piątek, 12 czerwca 2015

KORESPONDENCJA Z “PŁOMYKIEM”


Warszawa 06.06.75 r

Panie Dyrektorze!

Dziękujemy za ciekawy materiał o bolesławieckiej szkole. Postaramy się zamieścić go w jednym z numerów “Płomyka”, może po wakacjach. Dla zachęty - może inne szkoły też pójdą Waszymi śladami. Bo pomysł ukwiecenia szkoły - bardzo piękny.

Serdeczne pozdrowienia dla Pana i Wychowanków 

Anna Horodecka



Efekt końcowy? Wizyta w szkole warszawskiej dziennikarki, wykorzystany w druku nasz materiał i sążnisty artykuł życzliwej pani redaktor, dalsza współpraca i wiele kolejnych informacji w piśmie młodzieżowym na temat “Ósemki”. Redaktorka ze stolicy na stałe wpisała się do kręgu przyjaciół dolnośląskiej Tysiąclatki i została odznaczona medalem “Primi inter Pares”. Po wielu kolejnych latach na wniosek dzieci ta sama redakcja odznaczyła mnie odznaką “Szkarłatnej Róży”, nietypowym i pięknym wyróżnieniem, które bardzo wysoko cenię.

Kolejny list z moich rodzinnych stron, z dalekiego Augustowa. Tak rodziły się - poprzez szkołę - kolejne przyjaźnie, które przetrwały długie lata.




Augustów, 3. 12. 1974.

Szanowny Panie!

Otrzymałam dzisiaj list Pana oraz zdjęcia. Serdecznie dziękuję za miłe słowa o twórczości mojej i zainteresowanie nią. Tak jak Pan pochodzę z Białostocczyzny, właśnie z Augustowa. Malowałam również motywy pejzażu Białowieskiego. Byłam szczęśliwa, gdy na płótnie udało mi się stworzyć urok leśnych głuszy. W puszczy Białowieskiej bywają plenery artystów plastyków. U nas również w trudnym okresie mego startu wielką pomocą służyli mi pedagodzy naszych szkół. Ostatnio skończyłam cykl 10 pejzaży augustowskich dla naszego Związku Nauczycielstwa Polskiego.

W naszych szkołach również jest wiele moich obrazów - darów i zakupów. W Waszej szkolnej galerii chciałabym mieć coś godnego tak niezwykłego mecenatu. Mecenat nowoczesny i ogromnie pożyteczny.

Zastanawiałam się - co za pejzaż powinien tam reprezentować nasze strony i bardziej realistyczne tendencje w sztuce. Pejzaż jest ogromnie dziś przez ludzi zmęczonych życiem poszukiwany. A przez pełnych jeszcze sił kochany jako coś, co jest dziś ogromnie zagrożone, a piękne. Postanowiłam namalować fragment Puszczy Białowieskiej.

Będzie to mój dar. Potrwa to pewien czas /technika olejna długo schnie/.

Dziękuję za zaproszenie. Z Dolnego Śląska - gdzie bywałam i nawet gdzie chciałam pracować - mam miłe wspomnienia.

Łączę serdeczne pozdrowienia z życzeniami owocnej pracy i mecenatu.

Irena Krzywińska



Krótki komentarz o genezie przyjaźni, która wzbogaciła galerię malarską im. Prof. dr Tibora Csorby nie jednym, a pięcioma olejnymi obrazami życzliwej artystki, w tym tryptykiem na temat Powstania Warszawskiego. Jakie jest źródło naszej znajomości i jak rodziła się bezinteresowna przyjaźń?

W jednym z kolorowych tygodników ukazał się obszerny reportaż o malarce z Podlasia z reprodukcją kilku przepięknych obrazów jej autorstwa. Bez zwłoki wysłałem obszerny list z informacją o szkolnej galerii i folderem informacyjnym oraz prośbą o wzbogacenie kolekcjonerskich zbiorów “Ósemki”. I to był strzał w dziesiątkę.


Takich listów wysłałem zapewne około czy ponad 300, bo tyle przepięknych obrazów liczyła wielka galeria. Tylko kilka z nich pozostało bez echa. Nie siła argumentacji decydowała o sukcesie. Po prostu ludzie są dobrzy,a artyści wyjątkowo wrażliwi i serdeczni. Prawdziwi i wielcy artyści gotowi są dzielić się z drugim człowiekiem nawet ostatnią kromką chleba. I to jest piękne, to wzrusza i uszlachetnia życiową codzienność. To poszukiwacze i darczyńcy utrwalonej na płótnie czy papierze urody życia, świata otulającego nas magią kolorów. Są jak poławiacze pereł nad brzegiem bezkresnego oceanu. Oni wzbogacają świat i ludzką wrażliwość własnym talentem.



KORESPONDENCJA Z “PŁOMYKIEM”- ciąg dalszy

Warszawa, 8. 08. 1976

Szanowny Panie Dyrektorze
Artykuł o Pana szkole ukaże się chyba w paździierniku /piszę “chyba”, gdyż drukarnia bardzo opóźnia druk/. Prawdopodobnie będzie miał Pan żal do mnie, że o wielu ważnych sprawach nie napisałam, ale naprawdę trudno mi było zmieścić i tak już obszerny materiał.
Proszę o wyjaśnienie pewnych danych :
Czy delegacja z Kapitanem Kalickim odwiedziła szkołę po wizycie na statku “Dembowski”, czy też przed tą wizytą?
Którego dnia i w którym roku została w kronikarskich zapiskach umieszczona informacja o nadaniu szkole medalu “Mecenas Sztuki”?
Czy m/s “Pekin” jest drobnicowcem?
Czy Ela pisała, że ma już płetwy rekina i żebro wieloryba do zbiorów /to chyba donosiła w jednej z kartek pocztowych?/
To chyba wszystko. Zamieścimy te zdjęcia, które od Pana otrzymałam, ale jeśli znalazł Pan coś lepszego /zwłaszcza fotografię szkoły/ - to bardzo proszę przesłać.
Dziękuję jeszcze raz za miłe przyjęcie i serdecznie pozdrawiam -

Anna Horodecka


Oczywiście w zapowiedzianym terminie ukazał się sympatyczny artykuł o szkole, wcześniej odpowiedziałem na zadane pytania /w tamtej epoce mogliśmy się porozumiewać tylko listownie lub telefonicznie, komputerów nie było .../. Kapitan Ż. W. Tadeusz Kalicki odwiedzał szkołę wiele razy/ to przecież jeden z Kawalerów “Orderu Uśmiechu”/, medal “Mecenas Sztuki” krakowskiego jury związanego z Akademią Sztuk Pięknych mieliśmy od wielu lat jako pierwsza i chyba jedyna do tej pory placówka oświatowa w Polsce, m/s “Pekin” był drobnicowcem i naszym pierwszym statkiem patronackim, Ela płynąca na statku m/s “Wineta” na łowiskach afrykańskich ryb informowała szczegółowo o wszystkich “zdobyczach” z królestwa Neptuna, które trafić miały do zbiorów muzealnych “Ósemki”. To był dobry czas - prawdziwy “złoty wiek” dla naszej ambitnej szkoły. Listy kryją w swoim wnętrzu często ważne, ale już zapomniane epizody. Wynikało to z ich natłoku i tempa szkolnego życia wplątanego w wielką pasję odkrywców i kolekcjonerów tworzących “szkołę inną niż wszystkie”, co zgodnie potwierdzali wszyscy piszący o nas dziennikarze, do których ja także się zaliczałem.


Dzięki moim lapidarnym notatkom prasowym o najważniejszych wydarzeniach w Tysiąclatce - mimo niekompletności kroniki - mogę odtworzyć dużą część minionych wydarzeń i faktów. Nie wszystkich, niestety.

W tę część opracowania wplatam wątki osobistej biografii, gdyż łączą się one logicznie w całokształt mojego życiorysu związanego z pracą dla szkoły - nawet poza jej murami. Stąd pełne uzasadnienie mają kopie dokumentów /zeskanowanych/, które przybliżają zasługi z zakresu dziennikarstwa / 30 lat pisania do gazet i periodyków na forum ogólnopolskim, zasiadanie w Radach Redakcyjnych czasopisma resortu “Oświaty i Wychowania” oraz miesięcznika rzemiosła polskiego “Super Kontakty”, wreszcie funkcja społecznego rzecznika prasowego Urzędu Miasta Bolesławiec w czasie II kadencji odrodzonego samorządu - jako radny i członek Zarządu Miasta, przynależność do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i Stowarzyszenia Autorów Polskich, wreszcie funkcja Redaktora Naczelnego miesięcznika “Głos Bolesławca”, który w 1996 roku zajął I miejsce w konkursie prasy lokalnej województwa Jeleniogórskiego/.



Jestem jedynym mieszkańcem Bolesławca, który chlubi się dyplomem i tytułem “Zasłużony dla Rozwoju Kopalni Węgla Kamiennego “Nowy Wirek” w Rudzie Śląskiej i nie ma w tym fakcie przypadku, podobnie jak godność Honorowego Górnika ZG “Konrad” w Iwinach koło Bolesławca oraz otrzymanie Honorowej Szpady Górniczej i tytułu Technika Górniczego I stopnia Dolnośląskiego Zjednoczenia Przemysłu Węglowego w Wałbrzychu. Nie ja zabiegałem o te splendory, ofiarowali je ludzie z zewnątrz, a więc obiektywni w ocenie zasług i dorobku. Czy zapomniano o szkole? Nic bardziej błędnego - po otwarciu w “Ósemce” imponującego, dwuizbowego Muzeum Górniczego zwiedzający je Minister Górnictwa i Energetyki wyróżnił naszą szkołę jako pierwszą w kraju - Honorową Szpadą Górniczą. Nasze muzeum górnicze też było pierwszym w kraju, dysponowało impoującymi zbiorami geologicznymi i historycznymi nawet z epoki gwarków średniowiecznych, stąd zwiedzający przecierali oczy ze zdumienia. Całość przypominała wnętrze kopalni rudy miedzi z tzw. chodnikiem “upadowa”, czyli skośnym zejściem w głąb kopalni. To dzieło niezapomnianego “nadwornego” twórcy dzieła - Zygmunta Wydrycha, z zawodu technika górniczego, Kawalera “Orderu Uśmiechu”.


Prezentuję w tej części opracowania kartę zaproszenia na “DNI MORZA”:87” w naszej placówce oświatowej ze względu na zakres i poziom wydarzenia, które przyciągnęło do Bolesławca gości z całej Polski, a głównie z Wybrzeża. Nie wymaga ono szerszego komentarza, może jednak zadziwiać - jeśli nie zdumiewać - ogromem faktów łączących się z harmonijnym morskim wychowaniem młodych ludzi. Przybliżę kilka szczegółów.

W samo południe odbywa się uroczystość na placu apelowym im. Marynarki Wojennej wzbogaconym wielką galą banderową rozwieszoną na wysokich masztach. Przy pomnikach Ludzi Morza sławiących ich bohaterstwo w czasie II wojny światowej - Obrońców Helu i generała Franciszka Kleeberga /patronackiego statku szkoły, największego i najbardziej nowoczesnego we flocie PLO w Gdyni/. Warty honorowe szkolnych jungów w strojach marynarzy. Uroczyste odsłonięcie pomnika ku czci Marcina Opitza, urodzonego w Bolesławcu wielkiego niemieckiego poety w służbie dyplomatycznej jedynego polskiego “morskiego” króla Władysława IV. Na białej marmurowej kolumnie stoi wykuty w miedzi żaglowiec, u stóp cokołu morska kotwica i wydobyte z wodnych głębin Bałtyku granitowe głazy. Młodzi marynarze składają wiązanki kwiatów pod pomnikami M. Opitza, Gen. Kleeberga i jego Żołnierzy, Bohaterskich Obrońców Helu i Ludzi Morza - z największą w kraju kotwicą ze statku m/s “Karkonosze”. To także wielki symbol związków szkoły i miasta z morzem.



Hymn szkolny i wyprowadzenie sztandaru. Wewnątrz gmachu - nowe przeżycia. Uroczyste odsłonięcie tablicy pamiątkowej przed Salą Kaszubską i nadanie jej imienia Zofii Świerczyńskiej.Przecięcie wstęgi pamiątkowej i oddanie do użyytku imponującej i zachwycającej urodą auli szkolnej. Otwarcie Sali Tradycji Szkoły.

W auli odbywa się program artystyczny pod hasłem SPOTKANIE Z MORZEM Imponują swoim kunsztem artystycznym szkolne zespoły artystyczne. Występuje zespól wokalny “Jantary”, laureat I nagrody w Wojewódzkim Festiwalu Piosenki Żeglarskiej ZHP, zespół wokalny “Mewy” /iii nagroda/. Imponuje album szkolnej poezji o morzu - w recytacji autorów, wreszcie koncert wokalny dedykuje ludziom morza reprezentacyjny szkolny zespół wokalno - muzyczny “Muszelki”.



Po południu SYMPOZJUM MORSKIE złożone z wielu wystąpień referentów - nauczycieli i uczniów. Program szczegółowy :
  • Wychowanie morskie młodzieży w “Ósemce” - Paweł Śliwko,dyrektor szkoły
  • Postać Marcina Opitza - G. Gzubicka
  • Nasz udział w Roku Morskim w Oświacie - M. Borowska
  • Związek szkoły z ludźmi morza - H. Hołubowicz
  • Morze i wychowanie estetyczne - R. Kasprzycka
  • Doświadczenia i perspektywy edukacji morskiej - D. Molenda H. Tarnowsk
  • Wystąpienia uczniowskie
  • Szkolna gazetka ścienna “Róża Wiatrów”
  • Formy kontaktów z ludźmi morza, szkolna obrzędowość morska, harcerstwo i morze - A. Kaliberda, przewodnicząca Samorządu Uczniowskiego.
  • Kilka fotografii prezentuje zbiory z Muzeum Morskiego, które założyłem w poprzedniej “mojej” szkole nr 4 im. Jana Matejki.


piątek, 5 czerwca 2015

W MORZU LISTÓW . KRÓTKIE KOMENTARZE - PO WIELU LATACH .

Na długiej ścieżce życia spotkałem wielu wspaniałych, nieodżałowanej pamięci ludzi. Wspaniałych, bezinteresownych, pasjonatów - altruistów skorych do dzielenia się nawet ostatnią kromką chleba. Trzeba im oddać hołd chociaż w najskromniejszym zapisie, bo pamięć ludzka bywa zawodna i szybko przemija. Hołdujemy zresztą starej jak świat zasadzie - nieobecni nie mają racji, a oni są już po drugiej stronie życia. Bez powrotnego biletu na ten śliski glob pełen łez i płaczu.


Wielkim marzeniem wybitnego polskiego marynisty doktora Bronisława Miazgowskiego było utworzenie Międzynarodowego Instytutu Kultury Morskiej. Temu dziełu poświęcił dużą część własnego heroicznego życia Polaka - patrioty. Był żołnierzem tragicznego września 1939 roku, Z bronią w ręku przedzierał się na Zachód, osiadł na stałe w neutralnej Szwajcarii,po wojnie zyskał międzynarodowy autorytet jako znawca spraw morza i działacz w wielu instytucjach koordynujących w szerokiej skali problematykę morską. Odwiedził bolesławiecką “morską” “Ósemkę”, pozostawił tu swoje książki i zachowany własny orzełek wojskowy z czapki bombardiera. Szkoła zrewanżowała się odsłonięciem marmurowej tablicy pamiątkowej z rejestrem dokonań bohatera i nazwaniem muzeum morskiego jego imieniem.


Cytuję list z datą 17 marca 1978 roku przysłany z Fribourga /Szwajcaria/.

Drogi Panie,

Dziękuję serdecznie za kartkę z 1 marca br. i pakiet listów od dzieci szkolnych, którym odpowiadam oddzielnie, przede wszystkim zaś dziękuję za piękny i wzruszający list jaki otrzymałem w styczniu. Nie odpowiedziałem zaraz, to nie było konieczne, a poza tym grzęznę w trudnej i irytującej sytuacji instytutowej. W grudniu powiadomiono mnie, że władze polskie gotowe są dać Instytutowi 10 milionów złotych subwencji rocznie orz odpowiedni budynek na siedzibę, a potem - w odpowiedzi na moich 5 listów - do tej pory głucha cisza. Ucieszyłem się w grudniu podwójnie : że Instytut będzie będzie jednak w Polsce oraz że skończą się moje kłopoty finansowe, bo wprawdzie złote polskie to nie dolary, ale suma poważna, która pozwoliłaby rozwinąć wspaniałą działalność. Oczywiście można by czekać co z tego ostatecznie wyniknie, ale sprawę komplikuje fakt, że w Irlandii możemy otrzymać do dyspozycji duży / 40 pokoi / i piękny dom pod Dublinem, z widokiem na morze i ze sporym terenem /około 12 ha/, ale zdecydować się trzeba szybko, bo są inne instytucje skore do wzięcia tego domu, będącego własnością biura Robót Publicznych Republiki Irlandzkiej. Nie ma tam natomiast nadziei na pomoc finansową państwową, lecz jedynie są obietnice kilku prywatnych mecenasów, co jest zawsze zawodne. Irlandczycy sami mi napisali, że propozycja polska jest korzystniejsza.

Obawiam się, że z tej polskiej propozycji może nic nie wyjdzie, a stracimy okazję zdobycia tego domu w Irlandii. I wtedy znowu impas i niewesołe perspektywy przed ICMAR - em.

Po roku milczenia odezwał się pan Potamianos, armator grecki i wiceprezes Instytutu, ponawiając propozycję ustanowienia siedziby ICMAR-u w Pireusie, w jego gmachu. Ale prawo greckie wymaga, by członkami Zarządu byli wyłącznie obywatele greccy. Dla Instytutu międzynarodowego jest to nie do przyjęcia. Zaproponował on też odbycie następnego rejsu / na jego koszt / na jednym z jego statków, jak w 1974 roku. Ale gdy odrzucam propozycję ustalenia siedziby w Grecji, pewnie on propozycji rejsowej nie powtórzy. Szkoda! Takie następne sympozjum pływające na Morzu Śródziemnym bardzo by ożywiło działalność Instytutu.

30 marca przyjedzie do mnie na naradę p. dr John de Courcy Ireland z Irlandii. Jeśli do tej pory nie będę miał wiadomości i decyzji z Polski, zdecyduję się na wzięcie tego domu w Irlandii. Lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu. Gdy będzie nareszcie stała siedziba, może łatwiej będzie zdobyć też fundusze, niezbędny warunek dalszej działalności Instytutu.

Wczoraj nasza ambasada w Bernie powiadomiła mnie że ZBoWiD, bez żadnych moich w tej sprawie zabiegów, zaprasza mnie na kilkutygodniowy pobyt w sanatorium w Kołobrzegu /od 16 czerwca do 9 lipca/ - bezpłatny oczywiście. Otrzymałem też narazie nieoficjalną wiadomość, że Związek Literatów Polskich /po raz pierwszy w życiu spotykają mnie takie fakty/ przyznał mi 8 - tygodniowe stypendium na pobyt w kraju, po 1 tysiącu złotych tygodniowo, tj. 8 tysięcy zł. Trzeba więc skorzystać Trzeba więc skorzystać z tak niespodziewanej okazji, choć z różnych względów wyjazd do Polski tego lata jest dla mnie raczej niedogodny, nie mówiąc o tym, że na podróż lotniczą muszę wydać około 1 tysiąca franków /500 dolarów/, co nie jest dla mnie rzeczą wcale łatwą. A w jesieni trzeba pewnie będzie pojechać też do Irlandii, urządzić tę naszą tam siedzibę. Gdyby jeszcze rejs doszedł do skutku, na wyjazd do Grecji już absolutnie nie mógłbym sobie pozwolić.

Będąc w Polsce trzy miesiące, mógłbym w zasadzie pojechać do Bolesławca, pożegnać się z tą miłą dzieciarnią, nim się ona rozproszy, bo jak mi piszą, jest to ich ostatni rok w Pańskiej szkole. Ale będzie to okres wakacji, dzieci już w szkole nie będzie, a przed 10 czerwca nie mogę do Polski pojechać. Przed Kołobrzegiem zatrzymam się tylko kilka dni w Warszawie. Na wypad do Bolesławca nie starczy czasu.

Serdecznie Panu dziękuję za wyrażoną w styczniowym liście gotowość rozprowadzenia pewnej ilości mego tomiku “The Bitter Sea”. Niestety jest to nierealne. Kosztuje on 4,50 dol. Cena oficjalna dolara jest zdaje się bardzo niska, czarnorynkowa - horendalnie wysoka. W jednym i drugim przypadku musiałbym niezależnie od otrzymanych złotych - z własnej kieszeni zapłacić wydawcy sumę w dolarach. A już kupiłem 60 egz. dla polskich bibliotek, redakcji i przyjaciół. Więcej nie dam rady. Niemniej jestem wdzięczny za tę miłą propozycję.

Proszę przeczytać załączony tu mój list do dzieci i pomyślec, czy mój projekt jest realny i czy warto go zrealizować.

Przy okazji - Panu, Pańskim Bliskim i Gronu Nauczycielskiemu najlepsze życzenia z okazji Świąt Wielkanocy.

Łączę najlepsze życzenia, pozdrowienia i serdeczny uścisk dłoni - 

/ - / Bronisław Miazgowski


Krótkie podsumowanie. Autor listu stworzył koncepcję Międzynarodowego Instytutu Kultury Morskie. To główny - jeśli nie jedyny - konkretny realizator pięknej idei.. Siedziba organizacji znalazła się jednak nie w Polsce,a w Dublinie / Irlandia /. Po śmierci działacza ICMAR pozostaje w letargu - brakuje przewodnika i entuzjastów pożytecznego działania w skali międzynarodowej. Wielka szkoda i strata dla kultury, zwłaszcza szeroko rozumianej marynistyki. Zmarnowano prekursorską szansę na wielki sukces.




TEOFIL GRYDYK - CZŁOWIEK WIELU ZASŁUG. SPOŁECZNIK I PRZYJACIEL.

Cytuję drobne fragmenty kilku listów, które charakteryzują bogatą i złożoną osobowość niezmordowanego mecenasa, człowieka otwartego, szczerego, pracowitego, życzliwego całemu światu i ludziom w potrzebie. Dobry duch długoletniej przyjaźni i współpracy, doskonały wzorzec patrioty i obywatela, ideał altruisty i humanisty o szerokich horyzontach myślowych. Bez niego trudno byłoby wyobrazić sukcesy szkoły, którą szczerze kochał i nie krył swojej sympatii.


“Gdynia, 16 grudzień 2002 roku.

Drogi Pawle!

Dość dawno otrzymałem od Ciebie list, za który serdecznie dziękuję. Czas bardzo szybko mknie do przodu. Byłem przekonany, że na emeryturze będę miał dużo czasu wolnego i beztrosko wypoczywał. Zupełnie inaczej jest w rzeczywistości. Każdy dzień przynosi nowe problemy i wiele spraw trzeba załatwić dla Karwin /to jedna z nowych dzielnic Gdyni - przypisek PS/ i ich mieszkańców. W czerwcu b.r. zostałem wybrany do Rady Nadzorczej w naszej Spółdzielni Mieszkaniowej. Praca społeczna daje mi wiele satysfakcji i mam spore sukcesy. Natomiast w domu problemy.Kilka miesięcy temu Krystyna /żona-PS/ zachorowała i poddana została operacji chirurgicznej. /.../ Obecnie przebywa w domu, jednak nadal jest na zwolnieniu lekarskim. W tej chwili czuje się dobrze i możliwe, że za kilka tygodni wróci do pracy. /.../ Natomiast Darek /syn-PS/ rozpoczął studia na Politechnice Gdańskiej. Wszystko wskazuje na to, że zrezygnuje z tej uczelni i będzie chciał się przenieść do Akademii Wychowania Fizycznego. Czy to się uda - zobaczymy.

Robert /drugi syn-PS/ nadal pracuje w policji, obecnie ma stopień aspiranta. Chociaż w policji nie ma wysokich poborów, to jest bardzo zadowolony z pracy ze względu na stałość zatrudnienia, pozostało jeszcze trochę innych przywilejów. Wielu jego kolegów pozostaje bez pracy i są na zasiłku dla bezrobotnych. Pracowali w stoczniach Gdyni i Gdańska, zostali jednak zwolnieni, bo zatrudnienie z roku na rok maleje. 

Ja bardzo często wracam do wspomnień z czasu przeszłego, to mi daje zadowolenie i siłę do dalszej pracy społecznej. Od czasu do czasu w Trójmiejskiej prasie ukazują się artykuły na mój temat. Zwiększa to moją popularność, co ułatwia mi załatwienie wielu spraw. Utrzymuję stały kontakt ze Związkiem Zawodowym Marynarzy i Oficerów oraz z wieloma kolegami z PLO. Ostatnio spotkałem Jacka Ziemińskiego i Ryszarda Nowaka. Obaj są na emeryturze i zdrowie im dopisuje. Przesyłają Tobie serdeczne pozdrowienia. Podobnie jak Ty otrzymałem nagrodę za ładny ogródek, co mnie bardzo ucieszyło. Największą niespodzianką w tym roku była rozmowa telefoniczna z Pawłem Grydykiem, który mieszka we Wrocławiu. O moim istnieniu w Gdyni dowiedział się przypadkowo z internetu. Już nawiązaliśmy korespondencję. Tyle razy byłem we Wrocławiu i nie wiedziałem, że mieszka tam mój kuzyn.

Drogi Przyjacielu, przesyłamy Ci najserdeczniejsze pozdrowienia, życzymy dużo zdrowia, pogody ducha i wszelkiej pomyślności. 

Teofil z rodziną


Gdynia, 14. 02. 2005 r.

Drogi Pawle!

Bardzo się niepokoiłem Twoim długim milczeniem. Wreszcie 30 grudnia ub. roku nadeszła od Ciebie oczekiwana wiadomość. Jestem tym faktem bardzo uradowany. Dziękujemy za życzenia świąteczne i noworoczne oraz za zdjęcie. Cieszę się, że dopisuje Ci zdrowie, co w dzisiejszych czasach jest bezcennym skarbem. Doczekaliśmy się czasów, że leczenie stało się wielkim problemem. Natomiast martwi mnie Twoje nienajlepsze samopoczucie. Ja też nie byłem pieszczony przez życie, jednak zachowuję się jak sportowiec. Na rowerze przejechałem około 300 tysięcy kilometrów, w różnych warunkach klimatycznych i terenowych. Drogę życia traktuję jak długi “etap kolarski” na trasie którego zdarzyło się wiele wywrotek i kraks. Na szczęście nie były na tyle groźne, żebym miał raptownie zwolnić tempo życia. Przeciwnie, tempo przyśpieszyłem jak kolarz zbliżający się do mety. To przynosi mi wiele zadowolenia i satysfakcji. Nie oczekuję od nikogo uznania czy podziękowań, tym samym lepiej znoszę przykre sytuacje, które czasami się zdarzają. Radość jaką czerpię z życia i pracy społecznej - nic i nikt nie jest w stanie zakłócić. Mam bardzo wiele radosnych wspomnień, które utrwaliły się w mej pamięci i tylko takie wspominam. Często wracam do pięknych i wzniosłych przeżyć, których doznałem w Twojej “Ósemce” w Danusi i Twoim towarzystwie. Dalsze dramatyczne losy szkoły przyjąłem ze spokojem. Jednak boleję nad faktem, że po Twoim odejściu na emeryturę w krótkim czasie “Ósemka” została zlikwidowana a eksponaty rozkradzione. Cała kilkudziesięcioletnia praca całego zespołu ludzi, a szczególnie Twoja, została zniszczona. Przykre, ale prawdziwe. Podobny los spotkał mnie. Krystyna / żona - przypisek PS / wszystko sobie przywłaszczyła, nawet moje osobiste upominki i pamiątki. Spotkała nas smutna rzeczywistość, na którą nie mieliśmy wpływu. Na osłonę całego dramatu chociaż zdrowie nam dopisuje.

Dlatego proszę Cię drogi Przyjacielu - staraj się wspominać te chwile, które dostarczały wiele radości, satysfakcji i dumy. Twoje i Danusi sukcesy to piękna karta historii. To Wasz trud i piękna droga życia. Teraz to pielęgnuj, a na pewno da Tobie ukojenie.

Ja nadal pracuję społecznie i to z pozytywnym rezultatem. Z Blanką / nowa żona - przypisek PS / żyjemy zgodnie i wesoło - mimo zimowych kaprysów pogody. Teraz mam dobre warunki mieszkaniowe i mogę Cię zaprosić do nas i nad Bałtyk. Długo czekałem na chwilę, kiedy Ci mogę o tym oznajmić. Jeszcze raz ponawiam moje serdeczne zaproszenie do nas i mam cichą nadzieję, że niedługo nas odwiedzisz. W tym oczekiwaniu na Twój przyjazd do nas kończę ten list, serdecznie Cię pozdrawiam i ściskam - Teofil z Blanką




Gdynia 06. o8. 2oo6 r.

Drogi Pawle!

Czas nieubłaganie mknie do przodu z zawrotną szybkością. W styczniu otrzymałem od Ciebie list, za który serdecznie dziękuję. Wtedy nie wspominałes, że malujesz obrazy, tym bardziej jest to dla mnie radosna wiadomosć. Cieszę się, że nadal masz ochotę do twórczej pracy, a co najważniejsze -zdrowie Ci dopisuje.

Minęły trzy lata jak jestem z Blanką. Te trzy lata to życie jak w raju. Takiej wspaniałej kobiety do tej pory nie spotkałem.

Myślałem, że jesień życia będzie dla mnie jednym pasmem niepowodzeń i zmartwień, a tymczasem stało się inaczej. Dzięki temu, że kilka dni po rozwodzie z Krystyną poznałem Blankę - radykalnie mój los się odmienił. Dzięki Blance minęły zmartwienia i nabrałem energii do dalszego życia. Nadal społecznie się angażuję, już trzecią kadencję jestem członkiem Rady Nadzorczej w naszej Spółdzielni. Kadencja trwa dwa lata. Kończę czteroletnią kadencję w Radzie Dzielnicy /.../ Jeszcze nie podjąłem decyzji czy będę kandydować na następną kadencję. Moja synowa Ania rozpoczęła pracę w “Czternastce”, z którą miałeś przez długie lata współpracę, kiedy dyrektorką była pani Świerczyńska.

Często wracam do wspomnień, kiedy jednoczyliśmy się we wspólnych działaniach na rzecz Twojej “Ósemki”. Na Wybrzeżu pamięć o “Ósemce” nadal nie przeminęła. Kogo spotkam z moich kolegów - to mnie zapytują czy z Tobą utrzymuję kontakt. Niezmiennie powtarzam, że tak. Zawsze proszą, żeby Cię pozdrowić. Czynię to z wielką ochotą. Ostatnio spotkałem pana Nowaka, byłego dyrektora MOKiI, który Cię serdecznie pozdrawia. Poza tym przesyłam pozdrowienia od wszystkich znajomych ludzi morza.

Ja ze swej strony Tobie Pawle dziękuję za wszystkie zaszczyty i wyróżnienia, które mnie spotkały w czasie naszej wspólnej wspaniałej pracy. Blanka i ja do tej pory jesteśmy zdrowi, żyjemy bez większych problemów. Zostałem dziadkiem, bo Darka Karolina w maju urodziła syna, któremu dana imię Wiktor. Robert nadal pracuje w policji.

Często chodzimy na spacer po Bulwarze Nadmorskim. Na końcu bulwaru jest piękna rzeźba ofiarowana przez mieszkańców amerykańskiego miasta Seattle w stanie Waszyngton. Przesyłam Ci zdjęcie z Blanką przy tej rzeźbie.

Drogi Przyjacielu, serdecznie Cię zapraszamy do nas. Gdynia jest coraz piękniejsza, warto to zobaczyć oraz odwiedzić starych przyjaciół. W tym oczekiwaniu na Twój przyjazd kończę list, serdecznie Cię pozdrawiamy. Bądź zdrowy i do zobaczenia w Gdyn

P.S. Podaję do nas nr. telefonu.

Blanka, Teofil


MECENAS, PASJONAT Z SERCEM NA DŁONI

Kłam twierdzeniu, że bezpowrotnie minęła epoka Judymów i Siłaczek , zadawał swoją postawą i zaangażowaniem Teofil Grydyk. Marynarz z krwi i kości, II oficer marynarki handlowej PLO, niepowtarzalny, wzorcowy mecenas i autentyczny przyjaciel bolesławieckiej młodzieży, związany uczuciowo z “Ósemką” od wielu, wielu lat. Ten jeden człowiek ofiarował szkole więcej bezcennych darów, niż załogi kilku statków patronackich, co stanowi najbardziej wymowną miarę altruizmu i życiowego hobby.

Zasługą Teofila jest przede wszystkim skarbiec konchologiczny, a więc tysiące muszel zebranych własnoręcznie na ciepłych plażach Afryki, Azji, Australii i Ameryki Południowej oraz przekazanych uczniom do szkolnej kolekcji. Ofiarował dzieciom liczne okazy raf koralowych, rozgwiazdy, spreparowane okazy ryb drapieżnych /rekiny, ryby-piły i inne/, olbrzymie żółwie, wężowidła i inne morskie okazy fauny i flory, które zostały zgromadzone w Klubie Neptuna, muzeum morskim im. B. Miazgowskiego, sali muzealnej im. Teofila Grydyka i morskiej harcówce Szczepu ZHP im. Polskich Linii Oceanicznych oraz egzotycznym muzeum konchologicznym na klatce schodowej II piętra. Powstał tu unikatowy i szybko rosnący zbiór prawdziwych skarbów z królestwa Neptuna.

Ale i to nie koniec aktywności bezinteresownego donatora : przywędrowały tu piękne rzeźby ludowe z afrykańskiej Mombasy, maski murzyńskich szamanów, oryginalny bęben tam-tam wydrążony z pnia palmy, egzotyczne eksponaty z Peru /m.n. kopia narzędzia do skalpowania jeńców przez Indian/, statek wyrzeźbiony z drzewa balsy, włócznia wojownika z Sierra-Leone, pień skamieniałego drzewa wyłowiony z rzeki Kongo, skały z wybrzeża Brazylii /z przeznaczeniem dla szkolnego Muzeum Górniczego/, afrykańskie liany i pnie drzew z Nowej Gwinei Papuaskiej czy Ameryki Południowej, dziesiątki innych drobiazgów - to dalsze bezcenne dary marynarza, który przywoził je do szkoły ze wszystkich zakątków globu ziemskiego. Raz były to orzechy kokosowe, innym razem największe żarówki świata z latarni morskich, to znów drewniana łyżka wyłowiona z morza u brzegów czarnego kontynentu…

Świetny gawędziarz, życzliwy człowiek, hobbysta i fantasta, gorący patriota,wielki donator, serdeczny przyjaciel szkoły i mój osobiście - to właśnie Teofil Grydyk. Niestety - sprawuje już wachtę po drugiej stronie życia. Kochałem go jak rodzonego brata.

Na drugiej stronie fotografii zamieścił Teoś wzruszającą dedykację :

“Drogiemu i serdecznemu przyjacielowi Pawłowi - wielkiemu miłośnikowi morza -

Teoś marynarz”. I data - Bolesławiec 09.05.86 r.


Z wielkim żalem i smutkiem pożegnałem prawdziwego króla i zdobywcę oceanów królestwa Neptuna, który zbliżył gród nad Bobrem do morza. Polskiego morza, Bałtyku. Pozwolił tysiącom uczniów przeżyć smak morskiej przygody. Nie tylko w “Ósemce”.


WIELKI PRZYJACIEL I DONATOR




Z prawdziwym i szczerym wzruszeniem czytam ostatnie listy Wielkiego Mistrza i Przyjaciela oraz Jego wspaniałej Małżonki. Spotkać takich  ludzi w życiu to prawdziwe szczęście ...

piątek, 22 maja 2015

POŻÓŁKŁE KARTY WSPOMNIEŃ. ZAPROSZENIE Z BERLINA

Cytuję treść jednego z artykułów mojego autorstwa, który ukazał się we wrocławskiej “Gazecie Robotniczej” i koresponduje z wiodącą treścią bloga “Szkoła sercem malowana”. To opis niecodziennej wycieczki grupy młodzieży i nauczycieli do Berlina i Rostocku na zaproszenie niemieckiej Minister Oświaty Margot Honecker w rewanżu za gościnne jej przyjęcie kilka tygodni wcześniej w murach bolesławieckiej Tysiąclatki. Dodam od siebie, że była to zapewne jedyna tego typu wizyta po wojnie niemieckiego szefa resortu edukacji w polskiej szkole, w dodatku na dalekiej prowincji. Urzeczona ceremoniałem i życzliwością szefowa resortu zobowiązała się zaprosić delegację “Ósemki” do stolicy NRD i nadmorskiego portu. Słowa dotrzymała.

“Zaprosiła nas pani minister “- to tytuł mojej publikacji.

Historia ma swój początek w wizycie ministrów oświaty i wychowania Polski - Bolesława Farona i NRD - Margot Honecker, którą złożyli dostojni goście w murach bolesławieckiej “Ósemki”. W szkole otwarto salę przyjaźni polsko - niemieckiej. Pamiątkową tablicę odsłoniła pani minister Margot Honecker. Urzeczona gościnnością młodzieży “Tysiąclatki”, zaprosiła ją do odwiedzenia Niemieckiej Republiki Demokratycznej.

Na wyjazd wypadło poczekać kilka miesięcy. Potem na adres szkoły nadszedł serdeczny list na firmowym blankiecie Rady Ministrów NRD z osobistym podpisem szefowej resortu. Zacytujmy fragmenty:

“Drogi Towarzyszu Dyrektorze!

Bardzo mile wspominam serdeczne przyjęcie, które spotkało mnie z Waszej strony i całego kolektywu szkolnego w dniu 12 kwietnia br. Zdjęcia, za które serdecznie dziękuję, są miłą pamiątką niezapomnianego spotkania. Nawiązując do mego zaproszenia byłabym bardzo zadowolona, gdyby grupa 15 uczniów i 2 opiekunów odwiedziła Niemiecką Republikę Demokratyczną w dniach 12 - 20 października 1984 roku. W załączeniu program pobytu w Berlinie i Rostocku. Mam nadzieję, że pobyt delegacji przyjaźni i osobiste kontakty pomiędzy młodzieżą naszych więzami braterskimi połączonych krajów umocni i jednocześnie urozmaici różnorodne działania Waszej szkoły w interesie internacjonalistycznego wychowania młodzieży.” List kończyły serdeczne życzenia i pozdrowienia.


Rozpoczęła się gorączkowa krzątanina. Wydział Oświaty i Wychowania załatwił w miejscowym PTTK wygodny autokar, zamówiono w dwu miejscowych fabrykach ręcznie malowaną ceramikę artystyczną , a artysta plastyk Mieczysław Kozłowski z BZC “Bolesławiec” wykonał unikatowy egzemplarz wazonu i paterę z dedykacją, który później zachwycił panią minister, bo pytała o nazwisko autora … Szybko i bez problemów załatwiono formalności paszportowe, w czym walnie dopomógł kpt. Władysław Kaczybura z Rejonowego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Bolesławcu.


Pierwsze emocje na punkcie granicznym w Olszynie. Większość dzieci pierwszy raz przekracza granicę … Nad ranem jesteśmy w Berlinie. Powitanie przez delegację Ministerstwa Oświaty NRD, bukiet gerberów, protokół iście dyplomatyczny. Śniadanie w hotelowej kawiarni, serdeczna atmosfera, czas zakwaterowania i krótki wypoczynek. Byle odświeżyć się i złapać oddech, bo gospodarze przewidzieli bogaty program. Znów posiłek z furą łakoci


Wzruszający moment : złożenie wiązanek kwiatów u stóp monumentalnego pomnika Polskiego Żołnierza i Niemieckiego Antyfaszysty. Krótkie przemówienia, atmosfera podniosła, wzruszająca … Ten moment dzieci zapamiętają na długo, ten symbol ma jednoznaczną wymowę. I jeszcze autokarowy spacer po rozległym Berlinie, jak w kalejdoskopie przesuwające się zabytki historii i imponujące budowle współczesne. Do 1987 roku stolica NRD odrestauruje wszystkie zabytkowe obiekty, prace budowlane trwają nawet w nocy, podobnie jak roboty uliczne : zagrodzone ulice rankiem są już przejezdne, a na rozprutych nocą jezdniach po remoncie znów pędza kolumny samochodów, nie ma śladów uszkodzeń czy nierówności, pospolitego u nas partactwa. Tak jest zresztą w każdej dziedzinie, a szczególnie rzuca się to w oczy w budownictwie : o elegancji świadczy tu każdy wypieszczony dłonią mistrza detal. Ech, łza się w oku kręci.


Darujmy sobie komentarze. W programie jeszcze odwiedziny w berlińskim ZOO, potem przechadzka po Aleksanderplatz i wizyta w Pałacu Republiki, parlamencie NRD, w którym parter zajmują dostępne dla wszystkich kawiarnie, restauracje i teatr. Marmury, żyrandole, wielkie obrazy na ścianach, ruchome schody, nowoczesność i komfort. Ale w jeszcze większe zdumienie wprowadzi nas następnego dnia wizyta w Pałacu Młodzieży im. Ernsta Thaelmanna : ćwiczenia w centrum kosmicznym, oranżeria, basen kąpielowy o olimpijskich wymiarach, kilkaset klubów i możliwość własnoręcznego wykonania pamiątek w pracowni plastycznej pod okiem instruktorów. Ale jakich fachowców! Po godzinie wszyscy uczniowie mieli skórzane wisiorki, emaliowane broszki i rzeźby - cudeńka z tworzywa spieczonego na skałę w elektrycznych piecach. Z punktu widzenia standardu technicznego to już budowla XXI wieku. Do szkoły przywędrował stąd cenny upominek -- model wykonanego tu statku żaglowego “Pionier”. Na zakończenie 8 - kilometrowa podróż pociągiem obsługiwanym przez niemieckich pionierów po malowniczym parku. Jeszcze podziwianie panoramy stolicy ze szczytu wieży telewizyjnej i długie gawędy przy kolacji. Wrażeń co niemiara, szczególnie po zwiedzeniu muzeum starożytności, w którym cudem ocalały bezcenne eksponaty archeologiczne w czasie wojennych bombardowań Berlina.


A potem podróż do Rostocku, głównego miasta portowego NRD. Największe przeżycie - pobyt w międzynarodowym obozie pionierskim w Niex. Stancję turystyczną, strzelnice, urządzenia sportowe, ogrody, wnętrza domów urządzali tu sami pionierzy, nierzadko ciężko pracując. Ale jakiż to dało imponujący efekt końcowy …


Jeszcze wyjazd do malowniczego Stralsundu i zwiedzenie muzeum kultury i historii oraz drugiego - muzeum morskiego. W gotyckiej sali podominikańskiego klasztoru bolesławieckie “Muszelki” zaimprowizowały koncert wokalny dla sprawdzenia fenomenalnej akustyki pomieszczenia. I wizyta na statku pionierskim “Vorw”arts”, dyskoteka z młodą załogą i cenny upominek w postaci modelu żaglowca, który wzbogaci zbiory “Ósemki”. A następnego dnia zwiedzanie statku - muzeum i kapitański obiad, 2 - godzinna przejażdżka spacerowym statkiem po morzu, obejrzenie starego i nowego portu w Rostocku od strony morza, wreszcie kąpiel na krytym basenie hotelu “Neptun” - z morską wodą i sztucznymi falami, pożegnalny bankiet w hotelowej restauracji i nocny powrót do Berlina. Stąd już tylko kilka godzin do granicy


Koniec tygodniowej przygody w NRD, trochę jak z bajek tysiąca i jednej nocy ... 

A trwałe wartości?

Nowe impulsy dla pracy pedagogicznej szkoły, która ma należeć do kręgu szkół stowarzyszonych przy UNESCO / ONZ /. Sala przyjaźni polsko - niemieckiej będzie nazwana imieniem Margot Honecker.


piątek, 24 kwietnia 2015

SUKCES MA WIELU OJCÓW I WIELE IMION ….



Spełniło się moje wielkie marzenie : Bolesławiec wraz z wiosną rozkwita kolorami tęczy, po brzegi wypełniając się bujną zielenią drzew i barwami tysięcy kwiatów. Z pełną satysfakcją oglądam w lokalnej TV obfity plon mozolnego trudu setek kochających naturę mieszkańców mojego nadbobrzańskiego grodu, który pięknieje w oczach. Wieniec chwały za zbiorowy sukces obywatelski wkłada nieskromnie na swoje głowy zgrany krąg niezastąpionych specjalistów od propagandy /dziś nazywają się celebrytami/ podsuwając do podkucia swoje żabie nogi /to zapożyczenie ze znanego dowcipu o żabie, która u kowala chciała podkuć obok koni swoje rachityczne kończyny/.

Ale najbardziej imponują mi anonimowi mieszkańcy miasta, którzy własnym sumptem wzbogacają wolne przestrzenie malowniczych podwórek nowymi nasadzeniami dekoracyjnych roślin i starannie je pielęgnują w okresie wegetacji. To domena specjalizacji - bardzo starannej i profesjonalnej - kobiet zasługujących na szacunek i uznanie.Serce rośnie, kiedy patrzy się na efekty ich żmudnej pracy. 

Warto przypomnieć prapoczątek samej idei upiększania miasta, która narodziła się w 1995 roku wraz z moim artykułem na łamach lokalnego miesięcznika “Głos Bolesławca”, w którym pełniłem obowiązki Redaktora Naczelnego. Nie byłem odkryywcą samego pomysłu, bo wcześniej widziałem w wielu miastach Polski, Czech i Węgier urokliwe kwietne zakątki wzbogacające szary pejzaż miejskich kamienic, a szczególnie oczarował mnie w młodości ukwiecony krajobraz Połczyna Zdroju /spędziłem tu bez przerwy 9 - miesięczną kurację, która uratowała mi zdrowie i życie/.Ponieważ w drugiej kadencji odrodzonego samorządu zasiadałem jako radny w Zarządzie Miasta /byłem też rzecznikiem prasowym miasta, pełniąc ten obowiązek społecznie/, nie było problemu z uzyskaniem zgody ówczesnego Prezydenta Józefa Króla na szersze rozwinięcie inicjatywy. Cytuję dosłownie treść artykułu :

KONKURS NA NAJPIĘKNIEJ UKWIECONY BALKON

“ŻYJEMY WŚRÓD KWIATÓW - BLIŻEJ NATURY” - to hasło i myśl przewodnia naszego konkursu adresowanego do mieszkańców Bolesławca. Gospodarze miasta sporo trudu /i pieniędzy/ włożyli w odnowienie elewacji kamienic całych ciągów ulicznych, cieszy oko świeżymi barwami tynków historyczny Rynek i duma grodu nad Bobrem, okazały Ratusz. Sporo środków finansowych przeznacza się na konserwację zieleni miejskich plantów i parków, sadzi się nowe drzewa i krzewy.

Urok miasta zyska bez wątpienia na ukwieceniu balkonów, o czym świadczy spontaniczna inicjatywa mieszkańców choćby ulicy Bolesława Prusa, którzy w ślad za kończącym się remontem elewacji kamienic ozdobili balkony kolorowymi kwiatami. Nie jedyny to przykład, chociaż najświeższej daty. Potrzeba obcowania z pięknem i naturą zyskuje coraz pełniejsze prawo obywatelstwa, a to może tylko cieszyć w zestawieniu z dramatycznymi i zasadnymi apelami ekologów o szacunek dla szeroko rozumianego świata przyrody i naturalnego środowiska człowieka.

Ogłaszamy więc KONKURS NA NAJBARDZIEJ UKWIECONY BALKON w obrębie całego miasta. O szczegółach - nagrodach i sponsorach - napiszemy obszerniej w następnym numerze “Głosu”. Jeśli wspólnym wysiłkiem uda nam się stworzyć w Bolesławcu choćby kilka ekologicznych miniaturowych oaz zieleni i piękna - będziemy w pełni usatysfakcjonowani. Od czego zacząć? Od posadzenia lub posiania w doniczce lub skrzynce ogrodniczej paru dekoracyjnych roślin. Z czasem ich pielęgnacja przerodzi się w życiowe hobby. Warto spróbować od zaraz.”

Jak to się zaczęło? Rzuciłem hasło, zaakceptował je życzliwy dla nowatorskich inicjatyw Prezydent Józef Król i Zarząd Miasta, a jesienią 1995 roku wręczałem pierwszy raz nagrody laureatom konkursu. Potem zmieniły się władze miasta, skończyła kadencja rady, ale idea przetrwała i rozwijała się z każdym rokiem. Pod moje zasługi sprytnie podpięli się inni “wielbiciele nowych porządków” i już nikt nie zapraszał mnie na uroczystości, nie wspominał twórcy konkursowego pomysłu. Miałem zresztą w tym czasie pełnowymiarowy dramat umierania żony i awersję do życia społecznego w ogóle. Nigdy nie zgłosiłem własnego tarasu-balkonu do konkursu, chociaż zawsze wyróżniał się poziomem ukwiecenia i kumulacją piękna rosnących tu roślin. Pielęgnowałem balkonowy kwiatowy ogródek przez pamięć dla zasług żony, która miała złote dłonie stworzone do pielęgnacji cudów przyrody stworzonych przez genialnego Demiurga.

Zastanawiałem się dłuższy czas nad próbą rywalizacji konkursowej w szerszej skali, by sprawdzić wartość własnego dzieła w równoprawnej rywalizacji z innymi miłośnikami kwiatów w całym Dolnym Śląsku. Skorzystałem z okazji udziału w konkursie ogłoszonym przez “Gazetę Wrocławską”, bo to gwarantowało obiektywizm oceny.To był rok 2002, 25 czerwca. Czytam z niemałym zaskoczeniem :


‘“Urządź balkon, taras, ogród. KONKURS WYGRANY !”

Urządź balkon, taras, ogród z Magazynem Dom. Chcieliśmy, by znaleźli Państwo najtańsze meble, parasole i wszystko, co jest niezbędne na działce, balkonie i w ogrodzie.

Ławę szklaną i kryształowe lustro otrzymuje Pan Paweł Śliwko z Bolesławca. Za tydzień przedstawimy pomysł zwycięzcy i rozpoczniemy także następny konkurs dla naszych Czytelników.”

Takiego sukcesu nie spodziewałem się. Za miesiąc czytam w ‘Magazynie Dom” “Gazety Wrocławskiej”:

“Wygrana w konkursie praca - Zielona oaza”. Nasz konkurs “Urządź balkon, taras” bezapelacyjnie wygrał Pan Paweł Śliwko z Bolesławca. Jego list o urządzeniu tarasu wzbudził nasze niekłamane zainteresowanie. Drukujemy poniżej fragmenty listu zwycięzcy w naszym konkursie “Urządź taras, balkon”. Gratulujemy! Pana Pawła prosimy o kontakt z redakcją w sprawie odebrania nagrody.

“Miłość do kwiatów rozbudziła we mnie zmarła przed niespełna dwoma laty Żona. Miała cudowne ręce i pasję tworzenia przepięknych kompozycji roślinnych. Nic dziwnego, że z biegiem lat wyczarowała nasz balkonowy ogródek, wielobarwną oazę kwiatowego piękna na nieodległym zapleczu bolesławieckiego Rynku. Moja rola ograniczała się w zasadzie do kontynuowania Jej dzieła, pomysłów, aranżacji. Na własne konto mogę zapisać - jako radny poprzedniej kadencji - zainaugurowanie ogólnomiejskiego konkursu na najpiękniej ukwiecony balkon, taras i ogródek przydomowy.

A jak zagospodarowałem taras?

Na drewnianej kracie stoją 4 doniczki z pnączami. To rośliny z rodzaju bluszczolistnych, łatwe w pielęgnacji dla mało doświadczonych amatorów. Zatem przy wchodzeniu na balkon z prawej strony zadziwia cała ściana zieleni. Może to jeszcze nie ideał, ale cieszy wzrok i budzi gamę różnorodnych ciepłych i dobrych uczuć / … /.

List zilustrowałem barwnymi akwarelami z wizerunkami bakopy, trzmieliny, werbeny i innych roślin /wejgela,pelargonie angielskie,bratki, magnolia/.


W Bolesławcu pies z kulawą nogą nie podniósł głowy i nie spojrzał na balkonowy taras. Z Wrocławia widać wyraźniej i dokładniej. Cóż - samo życie. Samotna starość nie jest w cenie, ale nie trzeba jej się wstydzić. Ona dopadnie i stłamsi każdego, komu będzie dane jej doczekać.

Nie zgłaszałem i nie zgłaszam mojego taraso-balkonu do lokalnej rywalizacji w zakresie urody, piękna, oryginalności. Urządzam go dla siebie i nielicznych przyjaciół, którzy czasem wpadną na kawę i lampkę wina czy koniaku. Siadamy na dekoracyjnych krzesłach wykutych w metalu jak w rozgrzanym w słońcu tropiku. Urządziłem balkon w stylu Czarnego Lądu, gorącej Afryki. Są tu drewniane rzeźby i egzotyczne rośliny, wygodny fotel i ażurowy stolik, taka swoista oaza pełnej egzotyki. W tym roku jeszcze nie zakwitnie magnolia w doniczce, ale za rok zaskoczy wielkimi kwiatami i niecodzienną urodą. Może doczekam tej chwili na przekór uciekającym w szalonym tempie dniom. Ta walka z czasem skazana jest na niepowodzenie, ale można przecież jeszcze wykrzesać z życia wiele snopów rozpryskujących się, wieloibarwnych iskier, znaleźć ciepło lub ochłodę, odszukać istotę sensu istnienia, odkryć i odczytać zaklęte karty Księgi Życia.
Jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa.

piątek, 3 kwietnia 2015

POMNIK CHWAŁY? NIE - LUDZKA ŻYCZLIWOŚĆ.Część 3

W powojennych pionierskich latach kierowałem m.in. doskonaleniem umiejętności zawodowych kadry pedagogicznej miasta i powiatu w zakresie wychowania plastycznego i technicznego /PODKO/. Zorganizowałem i kierowałem pierwszym kursem - plenerem malarskim nauczycieli Dolnego Śląska /wykładali tu obok mnie m.n.znani w lokalnym środowisku artyści - Izabela Zdrzałka, Michał Twerd, Zofia Łysoń/. W naszym mieście zorganizowałem unikatowy model szkoły - muzeum z trwałymi ośrodkami zainteresowań związanymi z grupami wiekowymi uczniów : “Miłośnicy Muz”, “Miłośnicy Morza”, “Młodzi Obywatele” /wychowanie przez sztukę, wychowanie morskie, edukacja patriotyczna/. Łączą się te doświadczenia z “Ósemką”, szkołą bez imienia i tradycji, do której trafiłem bez własnej woli nakazem sekretarza partii.

To również była moja szkoła autorska z wyraźnie zarysowanym profilem działań wychowawczych ukierunkowanych na wszechstronny rozwój osobowości młodego pokolenia Polaków. Służyły temu celowi przebogate zbiory Izby Pamięci Narodowej /blisko 40 oryginalnych sztandarów, w tym z kresowego Zgrupowania Partyzanckiego “Jeszcze Polska nie zginęła !”, flag i proporców o patriotycznej wymowie, urny z ziemią z pól bitewnych Wojska Polskiego, bogaty ceremoniał szkolnych uroczystości, Sala Białych Orłów, 2-izbowe Muzeum Górnicze /zabudowa miniaturowej kopalni rudy miedzi z chodnikiem-upadową, sale muzealne : Hinduska, Indonezyjska, Ludowa, Leśna, Bolesławiecka, Górnicza, 2 sale Muzeum Morskiego, Klub Neptuna, Muzeum Antarktydy, Izba Kaszubska, 3 Sale Przyjaźni - radziecka, niemiecka i jugosłowiańska, a nawet herbaciarnia białoruska i kawiarnia amerykańska, w której eksponowano m. in. list Prezydenta USA Ronalda Reagana i mundur amerykańskiego komandosa z wojny o Kuwejt /”Pustynna Burza”/.


Korespondowali ze szkołą także inni światowej rangi mężowie stanu : Sekretarz Generalny ONZ Kurt Waldheim /na wniosek młodzieży naszej “8” otrzymał “Order Uśmiechu”/, Prezydent ZSRR Michaił Gorbaczow i inni. Odwiedzali ją i zwiedzali Ministrowie Oświaty Polski i NRD oraz Ministrowie Obrony Narodowej Polski, NRD, Czechosłowacji i Węgier, nie licząc setek wycieczek szkolnych z kraju i zagranicy. Dużym wydarzeniem była wizyta Telewizji Węgierskiej i opracowany przez nią obszerny reportaż o nietuzinkowej placówce oświatowej.


Jestem autorem i twórcą koncepcji wychowania morskiego młodzieży, którą opracowałem teoretycznie i zweryfikowałem empirycznie w dwu bolesławieckich szkołach nr 4 i nr 8 przez ponad 30 lat pracy i kierowania tymi placówkami oświatowymi. “Ósemkę” rozbudowałem i powiększyłem o nowe “skrzydło” z dodatkową mini-salą gimnastyczną, dwiema pracowniami technicznymi, dodatkowymi salami lekcyjnymi, dużą biblioteką, pokojem nauczycielskim, Salą Tradycji Szkoły i przepiękną, ozdobioną marmurem i całościennymi freskami z kolekcją historycznych godeł Państwa Polskiego, bardzo potrzebną aulą - jedyną taką w mieście.


Otrzymałem tytuł i Złotą Odznakę “Zasłużony Pracownik Morza” w uznaniu zasług w działalności społeczno - pedagogicznej /doprowadziłem do nazwania statku PŻM m/s “Bolesławiec”, nadania godności Honorowego Obywatela Bolesławca Kapitanowi Żeglugi Wielkiej Janowi Wiśniakowskiemu, nazwania parku miejskiego i jednej z ulic im. Obrońców Helu, wybudowania przy gmachu Tysiąclatki pomnika Bohaterskich Obrońców Helu i drugiego poświęconego generałowi Franciszkowi Kleebergowi i jego żołnierzom, a także obelisku z marmury ku czci urodzonego w Bolesławcu niemieckiego poety Marcina Opitza w służbie dyplomatycznej polskiego króla Władysława IV. Dodajmy jeszcze duży pomnik “Ludziom Morza” z wmontowaną w kompozycję największą w kraju kotwicą ze stutysięcznika m/s “Karkonosze”, którą wydobyli z akwenu pod Szczecinem płetwonurkowie Marynarki Wojennej RP. Galeria pomników na tym się nie kończy - dodajmy jeszcze “Pomnik Żołnierza-Obrońcy Dziecka”, 5-metrowy ceramiczny “Klucz Mądrości i Wiedzy” oraz dwa głazy pamiątkowe z dedykacją ku czci wielkich pedagogów i przyjaciół dzieci - Janusza Korczaka i Henryka Jordana. Plac apelowy przed gmachem otrzymał imię Marynarki Wojennej RP, a park przyszkolny został uhonorowany nazwą “Parku Przyjaźni”.


Przez wiele lat gród nad Bobrem swoją sławę zawdzięczał istnieniu i pracy “szkoły sercem malowanej”, kolorowej, słonecznej i autentycznie bliskiej dzieciom Tysiąclatki, prawdziwej Mekki setek wycieczek nauczycieli, młodzieży i wojskowych. Sztandar szkoły zdobiło blisko 50 odznaczeń i honorowych wyróżnień. Do wyjątkowych , zdecydowanie unikalnych należał po raz pierwszy w kraju nadany szkole na pokładzie ORP “Błyskawica” w Gdyni Honorowy Kord Oficerski Marynarki Wojennej RP oraz Honorowa Szpada Górnicza, którą przekazał Minister Górnictwa i Energetyki w uznaniu zasług w utworzeniu jedynego w kraju szkolnego Muzeum Górniczego im. mgr inż. Alfreda Cholewiaka.


Szkoła nadawała dwa własne medale : “Primi inter Pares” /Pierwszemu wśród Równych/ i “Przyjaciel-Mecenas” /otrzymywali je uczniowie i dorośli/,miała własne foldery i wydawnictwa okolicznościowe, liczne pomniki /o których pisałem wyżej/, bogatą obrzędowość i unikatowy system wychowawczy. Przykładowo - gości witano przy wejściu do gmachu gongiem dzwonu statku m/s “Bolesławiec” w muzealnym holu przed Izbą Pamięci Narodowej, a żegnano dźwiękiem dzwonu z m/s “Jan Matejko”, od którego zaczęła się historia morza w Bolesławcu - w szkolnej auli, dumnej i pięknej świątyni patriotyzmu, swoistego sanktuarium. W Sali Tradycji zdumiewała zwiedzających wielka skóra lwa ze starannie spreparowaną głową drapieżnika, wielkie trofeum I nagroda w ogólnopolskim konkursie wiedzy o morzu, w którym uczniowie z nadbobrzańskiego grodu pokonali licealistów z całego kraju na pokładzie m/s “Edward Dembowski”. Szkoła kroczyła od sukcesu do sukcesu, a największą wartość stanowiło identyfikowanie się z nią uczniów w sposób bezapelacyjny.


Pionierstwo i innowacyjność nie budziły bynajmniej uznania przełożonych, a kolejne laury rodziły niechęć, awersję i wręcz wrogość lokalnej władzy /sławetna polska “bezinteresowna zawiść”/. Paradoks? Jasne. Dowody? Po odmowie awansu z założonej przez siebie i głośnej w kraju “Czwórki” na dyrektora Liceum Ogólnokształcącego decyzją sekretarza partii K. G. zostaję na kilkanaście dni bezrobotnym /zapewne jednym z pierwszych w kraju, to początek lat 70-tych .../, a później przeniesiony karnie na stanowisko dyrektora “Ósemki”. Inny sekretarz - F. S. - udziela mi kary nagany za brak konsultacji przy publikowaniu materiałów prasowych we wrocławskich gazetach. Kolejny sekretarz A. Z. ukuł powiedzenie : “Śliwko jest jak rakieta pershing - zawsze wymyka się spod kontroli”.Poszerzanie tego tematu wydaje się zbędnym.
 

Zgodnie z morską tradycją matkami chrzestnymi statków zostają żony ludzi zasłużonych dla lokalnego środowiska lub związanych z morzem. Nikt nie może zaprzeczyć faktowi, że morze w Bolesławcu i na Dolnym śląsku rozszumiało się dzięki dzięki moim inicjatywom jako dyrektora dwóch “morskich” szkół /potwierdza to m.in.moja Złota Odznaka “Zasłużony Pracownik Morza” resortu Gospodarki Morskiej/, ale matką chrzestną m/s “Bolesławiec” nie została moja małżonka - nauczycielka z tytułem mgr filologii polskiej, ale żona sekretarza partii, J. P., pielęgniarka z zawodu. Decyzję podjął I sekretarz R. A. Z przekąsem i krytycznie napisał o tym jedynie krakowski periodyk “Czas”. Cóż - samo życie ...Ale to ilustruje też zatęchłość ówczesnej Polski powiatowej i samowolę władzy, która spychała na boczny tor ludzi wyróżniających się, z inicjatywą i pasją. Nie ja jeden stałem na straconej pozycji, bo byłem po prostu niezależny w poglądach i działaniu. Rozdęte do granic absurdu partyjniactwo zawsze mnie raziło i mierziło, tak pozostało do dzisiaj : pozostałem człowiekiem wolnym.


Wkrótce i bolesławiecka “Ósemka” stała się sławna w całej Polsce, a jej dorobek powszechnie znany i ceniony. Kilkanaście lat konsekwentnej realizacji śmiałych i pozornie utopijnych wizji przyniosło ściśle wymierne efekty : placówka oświatowa przekształciła się w wielkie, przebogate i piękne muzeum pod opieką samych dzieci, które były tu gospodarzami i przewodnikami. To była ich ukochana szkoła “słońcem i sercem malowana” /dziennikarski cytat/. Wszystkich u wejścia witało hasło : “Uśmiechnij się - jesteś wśród przyjaciół” i złote słońce z “Orderu Uśmiechu”.


Zmienił się ustrój, a zespół pedagogiczny wciąż akceptował swego dyrektora mimo trwającej wokół rewolucji kadrowej. Ale i tym razem władze oświatowe nie mogły strawić obecności nietuzinkowego nauczyciela. Pisałem o tym oddzielnie, streszczę zatem opis “pożegnania” ze szkołą.


Po kilku rozmowach telefonicznych z Kuratorem Oświaty A. S. miałem dosyć jawnej niechęci i zdecydowałem się odejść na wcześniejszą emeryturę, nadal nękany kontrolami, inspekcjami, nalotami i być może donosami. Przyszło “nowe” powielając jota w jotę “stare”. Szkoła - ongiś piękna i dumna, chluba miasta i regionu - zyskała przydomek “małpi gaj”. Dziś już jej nie ma : nie pozostała żadna tablica pamiątkowa /każda izba lekcyjna miała marmurową płytę z imieniem patrona i nazwą sali, np.Kaszubska, Indonezyjska itp./, żaden z wielu tysięcy eksponatów wartości wielu milionów złotych, wielu bezcennych w sensie historycznym.


Bylem radnym kilku kadencji, także w odrodzonym samorządzie, - zasiadałem w składzie Zarządu Miasta II kadencji /także rzecznikiem prasowym/ i ostatniej - do roku 2o14. Z chwilą zachorowania, a później śmierci żony, z którą przeżyłem blisko 44 lata szczęśliwego małżeństwa - wycofałem się na całą dekadę z życia publicznego miasta.


Na zakończenie jeszcze raz powracam do twórczości artystycznej w malarstwie, która zamyka biograficzny tryptyk zgodnie ze starożytną zasadą :”Omne trinum perfectum” /co potrójne - to dobre/. Po pracy nauczycielskiej /33 lata kierowania szkołami, 2 lata działania w nadzorze pedagogicznym i zaledwie kilka lat pracy w roli szeregowego nauczyciela/ i dziennikaarskiej - przyszła kolej na malarstwo : swobodne, wyzwolone, autonomiczne, przepełnione pasją twórczą i oryginalnością, niezależne, wymykające się spod klasycznych kanonów wartości i piękna, dające pełnię artystycznej satysfakcji.


To nie amatorszczyzna, ale autorski profesjonalizm oparty o znajomość warsztatu pracy, kilkuletnie studia wyższe, plenery, znajomość wielu współczesnych mistrzów pędzla i palety, przyjaźnie z malarzami, z których wymienię tylko kilka najbliższych sercu nazwisk - Mieczysława Żołądzia, Lesława Kasprzyckiego, Mieczysława Kozłowskiego, Eugeniusza Niemirowskiego, Michała Twerda, który doczekał się w miejscowym Liceum Ogólnokształcącym nr 2 galerii swojego imienia. Najwyżej w tym panteonie zasług unosi się duch europejskiego mistrza akwareli prof.Tibora Csorby, którego imieniem nazwałem wcześniej galerię malarstwa w “mojej” szkole, gromadząc w niej blisko 300 oryginalnych dzieł wybitnych artystów plastyków nie tylko z Europy, ale także np. z Azji /Indonezja, Indie, Afryka/. Każdy z moich przyjaciół-twórców wyrażał swoją osobowość i widzenie świata inaczej - pięknie, niepowtarzalnie, profesjonalnie, wyraziście, z emocjonalnym zaangażowaniem. Tej “iskry Bożej” nie skrywali przed innymi, nie kamuflowali, przeciwnie - pozwalali na ogląd, doświadczenie, naukę, stwarzali wzorce do inspiracji, nawet naśladownictwa, obnażali istotę i głębię tajemnic wielkiej sztuki.


Jako twórca pozostawałem wiernym sobie i własnej szkole twórczej w obrębie malowania. Mam niepowtarzalny,łatwo rozpoznawalny styl apoteozujący perfekcję, dokładność, precyzję, benedyktyńską cierpliwość w rozpracowywaniu szczegółów na płaszczyźnie płótna czy karty bristolu. Lubuję się w kontrastach, przypadkowych skojarzeniach, fascynuję detalami, sięgam do symboliki, niweczę kanony klasyki kompozycyjnej, ulegam porywom nastroju, zdziwieniu, trwaniu chwili, urokowi wyjątkowości. Przedkładam walory natury nad dzieła człowieka : wolę otwarty pejzaż i jego zdumiewającą urodę niż zatłoczoną miejską architekturę, cud narodzin dnia nad wodą niż aureolę oświetlonych nocą budowli, ciszę rozkwieconej łąki niż gwałt dyskoteki upstrzonej kolorami błyskających lamp.


Pozostaję - jak w najgłębszym dzieciństwie - dzieckiem natury podatnym na zauroczenie, fascynację, zachwyt nad dziełem wszechmocnego Demiurga. Jak podkreeślam z dumą - urodziłem się w samym sercu - i to dosłownie - białowieskiej kniei i ona pozostała dla mnie najpiękniejszym miejscem na Ziemi.

Dlatego z lubością maluję drzewa, malownicze zagajniki i dąbrowy, dostojne świerki i dorodne sosny, kapryśne brzozy i wierzby nad wąskimi strumykami wody, szalejące wiosennym kwieciem jabłonie i złote jesienne aleje. Dziś mieszkam wśród pięknych Borów Dolnośląskich, urokliwych, przebogatych i brutalnie niszczonych przez człowieka : uroczyska przecinają trasy zbudowanej już autostrady i dróg szybkiego ruchu. Koszty cywilizacji? Tak, ale głębszy problem łączy się ze sferą świadomości i psychicznej wrażliwości, ze sferą wyobraźni i myślenia o wspólnej przyszłości - tej dzieci i wnuków. Miałem szczęście zachwycić się pięknem - autentycznym, dziewiczym - wielu zakątków Polski, Europy czy północnej Afryki. Podziwiałem dziką urodę gór Kaukazu, jadąc serpentynami dziwnej drogi rozklekotanym autobusem tuż nad skrajem przepaści - przez wiele kilometrów. Urwiska nie zabezpieczała żadna bariera. Emocje? Tak, ale i autentyczny strach i wielkie ryzyko. Dziś zapewne nie powtórzyłbym takiego eksperymentu


Zauroczyły mnie cudownie pachnące i kwitnące , wypełnione po brzegi motylami węgierskie łąki nad modrym Dunajem. Pieszo przemierzałem górski szlak pasma jugosłowiańskiej Kozary, dziki i malowniczy, umajony bogatą zielenią.Szukałem tu śladów bohaterstwa partyzantów polskiego batalionu w służbie “druga Tito” walczących z hitlerowcami. Odkryłem dziewicze piękno przyrody, która zaleczyła ślady okrutnej wojny.

Wędrowałem wśród baśniowych skał Szwajcarii Saksońskiej w Niemczech. Ale najbardziej zdumiał mnie i oczarował błękitny krajobraz “mojej” białowieskiej kniei po stronie białoruskiej : takiego zatrzęsienia kwitnących połaci błękitnych przylaszczek nie mogłem sobie nawet wyobrazić ja, syn puszczy, kolebki cudownego dzieciństwa, którą zawsze podziwiałem, poznawałem i z którą identyfikowałem się przez wiele, wiele nie tylko szczenięcych lat …

Maluję sercem to, co kocham najbardziej : las, przyrodę, cudowne kompozycje drzew, krzewów i kwiatów w naturze, niewiarygodne piękno tkwiące w każdym ich detalu, wielkie dzieło Stwórcy,hojnego i genialnego Darczyńcy.


Utrwalam w swoich pracach to, co przemija, co jest ulotne, co zasługuje na podziw, chwilę zadumy, co rodzi miłość, impuls trwania w bezruchu i zauroczenie, co wzbogaca skalę ciepłych ludzkich doznań. Wciąż poszukuję piękna, które - jak mówi Norwid - jest kształtem miłości. Pasja tworzenia jest zatem również poszukiwaniem miłości, absolutu, czegoś niemożliwego do precyzyjnego zdefiniowania, sposobu na życie, ucieczki od nostalgii, obrony przed starością.

W tym wielkim świecie zminiaturyzowanych obrazów szamocze się zamknięte ludzkie szczęście, radość odkrywania, tworzenia, narodzin, twórczej pasji, olśnienia, zauroczenia - obok powagi i smutku przemijania, symbolu trwania i radości istnienia pro publico bono. Szczególną urodę i wartość maja te prace malarskie, które wyrażają nastroje, doznania emocjonalne : oczekiwanie, zachwyt, radość, niepokój i grozę /”Przed burzą”, “Samotny rybak nad jeziorem”, “Samotność we dwoje - dwie sosny”, “Wschód słońca w kniei”, “Barwy jesieni”, “Zimowa baśń”, “Czerwone żagle na oceanie”, “Kwitnący sad”, “Mgły o brzasku” i inne/. Każdy obraz przemawia w jakiś sposób, wyraża jakąś myśl, przesłanie, zawiera w sobie zamkniętą skalę doznań emocjonalnych autora, którą dzieli się z widzem. Ten szyfr każdy musi sam odkryć czy złamać. Percepcja może i z reguły bywa niejednoznaczna, a jej niuanse zależą od subiektywnych uwarunkowań psychiki widza.


W Bolesławcu znajdują się cztery lub pięć prywatnych zbiorów moich akwarel liczące ponad 200 obrazów. Odrębna galeria trafiła do Szwajcarii, a pojedyńcze prace są u kolekcjonerów z Niemiec, Czech, Węgier, Rosji, a nawet Arabii Saudyjskiej /Abdullah Bin Avdulaiza Al Sauda/. Swój dorobek malarski prezentowałem m.in. w miejscowym Młodzieżowym Domu Kultury /dwukrotnie/, w szkołach - Muzycznej /na spotkaniu przed wyborami samorządowymi/, szkole nr 4 im. Jana Matejki i Gimnazjum nr 3 /dawna “Ósemka”/. Przed dwoma laty eksponowałem malarstwo w Bibliotece Miejskiej im.C.K. Norwida i na wielkiej wystawie retrospektywnej w reprezentacyjnej miejskiej galerii Bolesławieckiego Osrodka Kultury - Międzynarodowego Centrum Ceramiki /230 obrazów/. Ten ostatni wernisaż stanowił podsumowanie i kulminację dorobku artystycznego, którego prapoczątkiem były zachowane akwarele z pierwszego mojego profesjonalnego pleneru w Płocku nad Wisłą w roku 1957. Warto kilka zdań poświęcić tej dacie, co zresztą znalazło urzędowe potwierdzenie w pisemnym dokumencie wystawionym przez organizatora ogólnopolskiej imprezy - Centralny Dom Twórczości Ludowej w Warszawie. Pismo zaświadcza, że /cytuję/ “ Ob. Paweł Śliwko brał udział w plenerowym kursie artystów plastyków, który odbył się w Płocku w dniach od 26 czerwca do 17 lipca 1957 r. Swój autograf pozostawiła w dokumencie Zofia Czerwosz - Kierownik Sekcji Plastyki CDTL w stolicy.


To był prawdziwy zlot kilkudziesięciu artystów malarzy z całego kraju zakończony imponującym przeglądem dorobku na okolicznościowej wystawie, okazja do konfrontacji moich skromnych obrazów z dziełami wielu uznanych mistrzów pędzla i palety z końcówki lat 50-tych. Stanowiło to dla mnie wielką i piękną przygodę i odważne wejście w hermetycznie zamknięty klan świata twórców - artystów malarzy. 

Ale pierwszy mój obraz malowałem na ścianie swojego ciasnego pokoiku w Hajnówce jako nastolatek : scena batalistyczna - dwóch polskich żołnierzy ukrytych w sosnowym lasku strzelających z działa do niemieckiego czołgu, który już płonie. Zakodowany w podświadomości na całe życie syndrom straszliwej wojny …


Pierwszy wielkoformatowy obraz wykonałem kredkami /pastele/ jako pomoc naukową do lekcji praktycznej /obowiązkowe zajęcie w szkole ćwiczeń/ przed maturą w Liceum Pedagogicznym w Lubomierzu : portret młodego Adama Mickiewicza wspartego o kolumnę ganku rodzinnego dworku w Zaosiu pod Nowogródkiem w pejzażu ogrodowych, ośnieżonych chochołów oświetlonych blaskiem księżycowej pełni. Autentyczna epoka romantyzmu. To “dzieło” natychmiast zaanektowała przemiła pani profesor Zofia Kopeć, nie szczędząc pochwał, wyróżniając mnie też na egzaminie końcowym z metodyki języka ojczystego i przy samej maturze. Obraz oczarował przede wszystkim dzieci, z którymi prowadziłem lekcję - zwykle skore do rozmów, gwaru, rozgardiaszu - były zasłuchane, zapatrzone, urzeczone. W przyszłej pracy nauczycielskiej - także tej w szkołach średnich, np. w Liceum Medycznym czy Szkole Przysposobienia Zawodowego - umiejętność szkicowania i rysowania kredą przy tablicy zawsze ułatwiała percepcję skomplikowanych treści wiedzy merytorycznej. Współczesność opiera się o cywilizację obrazu, takie są prawa ogólnoludzkiego postępu.


Oglądając te obrazy - pozostajemy w magicznym kręgu ciszy, zadumy, refleksji, może nostalgii czy osobistych urokliwych wspomnień : żyjemy przecież w bezkresnym, oszałamiającym oceanie piękna. Warto poddać się nastrojowi chwili, szukać ciepłych doznań w tym prawdziwym sanktuarium sztuki, być blisko muz piękna …


PS. Przy ul. Kościelnej od wielu lat w jednej z wystaw sklepowych eksponuję moje akwarele. Wiele z nich zdobi rodzinne galerie mieszkańców grodu nad Bobrem, a to stanowi dla autora największą satysfakcję.