i okrucieństwa losu. W płóciennych workach wisiały chlebowe suchary, przygotowane przez mądrą i zapobiegliwą matkę przezornie “na czarną godzinę”. Jedliśmy więc te twarde jak kamień suchary popijając wodą ze studni. Jeden, drugi dzień. Zamazały się, zbladły i wytarły odległe wspomnienia, które całymi latami starałem się wykluczyć z pamięci, bo były zbyt bolesne. Świadomie, z premedytacją. Nie umiem do nich wracać i o nich pisać. Tkwią głęboko zakodowane w podświadomości i niech już tak zostanie.

Najbardziej przerażała samotność, nocą straszyły pohukiwania sów i poranne wrzaski dzikiego ptactwa, bo puszcza żyje także po zmroku. Po jakimś czasie odnalazł nas wujek. To było ocalenie, bo rodzice wciąż tkwili w kazamatach gestapo w Białowieży, gdzie ich “przesłuchiwano” biciem, głodówką, prowokacjami, upartym pytaniem o adresy puszczańskich partyzantów i nazwiska przywódców konspiracji. Nigdy nie poznałem szczegółów okrutnej martyrologii. 

Maltretowani fizycznie i psychicznie /oszczędzę opisu detali, na ten temat powstały setki opasłych książek i wspomnień prawdziwych i fałszywych samozwańczych bohaterów/ nie załamali się, solidarnie wytrwali w milczeniu. W mojej pamięci pozostali niezłomnymi bohaterami i patriotami - bez cienia przesady. Po latach padnie tylko jedno nazwisko Wireniuk i oszczędna informacja matki o pomocy na rzecz partyzantów, punkcie informacyjnym i kontaktowym, nocnych wizytach “wujków”, broni chowanej na mokradłach i w bagnach. Nic więcej prócz ostrzeżenia :

-Pamiętaj, żeby z tego nie ciągnąć profitów. Nie byliśmy z tatą bohaterami, byliśmy po prostu Polakami. Nam honory nie są potrzebne, a śmierci bliskich nikt i niczym nie wynagrodzi. Bóg ofiarował nam taki los. Jego wolę trzeba przyjąć z pokorą …


Młodość skłaniała mnie do buntu przeciwko takiej filozofii. Dziś uznaję racje i mądrość mojej matki, która piękniej i pełniej rozumiała patriotyzm i narodową służbę, polskość i ojczyznę, ludzką solidarność i sens pracy organicznej. Nie wstąpiła do ZBoWiD-u, nie otrzymała żadnych splendorów, wyróżnień, medali, żyła cicho i godnie w samotności, oddając serce dzieciom. Zdruzgotane bezpowrotnie marzenia zamieniając na szary codzienny mozół mrówczego wysiłku za urzędniczym biurkiem na kolei. Piękna kobieta o silnej osobowości - pozostała samotna i wierna wyznawanym zasadom etycznym. Nie doczekała się powrotu męża z wojennego frontu pod Berlinem, nie zapomniała i nie przebolała nigdy śmierci młodszego syna, którego własnoręcznie pogrzebała w zmarzniętej ziemi gdzieś na Pomorzu tuż przed wyzwoleniem, owiniętego prześcieradłem, bez trumny i księdza, tylko w obecności współwięźniów idących szlakiem w nieznane. Te akordy nieludzkiej odysei jak kamienie milowe losu zapadły w świadomość i legły ciężarem na resztę dni życia. To prawdziwe okrucieństwo wojny - bez upiększeń, brutalne, tragiczne, bardzo osobiste.

Gestapo nie wypuszczało ze swoich rąk ofiar w sposób bezkarny. Zapada wyrok władcy Podlasia, Erika Kocha : roboty przymusowe w Prusach Wschodnich, rodzinna zsyłka oznaczająca przedłużoną agonię na raty w pracy na rzecz III Rzeszy. Był rok 1942. Powstawał kolejny smutny rozdział wojennej tułaczki, drogi w nieznane, powolnego umierania wśród obcych.

Życiorys dzieci wojny wzbogacał się o nowe treści jakby żywcem zapożyczone z koszmarnego snu. Kaci nie mieli litości dla zniewolonych Polaków …

czwartek, 3 grudnia 2015

GÓRNICZA SAGA, GÓRNICZE SERCA…

Panta rhei … Wszystko płynie, przemija. Bezpowrotnie przeminęła sława Zakładów Górniczych “Konrad”, którym Bolesławiec zawdzięcza w znacznym stopniu swoją powojenną odbudowę, rozwój, kształt architektoniczny, zamożność i … urodę. Przez wiele lat twarda praca górników decydowała o wartkim rytmie wydarzeń społeczno - gospodarczych, modelowała nawet kształt lokalnej kultury i poziom oświaty. O sympatii i mirze, jakim cieszyła się górnicza brać - nie trzeba nawet pisać, to oczywiste i zrozumiałe. Nic dziwnego : w okresie świetności “Konrada” pracowało tu kilka tysięcy mieszkańców naszego miasta i okolicy. “Czerwone złoto”, ruda miedzi, stanowiła bezcenny surowiec, ważny produkt o znaczeniu strategicznym w czasach zimnej wojny i bezpardonowej rywalizacji światowych mocarstw o panowanie na kuli ziemskiej.

Bolesławiec ma górnicze tradycje sięgające średniowiecza, a ślady złotonośnych sztolni, w których gwarkowie wydobywali okruszyny tego najcenniejszego metalu - można odszukać jeszcze dzisiaj na południe od miasta przy szosie prowadzącej przez Lwówek do Jeleniej Góry. W znanej z historii bitwie z Tatarami pod Legnicą / Henryk Pobożny /, która rozegrała się 9 kwietnia 1241 r. - wzięło udział około 500 górników śląskich kopalń z okolic Złotoryi, Lwówka, Warty Bolesławieckiej i naszego miasta. Prawie nikt z nich nie powrócił : zginęli w walce lub zostali wzięci w jasyr, nieliczni szczęśliwcy dotarli do grodu zmasakrowani i okaleczeni przez zwycięzców, pozostali przy życiu prawdopodobnie trafili nad Morze Kaspijskie i tutaj pracując w niewoli dokonali żywota. W Bolesławcu ustalono nabożeństwo na znak żałoby w kościele św. Mikołaja, patrona górników /dziś za patronkę uznaje się św. Barbarę /.

Byłem kronikarzem dziejów “Konrada” w czasach jego świetności przynajmniej przez ćwierć wieku, współpracując z prasą dolnośląską, głównie z “Gazetą Robotniczą”. Opisywałem tradycje i współczesność, autentycznie zafascynowany mrocznym światem kopalnianych podziemi i twardym zmaganiem człowieka z nieprzyjaznym mu żywiołem. Utrwaliłem / także w postaci książkowej w pracy zatytułowanej “Dziś i jutro Bolesławca” / tradycje tzw. Karczmy Piwnej /przedtem nieznanej w skali lokalnej/. Towarzyszyłem przekopom i połączeniom podziemnych chodników, przeżywałem emocje wybuchów we wnętrzu ziemi, kiedy drążono skośny chodnik tzw.upadowej z obydwu stron, a samo przebicie ostatniej przeszkody w postaci kilkumetrowej kamiennej ściany oznaczało wielki sukces wielomiesięcznej pracy.Współczesnych gwarków w mrocznym podziemiu nurtowała jedna myśl : uda się czy nie uda, wytyczono upadową dokładnie - czy może zaszła pomyłka? Przyciskaliśmy się mocno do chropowatego wgłębienia mokrej i śliskiej ściany nie bez obawy i niepokoju, może nawet z lękiem.


Potem potężny huk wybuchu, swoiste trzęsienie ziemi, gęsty i ostry w zapachu brunatny pył i kurz przelewający się falą przez korytarz i szczelnie wypełniający wszystkie zakamarki, powoli odpływający w głąb kopalni. Zaraz potem wielka ulga i radość, gratulacje, uściski dłoni, poklepywanie się po ramionach w męskim stylu. I jeszcze smak ostrej wódki, mocnego jarzębiaku, toast za sukces. Bo to był autentyczny sukces w zmaganiu z bezwzględnym, potężnym żywiołem w głębinowej kopalni, gdzie każda pomyłka człowieka stanowi nieuchronną przegraną ze śmiercią. 


To wydarzenie utkwiło w mej pamięci na długo.

Ale ludzie ciężkiej pracy /świadomie eksponuję to pojęcie/ potrafią cieszyć się i bawić w swoim kręgu w sposób absolutnie niepowtarzalny i niekonwencjonalny raz do roku w czasie tradycyjnej “Karczmy Piwnej”. Bez udziału białogłów z racji ostrych, pikantnych dowcipów, nie szczędząc otwartej, bezpardonowej, męskiej krytyki swoich przełożonych. Niewieście uszy nie zniosłyby zapewne krasomówczych wystąpień oratorów i śpiewów wyszydzających codzienność daleką od ideału, stąd kobiety - żony górników - organizują sobie konkurencyjny “babski comber”. Łączy się to wszystko ze świętem “Barbórki”. Więcej informacji umieściłem na ten temat w cytowanej książce mojego autorstwa.


Górnicza zabawa wzbogacona kuflami wypitego złocistego napoju trwa do rana. Psycholog w mig rozszyfruje zbiorowe cechy wspaniałej wspólnoty : otwartość, serdeczność, solidarność, pracowitość. To ludzie twardzi i zahartowani, życzliwi i szczerzy. Mam dla nich wiele prawdziwego szacunku i sympatii, a przeżycia i doznania kopalniane są czymś wyjątkowym.


Kiedy budowano Port Północny w Gdańsku - surowiec bazaltowy wydobywano w kamieniołomie Wilcza Góra koło Złotoryi i stąd wożono nad morze. Tutaj zachwycił mnie kunszt minerski technika strzałowego Zygmunta Wydrycha, a pamiętny “Odstrzał dla portu” /tytuł publikacji/ utrwaliłem w “Tygodniku Morskim”. Przyjaźń z życzliwym cicerone przetrwała wiele lat : był on później “nadwornym malarzem” kierowanej przeze mnie szkoły nr 8 i głównym architektem czy może ojcem powstałego tu prawdziwego muzeum górniczego. Rzecz ciekawa, że jedyne w mieście o górniczych tradycjach muzeum powstało nie w miejscowym Technikum Górniczym, a w “mojej” Tysiąclatce. Ale to już zupełnie inny wątek tematyczny.


Z kopalni przywędrowały do szkoły oryginalne drewniane stemple i mocne /żartowałem, że “pancerne”/ płótno, które niezawodny pan Zygmunt wykorzystał do obicia ścian dwóch bezużytecznych pomieszczeń magazynowych. Kolorystycznie upodobnił je do barw pokładów rudy miedzi, zresztą nie żałował eksponatów ze “swojej” kopalni zaprzyjaźniony ze szkołą i osobiście ze mną dyrektor mgr inż. Alfred Cholewiak, którego imię nosiło oryginalne, unikatowe muzeum skarbów podziemnego świata. Zadziwiało mnogością zbiorów i ich oryginalnością, przykuwało uwagę naturalnością, autentyzmem i urodą. Każdy detal wnętrza był opisany, a do szkolnej “Upadowej” prowadziły dekoracyjne drzwi z imitacją malarskiego witrażu z postaciami średniowiecznego gwarka i współczesnego górnika. Jedynie tutaj można było obejrzeć odświętne górnicze czaka w komplecie - od szeregowego górnika po czako generalskie z zielonym pióropuszem , historyczne bardy / siekierki /, kolekcję lampek jeszcze karbidowych /w tym lampę rodem z XIX wieku/, wreszcie lampki akumulatorowe przymocowywane do ochronnych kasków na głowach pracujących w głębinach kopalni. Zadziwiała kolekcja przepięknych minerałów nawet z gór Uralu /dar rosyjskich geologów powracających do ZSRR z konferencji uczonych/, zdumiewało bogactwo agatów, chryzoprazów, a nawet wtopionych w dolnośląskie skały czerwonych granatów, prawdziwe i bezcenne eksponaty - skarby. Dekoracyjne i użytkowe kilofy, dyplomy, suweniry zostawione przez setki gości - ministrów, ambasadorów, uczonych, ale przede wszystkim zatrzęsienie różnorodnych skał, z których każda miała swoją ciekawą historię. Był tu więc fragment greckiej kolumny z białego marmuru / za ten eksponat “ścigał” mnie miejscowy Urząd Bezpieczeństwa, ale brak miejsca nie pozwala na rozwinięcie tematu /, blok piaskowca z brytyjskiej twierdzy na wyspie Malta /dar oficera PLO Teofila Grydyka, który przywiózł eksponat z wyjaśnieniem : “Nie miałem pieniędzy na zakup suwenirów, twierdza Anglikom już się nie przyda, dla was to cząstka historii i konkretne wyobrażenie o świecie”/. 

Innego przyjaciela - hobbystę, nauczyciela geografa Tadeusza Płonkę, poznałem w Boguszowie - Gorcach koło Wałbrzycha, którego urzekła uroda szkoły i nasze niekonwencjonalne pomysły. Ze swojej kolekcji ofiarował tu sigilaria, lepidendrony, odciśnięte w węglu skamieniałe paprocie, skamieniałe pnie drewna sprzed setek milionów lat, amonity i mnóstwo innych bezcennych eksponatów. Można tu było podziwiać odcisk ryby w skale rudy miedzi z poziomu minus 850 metrów z głębin ZG “Konrad” /było tutaj kiedyś - w odległych epokach geologicznych - morze .../, drobinki złota wtopione w skałę /pojedyńcza bryłka, którą anonimowo przekazał mieszkający pod Bolesławcem ksiądz po powrocie z Kanady, gdzie zwiedzał m.in. kopalnie złota/, cenione wysoko chryzoprazy z serpentynitem, opale, wspomniane już rubinowe granaty czy kolekcje górskich kryształów ze skarbca sudeckiego Liczyrzepy. Zwoziłem to wszystko wraz z żoną i synem wysłużonym samochodem marki “Moskwicz”-412, na własny koszt, korzystając z bezinteresowności rozsianych po Dolnym Śląsku przyjaciół, znajomych, kolegów. Pan Zygmunt rzeźbił w węglu i piaskowcu miniaturowe fragmenty kopalni węglowych /w młodości pracował w nich na Górnym Śląsku/ i pracujących w nich górników ze styropianu. Wbrew pozorom - powstawały w ten sposób prawdziwe dzieła sztuki, bardzo realistyczne i budzące zainteresowanie zwiedzających szkołę licznych gości.


Wszystko to pozostało po mnie w szkole jako dorobek 19-letniej działalności pedagogicznej. Bolesławiecka “Ósemka” otrzymała też rzadkie wyróżnienie z rąk ówczesnego Ministra Górnictwa i Energetyki - Honorową Szpadę Górniczą z odpowiednim dyplomem. Taką samą szpadę i kilof z dedykacją wręczył mi parę lat później Dyrektor Dolnośląskiego Zjednoczenia Górnictwa Węglowego w Wałbrzychu mgr inż. Wiktor Woźniak.Przechowuję to rzadkie prywatne trofeum jak talizman. Jedna z sal lekcyjnych została nazwana imieniem mgr inż. Wiktora Wożniaka, o czym zaświadczała uroczyście odsłonięta czarna granitowa tablica pamiątkowa /czerń i zieleń to kolory górniczych sztandarów/. Powstawała tu kolejna sala muzealna dzięki pomocy hojnego mecenasa, który zaprzyjaźnił się ze szkołą i ze mną. Nie zdążyłem dokończyć dzieła, odszedłem na emeryturę i przez kilka lat nie stanąłem na progu ukochanej Tysiąclatki, w której pozostawiłem serce i trud tworzenia rzeczy pięknych i niepowtarzalnych, wyprzedzających czas, w którym żyłem. Z Wiktorem pozostaliśmy serdecznymi przyjaciółmi.


Ale największą niespodziankę sprawiła mi najbliższa sercu kopalnia “Konrad”, w czym dużo osobistej zasługi dyrektora mgr inż. Alfreda Cholewiaka, serdecznego druha i nieodżałowanej pamięci przyjaciela. To człowiek niezwykły i wielu zapomnianych już zasług dla miasta i lokalnego środowiska, a zwłaszcza szkoły. Był prawdziwym sponsorem, mecenasem, donatorem, darczyńcą. A przede wszystkim mądrym, dobrym i rozważnym człowiekiem, wzorem altruisty, skromnym, niesłychanie pracowitym i odpowiedzialnym za słowo i czyny. Lista zasług dla szkoły mogłaby wypełnić połowę pamięci i pojemności komputera. Wspomnę tylko niektóre, pomijając budowę Muzeum Górniczego i setki przekazanych tu cennych eksponatów.


Zlecił wykonanie ozdobnej bramy wejściowej do szkoły z dekoracyjnymi kotwicami - morską symboliką wyznaczającą kierunek wychowania patriotycznego młodzieży. Jego pracownik wykonał piękny model w miedzi - żaglowego statku jako zwieńczenie marmurowej kolumny poświęconej Marcinowi Opitzowi, bolesławieckiemu poecie i dyplomacie w służbie jedynego polskiego “morskiego” króla Władysława IV /poeta był z pochodzenia urodzonym w grodzie nad Bobrem Niemcem/. Wreszcie prawdziwe dzieło inżynierskie i sztuki metaloplastycznej - ogromna ażurowa przesuwana na rolkach dekoracyjna ściana z białego i czarnego płaskownika ozdobiona na środku olbrzymim Białym Orłem, dumnym Godłem Państwa Polskiego. Ta ruchoma ściana oddzielała od ruchliwego korytarza sanktuarium i Izbę Pamięci Narodowej, tworząc w razie potrzeby zamkniętą przestrzeń dla mniejszych, bardziej kameralnych uroczystości i spotkań młodzieży z gośćmi, głównie kombatantami z czasów II wojny światowej. To nieprzemijające dzieło i zasługa osobista wspaniałego człowieka.



To głównie dzięki osobistej rekomendacji Dyrektora Alfreda Cholewiaka otrzymałem od załogi kopalni zaszczytny tytuł Honorowego Górnika Zakładów Górniczych “Konrad”,byłem jednym z trzech wyróżnionych w ten sposób osób. Pierwszy otrzymał tę godność Premier i późniejszy Prezydent RP generał Wojciech Jaruzelski, na moim nazwisku lista laureatów zamyka się i nie zostanie przedłużona. Dlaczego? Bo także miedziowy kombinat został zamknięty i zlikwidowany, a miedziowe serce zaczęło mocno bić w niedalekim Lubinie. Cóż - prawo życia. Bolesławiec - chociaż krótko - był miedziową stolicą Polski i tego splendoru nikt mu nie zabierze. 


Otrzymałem więc piękny, ręcznie wypisany na czerpanym papierze dyplom i inżynierskie czako z białym pióropuszem. To wyjątkowo cenna i piękna pamiątka . Górnicza brać obdarzyła mnie zresztą wieloma splendorami : tytułem Technika Górniczego /honorowym/ Dolnośląskiego Zjednoczenia Węgla Kamiennego w Wałbrzychu, Zasłużonego dla Rozwoju Kopalni Węgla Kamiennego “Nowy Wirek” w Rudzie Śląskiej, nie wyłączając odznaczeń górniczych. Najwyżej cenię jednak godność HONOROWEGO GÓRNIKA ZG “KONRAD”, mojej najbliższej sercu i jakże zasłużonej dla ojczystego kraju i swojego miasta kopalni rudy miedzi. Jeśli Polska dziś miedzią stoi - ma w tym swój udział Stare Zagłębie Miedziowe, którego stolicą był nasz nadbobrzański gród Bolesławiec. Tę prawdę przez wiele lat głosiłem wszem i wobec. I chyba dlatego górnicza brać wyróżniła mnie i nobilitowała. Takiego zaszczytu nie dostąpiłem w swojej nauczycielskiej profesji po 40 latach pracy zawodowej. 


Szczęść Boże Górniczej Braci ! Niech żyje nam Górniczy Stan !


Wierzę głęboko, że spełni się oczekiwanie i nadzieja wielu lokalnych patriotów naszej małej Ojczyzny, że na polach pod Bolesławcem wyrosną kopalniane szyby, a na ulicach w dniach świątecznych pojawią się kolorowe pióropusze na górniczych czakach. I chociaż sam już nie doczekam tej radosnej chwili - życzę młodym, w tym moim wnukom i prawnukom, szczęśliwych dni we własnym - pięknym i bogatym ojczystym kraju, w swoim rodzinnym domu ... 


Jeszcze wspomnę drobny z pozoru epizod zaświadczający o charakterologicznych walorach dyrektora kopalni i mojego serdecznego przyjaciela Alfreda Cholewiaka. Spotkaliśmy
się przypadkowo przy kiosku “Ruchu” na ulicy Prusa. Wracał do domu z zakupionym pieczywem, bo nie wstydził się czynności i codziennych obowiązków życia rodzinnego, nie pozował na wybrańca bogów i wielkiego człowieka, VIP- a obsługiwanego przez wszystkich wokół siebie.


Nie spostrzegłem go w tłumie na chodniku, wciąż odurzony faktem śmierci i pochówkiem wspaniałej i bardzo kochanej żony. Pierwsze jego słowa zapamiętałem na zawsze :


Pozdrów Danusię …


Zmarła przed tygodniem …

Chwila milczenia,ściekająca po policzku łza i zaraz zatroskany głośny szept :

- Jak ci mogę pomóc?


Taki właśnie był nieodżałowanej pamięci Alfred. Życzliwy i serdeczny, mądry i doświadczony życiowo, urodzony altruista, człowiek wielkiego formatu i wielkiego serca. Mimo technicznego wykształcenia w gruncie rzeczy był wrażliwym humanistą i autentycznym społecznikiem stroniącym od rozgłosu i tanich fajerwerków sławy. Kochał górnictwo, swój trudny zawód, w którym osiągnął szczyty perfekcjonizmu. Szanował trud każdego człowieka, imponował szerokim zakresem wiedzy fachowej i niecodziennym formatem bogatej osobowości. Był postacią wybitną nie tylko w skali lokalnego środowiska. Zapisał poprzez własną pracowitą biografię piękną i bogatą kartę w historii miasta. Szczęśliwy los sprawił, że mogę zaliczyć go do kręgu największych i najbliższych sercu niezawodnych przyjaciół.


Świat byłby o niebo piękniejszy, gdyby tacy ludzie rodzili się na kamieniu … Szkoda, wielka strata, że jest po prostu inaczej, a strata prawdziwych diamentów boli najbardziej… Nawet we wspomnieniach po wielu długich latach ludzkiego istnienia.

Bezpowrotnie zamknął się rozdział górniczej sagi i górniczej przyjaźni.